Jak Zachód pokochał Wschód

Jak Zachód pokochał Wschód

Dodano:   /  Zmieniono: 

Tomasz Raczek: Panie Zygmuncie, na ekranach mamy międzynarodową superprodukcję o korzeniach azjatyckich: oprócz USA wzięły w niej udział Chiny i Tajwan. Wygląda na to, że "Przyczajony tygrys, ukryty smok" stał się rewelacją ostatnich miesięcy w światowym kinie - otrzymał dziesięć nominacji do Oscara, Złote Globy i aż czternaście nominacji do nagród Brytyjskiej Akademii Filmowej BAFTA. Co takiego jest w tym filmie, że świat oszalał na punkcie chińskiej bajki o wojowniku, który nie może się zdecydować, czy wybrać miłość czy walkę w imię dobra?
Zygmunt Kałużyński: Ośmielę się zacząć od tego, że zupełnie nie powinniśmy się liczyć z wymienionymi przez pana nie kończącymi się gloryfikacjami i nagrodami. Przyznam jednak - jako stary kinoman - że uważam ten film za oryginalność, jakiej w kinie nie było już bardzo, bardzo dawno.
TR: Jest to historia z XIX-wiecznych Chin o wojowniku Li Mu Bai, który postanawia wycofać się z czynnego życia i dlatego niejako symbolicznie pozbywa się cudownego miecza zwanego Zielone Przeznaczenie, dającego mu dotychczas przewagę i zwycięstwo w każdej sytuacji.
ZK: Jest jeszcze oddana mu osoba, którą on kocha z wzajemnością, lecz oboje ze względu na wysokie poczucie moralności i ich status społeczny krępują się wyznać sobie tę miłość. Jest także druga para. Tylko czy ten film nadaje się, aby go streszczać?
TR: No właśnie, nie chciałbym, aby czytelnicy odnieśli wrażenie, że jest to film o miłości, bo jednak dominują w nim sceny walki, na dodatek niesłychanie oryginalnie sfilmowane, prawie kojarzące się z "Matriksem". Wojownicy nie uznają praw grawitacji i właściwie fruwają w powietrzu.
ZK: W "Matriksie" ta technika była usprawiedliwiona fantastyczną wizją przyszłości. Tutaj jest uzasadniona wizją przeszłości, bo przecież poznajemy legendę, w której postacie mają wymiar nadludzki. Widzimy to przede wszystkim w walkach, gdy nagle unoszą się w powietrzu. Panie Tomaszu, w naszej rozmowie już rysuje się zaskakująca rozmaitość tego filmu: mamy tu wielkie historie miłosne, popis fantastycznych walk i starą legendę zawierającą prawdy moralne, które można by określić jako buddyjskie. Co prawda nie jestem specjalistą od buddyzmu, ale wyobrażam sobie, że religia ta, jej sedno, to jest wiedza wyrzeczenia się materii i uzyskania wysokiej niepodległości duchowej. Stąd ten paradoks: osoby hołdujące tak wysokim wartościom duchowym jednocześnie są wyczynowcami cyrkowych walk rozgrywkowych.
TR: Nazywa je pan "cyrkowymi", a ja miałem wrażenie, że walki zostały tutaj zamienione w rodzaj poezji. Są już tak odrealnione, że nie zwracają uwagi stopniem skomplikowania ewolucji - na co wskazywałoby porównanie z cyrkiem - tylko raczej niesłychaną gracją, pięknem, nierzeczywistością. Na każdym kroku podkreślana jest bajkowość tej opowieści.
ZK: Co więcej, przy takim mistrzostwie w pojedynkach powinny być przecież ofiary. Tu jest wprawdzie jeden nieboszczyk - komisarz policji prowadzący śledztwo, zabity przez złowrogą czarownicę - ale wszystkie inne walki przy całej swojej nieprawdopodobnej wyczynowości w gruncie rzeczy nie przynoszą ofiar. Dlaczego? Każde z tych starć wyraża jakąś sytuację emocjonalną: gdy trzeba zdecydowanie postąpić emocjonalnie, wyraża się to za pomocą walki. Niekoniecznie z powodu wrogości, także z powodu bliskości. Na przykład ta para kochanków: rozbójnik żyjący na pustyni i córka arystokraty chińskiego. Ich miłość najpierw zostaje stoczona w trzech szalenie efektownych walkach, wyrażających ich wzajemny pociąg, uczucie i zbliżanie się do siebie. Jest to coś takiego jak arie w operze. Z chwilą, gdy postacie opery chcą zadeklarować swoje najgłębsze uczucia, zaczynają śpiewać arie. Tutaj funkcję arii spełniają walki...
TR: ...które są właściwie wizjami, tak jak i cały film. Reżyser Ang Lee, urodzony na Tajwanie, ale działający już na całym świecie, stworzył rodzaj poematu o wyśnionych Chinach z jego marzeń; o Chinach, których on oczywiście nigdy nie widział, ale które tak sobie wyobraził. W tym miejscu warto przypomnieć, że ten sam tajwański reżyser kilka lat wcześniej zrealizował film "Rozważna i romantyczna", który także był rodzajem baśni o nie istniejącym kraju, czyli o starej Anglii. Zresztą, szczerze mówiąc, aż trudno uwierzyć, że oba filmy zrobił ten sam artysta.
ZK: Bo "Rozważna i romantyczna" tak oddychała duchem powieści angielskiej, klimatem wielkiej tradycji brytyjskiej, że był to wyczyn. Ale, panie Tomaszu, jeżeli ten reżyser, który jest Azjatą, z jednej strony potrafi się tak wczuć w europejską tradycję kulturalną, a z drugiej strony daje film tak wschodni, to staje przed nami wspomnienie kogoś, kto był do niego trochę podobny i odegrał podobną rolę, mianowicie Akiry Kurosawy. Tamten wręcz sobie powiedział, że jego zadanie to zbratać Wschód z Zachodem. Dlatego brał teksty szekspirowskie i przedstawiał je w duchu samurajskim, niejako wkomponowywał je w historię Japonii.
TR: W naszym filmie mamy historię Chin w stylu "Matriksa".
ZK: Tak, ale o ile Kurosawę ciągle jeszcze można było zamknąć w tradycyjnych gatunkowych regułach, o tyle tutaj byłem w rozterce: w jaki sposób zakwalifikować ten film? On jest wszystkim!
TR: Czy to jest film komercyjny?
ZK: Jest, jak najbardziej nadaje się dla szerokiej publiczności.
TR: Czy to jest film artystycznie wyrafinowany?
ZK: Także! Wszystko razem! Jest tu wszystko, co kino obejmuje. A jeszcze dochodzi do tego wyczynowość. Dla mnie najbardziej olśniewająca była scena walki, która odbywa się w lesie bambusowym. Bambusy są bardzo wysokie, a jednocześnie są to drzewa zupełnie różne od europejskich - wyglądają jak kolosalne krzaki, które się bez przerwy chwieją. Na tle tej całej zielonej płynności odbywa się fantastyczna walka, w której partnerzy wznoszą się nagle 50 metrów w górę, przeskakują z gałęzi na gałąź, nachylają całe drzewa do siebie. Wydawałoby się, że w kinie wszystko się już widziało - takiej sceny nie było nigdy.
TR: To może jednak, panie Zygmuncie, te wszystkie nominacje do nagród są zasłużone?
ZK: Wie pan, zastanawia mnie to. Przecież Oscar odzwierciedla typową mentalność kina hollywoodzkiego o pewnym ustalonym stosunku do sztuki filmowej. Jeżeli film, który tak odstaje, tak się nie daje zakwalifikować, zostaje jednak nominowany do tej nagrody, świadczy to o zupełnie wyjątkowym sukcesie globalnym. Kurosawa chciał zbliżyć Wschód z Zachodem, Ang Lee doprowadza do całkowitego zjednoczenia obu światów, tworząc widowisko, od którego rzeczywiście nie można się oderwać.
Więcej możesz przeczytać w 13/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0