Chora kasa

Chora kasa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Co trzeci polski szpital jest zadłużony. Dług Centrum Zdrowia Dziecka wynosi 20 milionów złotych. Zadłużenie publicznych ZOZ wynosi już co najmniej miliard złotych. Długi niektórych szpitali osiągnęły ich wartość księgową. Pod kreską znalazły się także placówki, które jeszcze niedawno całkiem nieźle radziły sobie w warunkach reformy służby zdrowia. Ponad dwa lata temu, tuż przed wejściem w życie reformy zdrowia, wszystkie szpitale zostały oddłużone.
 



Budżet przejął wówczas 7,5 mld zł zaległych opłat. Placówki przeprowadziły reorganizację, co miało zredukować koszty ich działania. Początkowo dyrektorom udawało się utrzymywać dyscyplinę budżetową. Dziś, kiedy nie mają już na czym oszczędzać, nawet najlepsi popadają w finansowe tarapaty. W Krakowskim Specjalistycznym Szpitalu im. Jana Pawła II od półtora roku kardiolodzy pełnią całodobowy dyżur. Pomocy udzielili już 1200 osobom. Trzy miesiące temu w tej samej placówce uruchomiono oddział szybkiej diagnostyki, gdzie za pomocą wielonarządowego tomografu można bezinwazyjnie uzyskać obraz serca i naczyń krwionośnych. Wkrótce urządzenie to posłuży do badania oskrzeli, płuc i przewodu pokarmowego.
- Pracujemy nad programem przesyłania wyników EKG, a nawet obrazów całego serca z karetki pogotowia do szpitala. Umożliwiłoby to lepszą diagnozę i wczesne prawidłowe dawkowanie leków. Za kilka miesięcy powinniśmy już ten program włączyć do systemu ratownictwa medycznego. Przez dwa lata udawało nam się pracować bez strat finansowych. Zwiększyliśmy poza tym liczbę usług. Tegoroczne kontrakty nie uwzględniają jednak nie tylko inflacji, lecz także wydatków na zapisane w ustawie podwyżki dla pie-lęgniarek. Potrzeba na nie 4,5 mln zł - mówi dr Mieczysław Pasowicz, dyrektor krakowskiego szpitala.

Za dużo pacjentów
Dyrektorzy placówek zdrowia twierdzą, że mają kłopoty finansowe przede wszystkim z powodu niedoszacowania przez kasy chorych kosztów leczenia i bardzo niskich stawek kontraktów w roku 2000 i 2001. - Nie brakuje nam pacjentów, wykorzystujemy łóżka szpitalne w 90 proc. Nasze kłopoty wynikają zatem z limitów usług medycznych wprowadzonych przez kasy. Jesteśmy lekarzami i nie możemy odmówić pomocy żadnemu dziecku, które trafia do nas ze skierowaniem. Co roku przyjmujemy 30 proc. pacjentów ponad limit - mówi prof. Paweł Januszewicz, dyrektor Centrum Zdrowia Dziecka. W ciągu dwóch lat reformy szpital nie dostał z kas chorych pieniędzy za leczenie trzech tysięcy dzieci. W tym roku hospitalizowano w tej placówce już pięć tysięcy małych pacjentów.
Za większość usług nie można jednak nawet wystawić faktur, ponieważ umowy z kasami i Ministerstwem Zdrowia (na tzw. procedury wysoko specjalistyczne) nie zostały jeszcze sfinalizowane. Dług Centrum Zdrowia Dziecka wynosi 20 mln zł, natomiast dopiero w tym roku kasy chorych zaczną odchodzić od systemu finansowania tylko średniego kosztu hospitalizacji. Wprowadzone zostaną systemy różnicujące opłaty za pobyt w szpitalu w zależności od długości terapii i schorzenia.

Parasol ochronny
Kłopoty mają także placówki cieszące się zaufaniem pacjentów, gdyż pieniądze nadal "nie idą" za chorymi. - W pierwszym roku reformy wypracowaliśmy zysk. W ubiegłym roku ponieśliśmy 4,7 mln zł strat. Zwiększyliśmy liczbę usług medycznych o 14 proc., a otrzymaliśmy o 10 proc. mniej pieniędzy. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie podobnie - mówi dr Eligiusz Patalas, dyrektor Publicznego Specjalistycznego ZOZ w Inowrocławiu. W Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Białymstoku otwarto pierwszy w kraju oddział ratunkowy dla najmłodszych, do którego chorzy mogą być transportowani helikopterem, a karetką bezpośrednio na salę reanimacyjną. - Dzięki powiększeniu liczby oddziałów i pacjentów oraz bardzo ostremu reżimowi finansowemu udało nam się dotychczas nie zaciągać długów. Ten rok jednak prawdopodobnie zamkniemy saldem ujemnym, ponieważ wartość kontraktów z kasami chorych jest o 10 proc. mniejsza od ubiegłorocznych. Kasa nie zapłaciła też 500 tys. zł za pacjentów przyjętych w zeszłym roku ponad limit - wyjaśnia prof. Anna Iwaszkiewicz-Pawłowska, dyrektor szpitala w Białymstoku.
Szukając oszczędności, w Szpitalu Powiatowym w Gryficach zmieniono sposób zatrudnienia personelu. Przed dwoma laty z wszystkimi pracownikami zawarto indywidualne kontrakty, dzięki czemu zlikwidowano dział kadr, a pieniądze przeznaczono na podwyżki dla lekarzy i pielęgniarek. Usprawniono także pracę na oddziałach.

Przepisy górą
Po reformie służby zdrowia ostródzka placówka zdobywała pieniądze od prywatnych sponsorów i fundacji, wykorzystywała dotacje z ministerstwa, ograniczała wydatki. Dyrekcja zlikwidowała pralnię, która przynosiła największe straty (ponad 20 tys. zł rocznie), gdyż była wykorzystywana tylko w kilkunastu procentach. Urządzenia sprzedano, a w budynku urządzono sale zabiegowe i dla pacjentów. Dzięki temu uruchomiono nowe oddziały: dziecięcy, ortopedyczno-urazowy, intensywnej opieki medycznej, a także całodobową diagnostykę interwencyjną (w 2000 r. leczono tu ponad dwa tysiące osób, w tym roku kasa chorych nie podpisała kontraktu na usługi medyczne wykonywane na tym oddziale). - Trzeba opracować takie zasady finansowania szpitali, by to nie urzędnicy z kas chorych decydowali o przeznaczaniu pieniędzy na nowoczesne lecznictwo ratujące życie. Dzięki błyskawicznej diagnostyce w Ostródzie w ciągu trzech lat śmiertelność pacjentów spadła dwukrotnie. Mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby udało się uruchomić oddział ratunkowy (jest już sprzęt) i wybudować blok operacyjny ze sterylizatornią odpowiadającą standardom europejskim. Plany czekają na realizację - przekonuje dr Marek Pietrzyk, dyrektor Powiatowego ZOZ w Ostródzie i inicjator zmian.

Zaciąganie sieci
Wśród pomysłów na ratowanie szpitali pojawiła się także propozycja łączenia ich w sieć współpracujących z sobą placówek o różnym stopniu specjalizacji usług medycznych. Takie zmiany wprowadzono w giżyckim ZOZ. Szpital w Węgorzewie przyjmuje pacjentów wymagających długiego leczenia, a pozostałych - placówka w Giżycku. Rok temu utworzono też niezmiernie potrzebny w regionie oddział urologiczny z nowoczesnymi urządzeniami do rozbijania kamieni nerkowych i operacji prostaty. Dzięki tym zmianom giżycki ZOZ pracował przez dwa lata bez strat. - Tegoroczne kontrakty nie uwzględniają jednak inflacji. Kasa chorych domaga się zwiększenia liczby niektórych usług o 20 proc., lecz przeznacza na ten cel te same pieniądze. Obliczyliśmy, że będziemy mieli 3,5 mln zł strat, nie uwzględniając podwyżek dla pielęgniarek, na które musimy wydać dodatkowo 1,7 mln zł. Tylko ustalenie stałych taryf za poszczególne zabiegi i usługi medyczne może zapewnić godziwą egzystencję szpitalom i ochronić je przed narzucaniem przez kasy kontraktów zaniżających koszty leczenia - mówi dr Halina Sarul, dyrektor Samodzielnego Publicznego ZOZ w Giżycku.
O tym, że reforma służby zdrowia nie została należycie przygotowana, można się było przekonać już w pierwszych dniach jej funkcjonowania. Potem z każdym miesiącem było coraz gorzej. Brakowało lekarzy rodzinnych, wydłużały się kolejki do specjalistów, coraz więcej pacjentów miało kłopoty z dostaniem się do wybranego szpitala, wielu chorych rezygnowało z wezwania karetki pogotowia (niektórzy przypłacili to życiem) z powodu nieczytelnego systemu korzystania z tego typu usług. Sama ustawa o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym była już poprawiana ponad dwadzieścia razy i czekają ją dalsze korekty. Na niewiele się zdadzą kolejne redukcje personelu, oszczędności na lekach czy ograniczanie liczby przyjęć chorych. Potrzeba radykalnych zmian. Te są jednak tylko zapowiadane.

Więcej możesz przeczytać w 13/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0