Wojna światów

Wojna światów

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Big Brother" kontra "Dwa światy". Grupa nie znających się wcześniej ludzi płci obojga, celowo dobranych pod kątem walorów medialnych, zostaje zamknięta na jakiś czas w przestrzeni, z której nie ma wyjścia. Tam jedzą, spacerują, wystawiają twarze do słońca, rozmawiają o niczym, chodzą do toalety, kłócą się, rywalizują o względy, donoszą na siebie, są manipulowani przez Wielkiego Brata.

Kamera rejestruje to wszystko, a żądny emocji widz otrzyma do oglądania zmontowane i ocenzurowane kilkudziesięciominutowe widowisko. Taki był trzydzieści lat temu pomysł na kultowy dziś film "Rejs". Towarzysze z Wydziału Kultury KC PZPR uznali go za twór sztuczny, prostacki i prymitywny (słowa "knajacki" i "dresiarski" nie były wtedy w użyciu), ergo - społecznie szkodliwy, i pytali, "komu to ma służyć".

W identyczny sposób można streścić zamysł dzisiejszych widowisk "Big Brother" i "Dwa światy", które wyzwoliły identyczne reakcje Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, dzisiejszego odpowiednika ówczesnego gremium wyrokującego, co wolno pokazywać na ekranie. "Autentyzm uczestników Big Brother jest wątpliwy" - orzekła rzeczniczka rady Joanna Stempień. Wątpliwy był też autentyzm inżyniera Mamonia z "Rejsu", który zamiast myśleć o przekraczaniu planu, pozwalał sobie na nieuprawnioną krytykę socjalistycznej kinematografii.

Monopol na podglądanie
Można powiedzieć, że prekursorem gatunku reality show, najpopularniejszego dziś widowiska, nie był ani Paul Roemer, pomysłodawca "Big Brother" wyprodukowanego przez holenderską spółkę medialną Endemol, ani brytyjska firma Castaway, oskarżająca Holendrów o plagiat jej programu "Survive!". Był nim prawie trzy dekady temu Marek Piwowski, twórca "Rejsu". I to on ewentualnie mógłby sobie rościć pretensje do prawa autorstwa, pierwszeństwa i wyłączności. Mógłby też żądać, by w czasie gdy wyświetlany jest jego film, nie emitowano w żadnym z programów telewizyjnych żadnego paradokumentu ani dokumentu fabularyzowanego.
Na pomysł taki wpadła natomiast TVN, która wystąpiła do sądu z wnios-kiem o nakazanie Polsatowi wstrzymania emisji "Dwóch światów". Podstawą tego wniosku jest zarzut stosowania nieuczciwej konkurencji poprzez zamiar emitowania programu w tym samym czasie co "Big Brother", czyli o godzinie 20. Chociaż z uzasadnienia wniosku wynika tylko chęć "wyznaczenia dystansu czasowego" między programami, to jednak samo żądanie idzie o wiele dalej. Chodzi o całkowity zakaz emisji "Dwóch światów". Wniosek TVN zmierza więc do przyznania tej telewizji faktycznego monopolu na widowiska typu reality show na polskim rynku, co dotychczas nie przyszło do głowy nikomu na świecie. To tak jakby BBC, która w 1936 r. nadała na szklanym ekranie pierwszy serwis informacyjny, chciała zastrzec sobie monopol na emitowanie wiadomości.
Identyczne zarzuty dotyczące nieuczciwej konkurencji TVN formułuje również wobec innych programów Polsatu: "Życiowej szansy", stanowiącej konkurencję dla "Milionerów", i "Zerwanych więzi", które są odpowiedzią na "Wybacz mi". Jest to - według TVN - bezprawne i sprzeczne z dobrymi obyczajami. Polsat odpiera te zarzuty. Jego zdaniem, mamy do czynienia z różnymi programami w obrębie tego samego gatunku. "Big Brother" i "Dwa światy" łączy jedynie zamysł - taki, jaki łączy seriale, sitcomy czy teleturnieje. Oba programy różnią się zasadami, według których toczy się rywalizacja. W odróżnieniu od "Big Brother" w "Dwóch światach" wydarzenia rozgrywają się w dwóch domach (niebie i piekle), bierze w nich udział dziennikarz (moderator życia zamkniętej społeczności) i wyłącznie widzowie decydują o eliminacji kolejnych uczestników z walki o nagrodę. - Naszym zamiarem było stworzenie w ramach widowiska reality show oryginalnego polskiego produktu - mówi Aleksander Myszka, prezes Polsatu SA.

Jeden dziennik o 19.30
Podstawą prawną żądania zgłoszonego przez TVN nie jest prawo autorskie (zarzut plagiatu), ale ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Artykuł 3 tej ustawy mówi, że czynem nieuczciwej konkurencji jest działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża lub narusza interes innego przedsiębiorcy lub klienta. Zgodnie z uchwałą Sądu Najwyższego z 23 lutego 1995 r. ustawa ta znajduje pełne zastosowanie na rynku medialnym. Czym jednak są owe "dobre obyczaje" w walce konkurencyjnej, zwłaszcza o widza i słuchacza? Bardzo trudno na to odpowiedzieć. Na dobre obyczaje kupieckie może się powoływać tylko ten, kto sam ich przestrzega. Trudno bowiem zarzucać komuś postępowanie niezgodne z zasadami etyki w sytuacji, gdy samemu się je łamie. Tymczasem w październiku 1997 r. TVN rozpoczęła emisję "Faktów" o godzinie 19.30, wypowiadając otwartą wojnę głównemu wydaniu "Wiadomości" TVP, nadawanemu od kilkudziesięciu lat właśnie o wpół do ósmej wieczorem. Temu wyzwaniu sekundowały z życzliwością media oraz miliony telewidzów, znużonych informacyjnym monopolem telewizji publicznej, której nie przyszło wtedy do głowy dochodzić jego ochrony na drodze sądowej.
Produkty telewizyjne różnych nadawców są do siebie podobne tak samo, jak podobne są samochody i tubki pasty do zębów pochodzące z różnych fabryk. Niemal identyczne są ramówki poszczególnych kanałów, koncepcje programów informacyjnych, nawet aranżacje studiów emisyjnych. Różne telewizje informują o tych samych wydarzeniach, nadają te same filmy i spoty reklamowe. Gdyby nie logo stacji w rogu ekranu, często trudno by się było zorientować, jaki program oglądamy. Na rynku telewizyjnym działa bowiem zasada konwergencji. Przyjmuje się to, co sprawdzone i funkcjonalne. Dlatego standardowy dziennik telewizyjny rozpoczyna się od skrótu wiadomości, choć próbowano rozpoczynać od prognozy pogody.
W polskich telewizjach - tak jak na całym świecie - pełno jest bliźniaczo podobnych programów. "997" TVP 2, "Telewizyjne biuro śledcze" Polsatu i "Supergliny" TVN to oparte na identycznej formule magazyny policyjne. Wszystkie polskie talk shows wyglądają tak samo: kanapa dla gościa, publiczność, nawet to samo tło. W "Kropce nad i", "Monitorze Wiadomości", "Rozmowie dnia", "Krakowskim Przedmieściu 27", "Gościu WOT" różni są tylko prowadzący, bo goście są w każdym programie ci sami. Tak samo jest w radiu. Gdyby doprowadzić do absurdu rozumowanie TVN, w każdej z tych kategorii powinien istnieć tylko jeden program, a o tej samej porze nie wolno byłoby wyświetlać dwóch westernów, sitcomów, seriali czy filmów szpiegowskich. Mogłaby je nadawać w danym dniu tylko jedna, wyznaczona stacja. Która? O tym - wedle TVN - powinna decydować smutna pani w todze z fioletowym żabotem.
- Rywalizacja o widza przez oferowanie mu o tej samej porze programów takiego samego gatunku to właśnie przejaw zdrowej konkurencji. Wybór powinien należeć do tego, kto siada przed telewizorem - uważa Aleksander Myszka.

Myśli nieopatentowane
Problemy związane z ochroną praw autorskich i zwalczaniem nieuczciwej konkurencji w naszym kraju są jeszcze rzadkością. Wolny rynek istnieje w Polsce niewiele ponad dziesięć lat, a wolny rynek mediów jeszcze krócej. Inaczej dzieje się w państwach zachodnioeuropejskich, gdzie zasady wolności gospodarczej dawno się ugruntowały. Court de Lyon w orzeczeniu z 1950 r., dotyczącym kopiowania informacji z książki adresowej, odwołał się do "przyzwoitych zwyczajów". Stwierdził, że elementy takiej książki są "dobrem powszechnym". Judykatura odróżnia bowiem "produkty gatunkowe", na przykład bułki, które bez problemu można "kopiować", od "dzieł autorskich", na przykład w postaci tortu Sachera, którego receptura jest chroniona przez prawo. Nie podlegają ochronie abstrakcyjne teorie, nie mające odbicia w materialnej formie wyrobu.
Właśnie ta zasada przesądziła o oddaleniu pozwu firmy Castaway przeciw producentowi "Big Brother". W brytyjskim programie "Survive!" wymyślonym przez firmę Boba Geldofa bohaterowie lądują na bezludnej wyspie, gdzie muszą sobie radzić pod okiem kamery. Materializacja pomysłu była więc zupełnie inna niż w "Big Brother", a także inna niż w "Agencie", "Girls Camp", "Expedition Robinson" i dziesiątkach podobnych reality shows emitowanych przez telewizje całego świata. Sam pomysł, który można wywieść jeszcze od Daniela Defoe, nie podlega ochronie patentowej. Również w polskim prawie obowiązuje zasada, że jedynie "bezpośrednie wykorzystanie i przywłaszczenie sobie rezultatów pracy innej osoby stanowi akt konkurencji nielojalnej".

Telewizyjny Ginger
Kiedy w holenderskiej TV Veronica ruszał "Big Brother", niemiecki ekspert telewizyjny Roland Berger stwierdził, że program ten przeobrazi świat mediów. Zmieni się formuła telewizyjnego przekazu, funkcja studia, planu i kamery. Rozpocznie się debata na temat definicji dokumentu i granic poznania ludzkich zachowań. Po "Big Brother" nic nie będzie takie jak przedtem i stacje telewizyjne będą musiały wziąć to pod uwagę. Komentator Tele 5, nadawcy hiszpańskiej wersji "Big Brother" , powiedział, że w telewizji zaczyna się nowa era - taka, jaką w medycynie zapoczątkował pierwszy przeszczep serca, który też wzbudził wielkie kontrowersje. Dowiódł tego niebywały sukces "Grande Fratello". We Włoszech po raz pierwszy zastosowano ciągły całodobowy przekaz telewizyjny z sześciu kamer na specjalnie dostosowanym do tego celu (ekran podzielono na sześć pól) kanale cyfrowym Anteprima, który dostał za to satelitarnego Oscara. Program nie wywołał świętego oburzenia, ale głęboką debatę.
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zdaje się tego nie wiedzieć albo nie rozumieć. Jej stanowiska nie podziela wielu badaczy ludzkich zachowań. Według prof. Rocha Sulimy, antropologa kultury, ludzie od wieków sami wystawiają się na oglądanie. W dobie telewizji nie zostało już prawie nic, czego nie można by podejrzeć. - Wszystko, co jest na świecie, istnieje przez to, co było lub może być pokazane w telewizji. Telewizja staje się kryterium prawdy, a takie programy jak "Big Brother" chcą to potwierdzić - mówi Sulima. - Taka jest współczesna cywilizacja, cywilizacja ekshibicjonizmu - konstatuje prof. Hanna Świda-Ziemba, socjolog. Pitawale, reportaże sądowe i wszelkie wnikliwe obserwacje życia są już klasyką literatury faktu. Reality shows stworzą nieuchronnie nową klasykę gatunku telewizyjnego, podobnie jak stworzyły ją programy informacyjne oraz przekazy na żywo z miejsc katastrof. Wszystko już było, a telewizja dzięki swoim możliwościom technicznym zmieszała to wszystko w nowy produkt, który - jak każdy - podlega prawom rynku i konkurencji. Przeciwstawianie się temu przypomina protest fanatycznych ekologów przeciw budowie lotnisk i autostrad.

Więcej możesz przeczytać w 13/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0