MENU

"Yugoton"; "West Side Story"; Norman Davies; Bunkier Sztuki; Marlena Dietrich
Płyta
Płyta "Yugoton" jest hołdem złożonym jugosłowiańskim zespołom nowofalowym z początków lat 80. Dawne przeboje Idoli, Elektricni Orgazam czy Prljavo Kazaliste przypominają m.in. Kazik Staszewski, Kasia Nosowska, Paweł Kukiz oraz Ryszard "Tymon" Tymański. Pomysłodawcą projektu był Grzegorz Brzozowicz, niestrudzony promotor muzyki w Polsce. Najlepiej bronią się utwory nawiązujące bezpośrednio do stylistyki punkowej rewolucji, takie jak "Czarno-biały świat". Dziwi natomiast zamieszczenie nie pasujących do konwencji tej składanki kompozycji w rodzaju "Falochronu". Oprócz dwunastu piosenek płyta zawiera także prezentację multimedialną oraz teledysk do przebojowego utworu "Malcziki".
Jacek Borowski

Wydarzenia - POLSKA
Klasycy się nie starzeją - taka myśl nasuwa się po obejrzeniu trzeciej w Polsce realizacji "West Side Story" Leonarda Bernsteina. Porwała się na nią Opera na Zamku w Szczecinie, angażując do tego celu nowojorskiego tancerza i choreografa Barry’ego Solone’a, który kilka ostatnich lat spędził w Polsce jako... instruktor fitness. Choreografem jest również reżyser przedstawienia, Leszek Czarnota. Nic więc dziwnego, że ruch sceniczny jest najbardziej dopracowaną częścią spektaklu, a efekt jest tym bardziej imponujący, że tancerze to w większości młodzież wzięta niemal z ulicy, wybrana w dwóch castingach. Członków dwóch zwalczających się nowojorskich gangów aktorzy grają z taką przyjemnością, jakby grali siebie. W rolach głównych występują soliści z innych miast, m.in. Janusz Kruciński z Chorzowa (Tony), Agnieszka Kaczor z Gdyni (Maria), Beatriz Blanco z Warszawy (Anita), Robert Hennig z Poznania (Bernardo). Do końca kwietnia musical będzie można oglądać w Szczecinie, a po wakacjach w kilku największych miastach kraju.
Dorota Szwarcman

Lubię nawet czytywać moje książki po polsku, także dlatego, żeby sprawdzić, czy rozumiem własne dowcipy" - napisał Norman Davies w przedmowie do wydanej właśnie przez Znak książki "Smok wawelski nad Tamizą". Po raz pierwszy nie jest to jego integralna publikacja, lecz zbiór esejów i polemik drukowanych na łamach polskich, brytyjskich i amerykańskich pism, a także wykładów wygłaszanych w Polsce i Anglii. To interesująca podróż po Polsce i Wielkiej Brytanii, począwszy od zamieszczanych w brytyjskiej prasie dowcipnych kores-pondencji z PRL wczesnych lat siedemdziesiątych, poprzez teksty znane już polskim czytelnikom (w tym analizę przemian w latach 1978-1988, przedrukowaną swego czasu w "Tygodniku Powszechnym" z licznymi ingerencjami cenzury), po żartobliwą, acz cokolwiek katastroficzną przepowiednię na przyszłe tysiąclecia. (DS)

W krakowskim Bunkrze Sztuki do 13 maja otwarta będzie wystawa "Stanisław Dróżdż - pojęciokształty. Poezja konkretna". Dróżdż jest niemal polskim klasykiem tego gatunku, istniejącego od kilkudziesięciu lat. W pewnej formie poezja konkretna uzewnętrzniała się zawsze - gdy pisarze i poeci skupiali się nie na tekście, lecz na samym słowie, jego kształcie wizualnym lub dźwiękowym, jego działaniu w kontekście szerszym niż prosta wypowiedź. Dróżdż tworzy "pojęciokształty" od lat 60. i - jak wynika choćby z recepcji krakowskiej wystawy - nic się one nie zestarzały. - Bo starzeją się zdania, nie słowa i litery - zwraca uwagę autor. Dziś "pojęciokształty" są jakby bliższe rzeczywistości. Zwiedzającym wystawę instalacja "między" z roku 1977 z warszawskiej Galerii Foksal (białe wnętrze, na którego ścianach po obu stronach rozsypane są litery słowa "między") kojarzyć się może równie dobrze z wnętrzem awangardowego lokalu, jak i tłem do robienia sobie zdjęć. Inny "pojęciokształt", "lub", wyszedł na ulicę. Billboardy Zewnętrznej Galerii AMS okazały się znakomitym medium dla tego rodzaju twórczości.
Dorota Szwarcman

Do filmu o Marlenie Dietrich przymierzało się już wielu reżyserów. Odważył się w końcu Joseph Vils-maier, którego niemieckie pochodzenie predystynowało do bliższego przyjrzenia się legendzie kina. Nie postawił jednak aktorce pomnika z brązu. Wręcz przeciwnie. Bohaterka jego filmu "Marlena" to chłodna i wyrafinowana egocentryczka, jak portretuje Dietrich w skandalizujących wspomnieniach jej córka Marie. Vilsmaier zrezygnował co prawda z najbardziej pikantnych szczegółów, ale i tak na ich brak w filmie narzekać trudno. Ograniczając się do początków aktorskiej kariery Dietrich w Hollywood (lata 1929-45), opowiada o drodze do sławy i skomplikowanym życiu erotyczno-uczuciowym. Kochankowie (m.in. Gary Cooper) i kochanki przewijają się przez życie aktorki, porzucani przez nią bez skrupułów. Wyjątek stanowi niemiecki przyjaciel - ponoć wielka miłość Dietrich, do której gwiazda powracać będzie przez resztę życia. Ten wątek to jedyny przejaw jej sentymentalizmu. Poza tym Marlena jawi się jako praktyczna, obsesyjnie zdyscyplinowana profesjonalistka, dla której celem było uwielbienie przez publiczność. Szczególne miejsce w filmie zajmuje stosunek gwiazdy do nazizmu, jej niezłomna postawa wobec kuszących propozycji Goebbelsa. Stanowczość aktorki wzbudza podziw, podobnie jak jej inteligencja i dowcip.
W rolę Marleny wcieliła się łudząco do niej podobna Katia Flint, która - zdaniem reżysera - prezentuje również podobny typ osobowości. Jej Dietrich ma nie tylko olśniewające nogi, ale i charyzmę - jak pierwowzór.

Justyna Kobus
Więcej możesz przeczytać w 17/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0