MENU

Dodano:   /  Zmieniono: 
W serii albumów Wydawnictwa Gruner&Jahr, właściciela licencji "National Geographic", ukazał się właśnie fascynujący zbiór fotografii Jamesa Stanfielda "Spojrzenie na świat". 120 najlepszych zdjęć laureata ponad czterdziestu nagród, czterokrotnie ogłoszonego Fotografem Roku przez White House Photographer Association, dokumentuje jego podróże po całym świecie, od Australii po Bliski Wschód, od Bombaju po Watykan.
Książka
W serii albumów Wydawnictwa Gruner&Jahr, właściciela licencji "National Geographic", ukazał się właśnie fascynujący zbiór fotografii Jamesa Stanfielda "Spojrzenie na świat". 120 najlepszych zdjęć laureata ponad czterdziestu nagród, czterokrotnie ogłoszonego Fotografem Roku przez White House Photographer Association, dokumentuje jego podróże po całym świecie, od Australii po Bliski Wschód, od Bombaju po Watykan. Stanfield uwieczniał mongolskie pomniki Dżyngis-chana i ruiny tureckiego Efezu, gliniany meczet w Mali i wnętrza czeskich zamków. Z równą pasją dokumentował życie szczurów i ludzi z całego świata, jazz w Nowym Orleanie i "aksamitny rozwód". Polskiego odbiorcę zainteresuje szczególnie cykl zdjęć z Watykanu (więcej znalazło się w wydanym wcześniej również u nas albumie "Watykan od środka") i mszy papieskiej odprawionej w Gdańsku w 1987 r. Stanfield dzięki wyjątkowej możliwości fotografowania ze stopni ołtarza zarejestrował wówczas mrowie wiernych przybyłych na spotkanie z Janem Pawłem II. Innym polskim akcentem jest zdjęcie prof. Zbigniewa Religi po kolejnej udanej operacji. (DS)

Wydarzenia - POLSKA
W warszawskim Muzeum Narodowym do 22 kwietnia prezentowana będzie nieznana nam bliżej gałąź twórczości noblisty Güntera Grassa. Cykl 117 akwarel z roku 1997 nosi nazwę "Fundsachen für Nichtleser" (Rzeczy znalezione dla nie czytających), a przywieziony został z muzeum w Würth. "Wszystkie ołówki zaostrzone. Słowa czekają na hasło. A jednak niektóre pozostają nie wypowiedziane" - taki tekst towarzyszy garści zielonych ołówków wystającej z dzbana i mógłby być mottem całego cyklu. To malarstwo bez pretensji do wielkiej sztuki, raczej impresje poetyckie, w których nie wszystko da się powiedzieć. Na rysunku może się znaleźć nawet sztuczna szczęka, której towarzyszą słowa: "Wyjąłem ze szklanki moją górną szczękę i dolną szczękę. Zainstalowałem, pocmokałem, uśmiecham się do lustra i tak inauguruję nowy dzień". Na akwarelach pojawiają się ptaki, ryby, owady, rozjechane żaby, przedmioty codziennego użytku - od gwoździ poprzez znoszone buty do papieru toaletowego. Są i motywy związane z Polską, Gdańskiem, Bałtykiem. Powtarzają się krajobrazy jesienne i zimowe, obiekty i wiersze mówiące o przemijaniu i pożegnaniu - ale z pogodą ducha i afirmacją życia, choćby niewiele już z niego pozostało.

Dorota Szwarcman

Bardziej obiekty niż obrazy, pofałdowane powierzchnie płócien jak płachty barwnej skóry układające się w jedną całość, w jedną kompozycję, w której ramach każdy element mógłby zostać ustawiony inaczej, tworząc inną kombinację. To jednak wciąż wystawa malarstwa. Cykl "Hors cadre" (Poza ramą) Aleksandra Kobzdeja, pokazywany właśnie w warszawskiej Galerii Kordegarda, powstał w ostatnim roku życia zmarłego trzydzieści lat temu wybitnego malarza. Kobzdej, który był jednym z najbardziej lubianych przez studentów profesorem warszawskiej ASP, znany był z otwartości na zmiany stylistyczne i z ciągłych poszukiwań nowych form w malarstwie. Dzieła prezentowane w tym cyklu stanowią logiczną konsekwencję całej drogi twórczej artysty, który eksperymentował z kształtem obrazu i jego funkcjonowaniem w przestrzeni. Kobzdeja inspirowały faktury ścian i tkanin. Przełamywał powierzchnię płócien poziomymi wgłębieniami lub reliefami, tworzył z obrazów obiekty wolno stojące lub grupy obiektów ruchomych, rezygnował z ram lub pozostawiał same ramy. Temperament artystyczny wiódł go do przekraczania granic tradycyjnego malarstwa, choć Kobzdej nigdy nie odszedł od niego całkowicie. W Kordegardzie oglądamy malarstwo wyzwolone nie tylko z ram i tradycyjnych prostokątów, ale i z konieczności grzecznego powieszenia na ścianie - obrazy wiszą swobodnie, mogłyby - zdaje się - powiewać w przestrzeni jak chorągwie. To apoteoza intensywnych barw i swobody. Wystawę można oglądać do końca kwietnia.

Dorota Szwarcman

30 marca Marek Niedźwiecki poprowadzi tysięczną listę przebojów - ta jedna z najpopularniejszych audycji w historii PR wystartowała 1 kwietnia 1982 r. Wtedy też Niedźwiecki rozpoczął pracę w Trójce, "radiu z głową dla ludzi z głową". Dla młodego człowieka z Szadka w Sieradzkiem, do którego przez wiele lat nie docierały nawet fale UKF, było to spełnienie marzeń. Andrzej Turski, który pracował wówczas nad nową wizją Trójki, ściągnął Niedźwieckiego z rozgłośni łódzkiej i zaproponował mu prowadzenie sobotniego rankingu najpopularniejszych piosenek. Autorska "Lista przebojów" błyskawicznie awansowała do roli ważnej instytucji życia publicznego. Na piosenki z pierwszych miejsc głosowało nawet po tysiąc osób. Niedźwiecki stał się jedną z bardziej znanych postaci w kraju, choć spotykał się z zarzutami kolaboracji - pracował przecież w instytucji państwowej. Popularność listy rosła do roku 1984, później nieco zmalała, ale do dziś ma wiernych słuchaczy. Niedźwieckiemu wielokrotnie w latach 80. udawało się lawirować w gąszczu politycznych zakazów. Kiedy Maanam popadł w niełaskę i zakazano emitowania jego nagrań na antenie, Niedźwiecki nadawał jak najczęściej perkusyjny fragment z utworu "Takie tango", zapewniając zespołowi obecność na antenie. Jego lista przyczyniła się do stworzenia rockowego boomu w Polsce doby stanu wojennego. Poważnym wyzwaniem dla audycji okazał się przełom, jaki dokonał się w eterze po starcie Radia Zet i RMF FM. Niedźwiecki nie szczędził konkurencji krytyk, które dotyczyły zwłaszcza słabej polszczyzny prezenterów i ich powierzchownej wiedzy muzycznej. Dziś przyznaje, że gusta jego i nastoletnich słuchaczy, którzy głosują na listę, są zupełnie inne. W autorskich audycjach lansuje smooth jazz i muzykę z pogranicza soulu i New Age. Niedźwiecki pozostaje ciągle jednym z najważniejszych "głosów" Trójki, która jego mikrofonową charyzmę wykorzystuje na wszelkie sposoby. Zrobiła to również telewizja ("Wzrockowa lista przebojów"), ale Niedźwiecki udzielał się w niej niechętnie i dziś występuje w niej sporadycznie. Od słuchaczy dostaje po kilkadziesiąt listów dziennie. "Czasami przychodzę wyczerpany do studia - mówi Marek Niedźwiecki o swej pracy - ale jak wchodzę na antenę, dzieje się coś niesamowitego". (JS)

Płyta
Dwudziesty trzeci album Roda Stewarta "Human" jest zdecydowanym odstępstwem od rockowego śpiewania. Wprawdzie chrypka pozostała ta sama, ale poprzez diametralnie inny repertuar artysta pokazał nowe oblicze. Stewart ironicznie dystansuje się wobec zawartości tego albumu, twierdząc, że piosenki zostały mu narzucone, ale to właśnie nowa ekipa autorów jest odpowiedzialna za sukces artystyczny "Human". Na płycie jest soul, funk i rhythm and blues, wszystkie piosenki łatwo wpadają w ucho. Stewart dawno nie nagrał tak udanego komercyjnie albumu - zawiera kilka potencjalnych hitów ze znakomitym utworem "Smitten" na czele. To nowocześnie brzmiąca płyta dla każdego.

Roman Rogowiecki
Więcej możesz przeczytać w 13/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0