Żwawo na prawo

Żwawo na prawo

Dodano: 
Wstrząs po srebrnym medalu musiał być naprawdę znaczny, jeżeli bez porady psychologa większość dziennikarzy nie mogła się zorientować, że po medalu złotym należy już się cieszyć . Panie, a po co pan kupuje bilety?" - zainteresował się motorniczy jednego z warszawskich tramwajów, kiedy próbowałem uiścić u niego opłatę za przejazd swój, żony i dwójki dzieci. Obaj byliśmy w kłopocie. Ja dlatego, że dałem się zaskoczyć pytaniem. Myślałem, że on wie, po co. Poza tym odebrał mi możliwość podania jedynie słusznej odpowiedzi, że bilety kupuję ze strachu przed kontrolą, bo dodał od razu: "Przecież kanarów nie będzie!".
 Chciałem dygnąć i grzecznie podziękować za przydatną informację, ale zorientowałem się, że nie przekazał mi jej bezinteresownie. Motorniczy też miał problem. Jego firma widocznie nie przewidywała zbyt wielkiego powodzenia swoich usług, bo zostały mu już tylko trzy bilety, i to ulgowe. Biletów nie dowieźli, więc co tu zrobić z takimi pasażerami, którzy chcą je kupić? Najlepiej odwieść ich od tego zamiaru. Motorniczy był w tym dziele nadzwyczaj konsekwentny. Kiedy chciałem nabyć chociaż te trzy ulgowe, oświadczył, że nie ma reszty z dwudziestu złotych. Zaczynałem odnosić wrażenie, że nabrał przekonania, iż ma do czynienia z pomyleńcem, i postanowił spełnić dobry uczynek, ratując mnie od popełnienia szaleństwa. Przestałem się narzucać. Zagłębiłem się w lekturze "Życia Warszawy" i z relacji Izabeli Kraj z obrad komisji rewizyjnej Rady Warszawy dowiedziałem się, że dyrektor Tramwajów Warszawskich "kłaniał się w stronę zarządu miasta", stwierdzając: "Dla Tramwajów Warszawskich był to bardzo udany rok. Nie pamiętam, kiedy ostatnio dostaliśmy od miasta tyle pieniędzy". Teraz rozumiem motorniczego trochę lepiej. Po co zarabiać, jak można dostawać? Panie, po co pan kupuje bilety?!
Tramwaje Warszawskie miały zatem udany rok, natomiast Aleksander Kwaśniewski miał nie mniej udany występ podczas galowej promocji "Księgi dziesięciolecia Polski niepodległej" w Teatrze Wielkim. Razem z Jerzym Buzkiem ściskał ręce ekipie redaktorskiej po jednej stronie sceny, a kiedy trzeba było przejść na drugą, zawołał do premiera, bardzo z siebie zadowolony: "Chodźmy na lewo!". Po czym żwawo poszedł na prawo. Były zasłużone brawa.
Tak to bywa, jak się coś powie bez konsultacji z doradcami. Dobrze o tym wiedzą dziennikarze relacjonujący pasmo sukcesów Adama Małysza w Lahti. Ach, przepraszam, co ja mówię! Jakie "pasmo"?! Przecież kiedy tylko przyjechałem do Polski, trafiłem na moment załamania narodowego, bo Małysz ośmielił się zdobyć zaledwie srebrny medal. Jego wywiadowi w "Życiu Warszawy" musiano dać tytuł "Nie próbujcie mi wmówić, że wypadłem źle", a najobszerniej wypowiedział się w nim skoczek na temat tego, że dla polskiej ekipy zabrakło w stołówce kurczaka, a pani z kuchni nie dostarczyła go mimo obietnic, że to zrobi. Dał w ten sposób do zrozumienia, że zdarzają się większe dramaty niż wicemistrzostwo na dużej skoczni. Na szczęście po kilku dniach Małysz wydźwignął naród z upadku dzięki złotemu medalowi na skoczni średniej. Tytuły się zmieniły, a i w drukowanych pod nimi tekstach można było dostrzec rzeczy bardziej pasjonujące niż zaburzenia w dostawach kurczaków w Finlandii. Z artykułu pod tytułem "Adam Małysz Wielki" dowiadujemy się m.in., że bez fachowych porad bezradni stają się nie tylko politycy, ale także prasa. "Zgodnie z zaleceniami dr. Jana Blecharza, psychologa polskich skoczków - pisze Robert Małolepszy - większość dziennikarzy obsługujących imprezę w Lahti ruszyła, by celebrować sukces Polaka". Wstrząs po srebrnym medalu musiał być naprawdę znaczny, jeżeli bez porady psychologa większość dziennikarzy nie mogła się zorientować, że po medalu złotym należy już się cieszyć. Żeby ich do tego zachęcić, dr Blecharz nie szczędził innych cennych zaleceń w rodzaju: "To powinien być najweselszy weekend karnawału", a całość zwieńczył przenikliwym spostrzeżeniem, że potrzeba nam wszystkim takich chwil. Dobrze wiedzieć.
Jesteśmy więc nareszcie psychologicznie ustawieni, a i Adam Małysz zna już kierunek swego najbliższego skoku. Z billboardów na ulicach informuje nas: "...a teraz skoczę na pocztę". Skaczemy zatem za nim - i co widzimy? Adama Małysza oczywiście, bo on skoczył tam pierwszy. Ściśle biorąc, widzimy go na znaczku za złotówkę, czczącym jego występy w Lahti, a prasa informuje, że w ubiegłych latach takie wyróżnienie spotkało Wisławę Szymborską i Andrzeja Wajdę, co chyba nie jest zbyt sprawiedliwe, bo oboje skaczą dość słabo. Poczta zapowiada rychłe "kolejne przedsięwzięcie związane z Małyszem", które ma być niespodzianką dla kibiców. Koperty z oddechem mistrza?
Sytuacja staje się interesująca. Po długich latach pewnej rezygnacji Francuzi nagle uwierzyli w siebie, kiedy ich drużyna piłkarska zdobyła mistrzostwo świata. Od tego czasu również w gospodarce potrafią wygrywać z najlepszymi, a ostatnie sondaże wskazują, że są jedynymi w UE, którzy uważają, iż może im się tylko polepszyć. Takie to już prawo tłumu. Żwawo na to prawo.

Okładka tygodnika WPROST: 10/2001
Więcej możesz przeczytać w 10/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0