Legenda zgniłego Zachodu

Legenda zgniłego Zachodu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Z zacofania i lęku przed nowoczesnością Polacy uszyli sobie sztandar dumy narodowej. Niemal od trzystu lat cywilizacja zachodnia przynosi nam same nieszczęścia: niszczy naszą wspaniałą tradycję narodową, zagraża moralności, rodzinie i religii! Sam wieszcz Adam kazał się przed nią bronić.
Niech tam sobie, kto chce, chwali Zachód, u nas, chwała Bogu, stare obyczaje - tak mniej więcej pisał Mickiewicz w 1834 r. Dziś politycy z prawej strony nadal nas straszą Zachodem, który oznaczać ma zgubny materializm, ateizację, upadek wartości, ogólne rozpasanie. W ich obsesyjnym lęku znać spuściznę myślowego dorobku PRL, kiedy wróg mógł być tylko zachodni, a materializm tylko dialektyczny. Ale to nieprawda, że krytyka Zachodu zaczęła się u nas dopiero z nastaniem komunizmu. Ma ona długą tradycję, w której świetle dzisiejsze koncepty są wtórne.

Sarmacja Kopernikiem narodów
Wyobcowanie Rzeczypospolitej z kręgu cywilizacji zachodniej przyniósł XVII-wieczny sarmatyzm, który zakonserwował szlachtę w mitach "przedmurza" i "spichrza" Europy i położył tamę modernizacji kraju. Podjęte w epoce oświecenia próby wyrwania się z kręgu zacofania hamowane były nie tylko przez sąsiadów, ale i przez konserwatyzm szlachty. Za paradoks można uznać fakt, że nośnikiem nowego było wówczas duchowieństwo - z arcybiskupem gnieźnieńskim Ignacym Krasickim, prymasem Michałem Poniatowskim, księżmi Stanisławem Staszicem i Hugonem Kołłątajem. Sarmacka Rzeczpospolita nie dorobiła się wykształconej klasy średniej, toteż najświatlejszych ludzi znaleźć można było wśród księży i części arystokracji.
Rozbiory zakonserwowały sarmacki model kultury, który był traktowany jako jeden z istotnych elementów polskości, wymagający obrony przed wynarodowieniem. W rezultacie to, co było przejawem zacofania Polski, uznane zostało za jej zaletę. Adam Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" gromko tępi cywilizacje zachodnie: "Niech tam sobie, kto chce, chwali Niemców cywilizacją, porządek Moskali, niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów. (...) Na Litwie chwała Bogu, stare obyczaje". Również Cyprian Kamil Norwid pisał: "Europa jest to stara wariatka i pijaczka, która co kilka lat robi rzezie i mordy bez żadnego rezultatu ni cywilizacyjnego, ni moralnego. Nic postawić nie umie - głupia jak but, zarozumiała, pyszna i lekkomyślna".
Fortecą obronną kultury sarmackiej w XIX wieku stał się szlachecki dworek i ideał społeczności patriarchalnej, w której dobry pan opiekował się pobożnymi i pracowitymi włościanami. Chłopom takie pojęcia, jak edukacja, przedsiębiorczość i lepsze życie, nie były do niczego potrzebne. Byli zadowoleni ze swego ulokowania w świecie i nie odczuwali żadnej potrzeby odmiany. Że pan też był zadowolony, nie ma potrzeby dodawać. Jak dowodził Stefan Witwicki, ostoją Polski jest wiejski dom i sąsiedzkie związki. Maurycy Mochnacki powiadał, że Francja jest w giełdzie, w kramie, w warsztacie i na bruku; Polska - tylko na wsi. Cywilizacja Zachodu nieść miała z sobą same nieszczęścia: niszczyć kontakty między ludźmi, zamieniać ich w maszyny do robienia pieniędzy, niszczyć moralność i religię. Obawiano się narodzin "kasty pieniężników, arystokracji serów i kartofli". Wieszczono panowanie chciwości, obłudy i kłamstwa. Józef Gołuchowski obawiał się rozbudzonych w masach nowych żądz, nad którymi nie da się zapanować. Pogląd konserwatystów znalazł wyraz w encyklopedii z 1861 r., gdzie czytamy: "Jest bowiem jedna cywilizacja, zwana moralną, pełna prostoty, cnotliwa i niewinna, druga - przemysłowa, czyli uczona, połączona z zamiłowaniem bogactwa i zbytku. W pierwszej kwitnie wiara religijna, żyją natchnienia sercowe, druga jaśnie blaskiem sztuk i rzemiosł, handlem, rękodziełami i każdym zgoła rozwojem inteligencji". Owo przeciwstawianie bogactwa duchowego bogactwu po prostu prowadziło do groteskowych pomysłów przewodnictwa moralnego Polski w Europie. Kazimierz Brodziński ukuł na tę okazję hasło: "Polska Kopernikiem w świecie moralnym". Czesław Miłosz szydził z tego stylu myślenia: "Wy macie wspaniałą architekturę, sztukę, technikę, bogactwo - tak, ale ile my mamy trupów!". Jak opowiada Maria Janion w "Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi", egzemplarz angielskiej wersji książki Juliana Krzyżanowskiego o polskiej literaturze romantycznej, który trafił do biblioteki w Berkeley, upstrzony jest uwagami w rodzaju "Dobrze im tak!", "Bili ich za mało!".
W sarmackiej fantasmagorii chłop - analfabeta, który w żaden sposób nie mógł przeczytać Biblii, pił, aby zapomnieć o swej nędzy, i hołdował niezliczonej liczbie pogańskich przesądów - awansował na pobożnego i roztropnego włościanina. Tymczasem jeśli tacy rzeczywiście istnieli, to albo dzięki własnemu wysiłkowi, albo dzięki nielicznej oświeconej szlachcie i księżom, którzy zakładali szkoły, szerzyli postęp i dbali o rzeczywistą chrystianizację swoich poddanych.

Dobra wieś, przeklęte miasto
Jerzy Jedlicki w swojej nowej książce "Świat zwyrodniały. Lęki i wyroki krytyków nowoczesności" zwraca uwagę, że "im bardziej atrakcyjne okazywały się u nas zachodnie idee, technologie czy wzory konsumpcyjne i im szybsze było ich przenikanie do różnych klas społeczeństwa, tym silniej artykułowana była w literaturze i prasie pogarda dla Zachodu". Próby zniechęcania do kupowania zachodnich towarów i przyjmowania mody kończyły się niepowodzeniem.
Wcieleniem zła w oczach krytyków cywilizacji były: miasto, maszyna i pieniądz. Miasto i pieniądz miały złe notowania już w Polsce przedrozbiorowej, a jedynymi maszynami byli w niej chłopi. Miasta zaludnione były w dużym stopniu przez Niemców i Żydów, to oni tworzyli najczęściej ich elity. Podobnie było z handlem, który stanowił pożywkę dla antysemickich stereotypów. Oskarżanie Żydów o lichwę i czczenie mamony zbiegało się z krytyką egoizmu i materializmu. Jak odnotował Andrzej Wierzbicki w "Sporach o polską duszę", Joachim Lelewel uważał zajęcia rolnicze, jakoby właściwe Polakom, za najwyższą formę egzystencji. O handlu pisał, że "zachęcając do zysków, naraża charakter do osobistej interesowności, do opuszczania dróg prawnych, przytępia ludzkość, unosi namiętnością chciwości, ciągnie za sobą niemoralność i wściekłe pastwienie się, rozwalnia obyczaje, osłabia ducha publicznego, a zatem wymierza niebezpieczne na swobody narodów ciosy".
Fala krytyki miasta przypłynęła z Anglii, gdzie w początkach XIX wieku Londyn obdarzano takimi epitetami, jak "polip", "wole", "pustynia", "grób", "kostnica", "wir", "trąba powietrzna". Prowincje i wieś uważano tam za oazy spokoju, bezruchu i stałości; miasto oznaczało dynamikę, ruch i zmianę. Jak to pięknie podsumowuje Jedlicki, w tym wyobrażeniu nie miasto i wieś zderzały się z sobą, ale dwie strony ludzkiej natury. Tak więc nasz swojski obraz wiejskiej prostoty, krzepy, spokoju i lojalności wobec klas wyższych to plagiat krytykowanej jako zepsuty Zachód Anglii.
Świadomość permanentnego kryzysu - powiada Jedlicki - jest błogosławieństwem naszej cywilizacji i jej trwałym, wręcz niezbywalnym elementem. Nasza cywilizacja jest też jedyną, która w takim stopniu wykształciła zdolność do samokrytycyzmu i kwestionowania własnych osiągnięć. Rebelia przeciwko cywilizacji liberalnej była możliwa jedynie w jej obrębie. Inne cywilizacje nie pozwalały sobie na samokrytykę, toteż już ich nie ma. Zaciekle krytykowany Zachód od stuleci upada, ale z tym upadaniem jest mu coraz bardziej do twarzy.

Więcej możesz przeczytać w 16/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0