Gitarzysta Scorpions wspomina „rozbicie banku”, związki z Polską i przyjaźń z Motorhead

Gitarzysta Scorpions wspomina „rozbicie banku”, związki z Polską i przyjaźń z Motorhead

Rudolf Schenker
Rudolf Schenker / Źródło: Newspix.pl / ZUMA
– Z naszym powrotem do grania jest trochę tak, jak z pójściem na imprezę. Niby obiecałeś dziewczynie, że nie wrócisz zbyt późno, ale... Kończysz zabawę o 8 nad ranem i wiesz, że po prostu inaczej się nie dało. Tak samo jest z nami – mówi w rozmowie z Wprost.pl Rudolf Schenker, założyciel i gitarzysta zespołu Scorpions.

Kacper Świsłowski, Wprost.pl: Kilka lat temu mieliście zawiesić granie, a koniec końców dalej gracie, koncertujecie, nagrywacie. Pozostaje zapytać: Jak to robicie?

Rudolf Schenker: Prawda jest taka, że gdy ogłosiliśmy pożegnalną trasę, mówiliśmy to całkiem serio. Do ostatniego koncertu w grudniu 2012 roku, byliśmy gotowi na pożegnanie się ze sceną. Ale dwa, czy trzy tygodnie później, już w styczniu 2013 roku, zadzwonili do nas ludzie z MTV Unplugged z propozycją, byśmy wzięli udział w tej serii. Zapytali wprost, czy jest szansa, że jeszcze przed zawieszeniem grania, pojawimy się w ramach tego cyklu. Przemyśleliśmy sprawę, zwłaszcza że taką płytę unplugged chcieliśmy nagrać już pod koniec lat 80. i na początku 90., ale brakowało nam na to czasu.

Stwierdziliśmy, że coś takiego byłoby „dobrym elementem” w naszej karierze. Ale tylko pod warunkiem, że możemy zrobić to – nie tak jak było zwykle, w małym studio – ale w wielkim amfiteatrze na najwyższej górze Aten, przed tysiącami osób. MTV zgodziło się na takie żądania – ten pomysł zakończył się sukcesem, dostaliśmy mnóstwo nowych ofert.

MTV Unplugged to rok 2013, a wielka trasa na 50. lecie zespołu to rok 2015.

Nie był to jedyny element układanki, jaka wtedy powstała. Podczas prac nad MTV Unplugged udało mi się znaleźć książkę, którą dała mi w przeszłości mama, gdy zaczynałem grać w zespole, w 1965 roku. Wtedy uświadomiłem sobie, że początek zespołu przypada na rok 1965. Poszedłem do naszego menadżera i powiedziałem: „Słuchajcie, za rok, w 2015, będziemy mieć 50 lat!”. Menadżer od razu rzucił, że taka rocznica, w czasach, gdy niewiele rockowych kapel może się pochwalić podobnym stażem, a udało się to na przykład zaledwie Beach Boys, The Who i The Rolling Stones, to nie lada okazja.

Menadżer wspomniał, że możemy stać się pierwszym, niemieckim zespołem w tym gronie. I znów wspólnie stwierdziliśmy, że to dobry pomysł. Menadżer popytał to tu, to tam, okazało się, że ludzie nadal chcą nas słuchać. Ruszyliśmy w trasę po całym świecie i obserwowanie całkiem nowej generacji fanów zespołu, ludzi, którzy chcieli nas posłuchać… To było niezwykłe doświadczenie.

Same dobre zbiegi okoliczności.

Zauważyliśmy też płynący czas, umierali muzycy, koledzy z zaprzyjaźnionych kapel, jak Lemmy z Motorhead czy David Bowie. Podsumowując – stwierdziliśmy, że jesteśmy w dobrej formie, wciąż radość sprawia nam granie muzyki, zdarzyło się to MTV Unplugged, fani chcieli nas słuchać, po prostu nie mogliśmy przestać…

I tak krok po kroku nie zrezygnowaliście z grania.

Dokładnie tak! To trochę tak, jak z pójściem na imprezę. Dziewczyna mówi ci: „Baw się dobrze, ale nie wracaj zbyt późno” . Zgadzasz się, idziesz i chcesz wyjść zgodnie z obietnicą. Już jesteś jedną nogą w drzwiach, ale ktoś wtedy krzyczy: „Ej, gdzie ty się wybierasz!”. Choćbyś się bronił, wspominał o obietnicy, usłyszysz: „Są kolejni znajomi do poznania, jeszcze nie kończymy”. Po czymś takim, koło 4, 5 nad ranem, czasami o 8, kończysz zabawę, dociera do ciebie, że inaczej się nie dało. To samo stało się z nami.

Co was w ogóle sprowadziło do Polski, na festiwal w Oświęcimiu?

Teraz trwa Crazy World Tour, pomysł na tę trasę powstał w związku z tym, co dzieje się na świecie, a my od lat deklarowaliśmy jedno: że stoimy po stronie pokoju. Chcemy grać dla pokoju, ale nie w taki sposób… polityczny. Chcemy grać jak kiedyś, podczas koncertów w Europie Wschodniej. Pamiętam, jak przyjechaliśmy zagrać koncert do Moskwy w 1982 roku. Mówiłem wtedy: „Musimy pokazać Rosjanom, że do głosu doszła nowa generacja z Niemiec, która nie przyjeżdża do nich z wojną i czołgami, a z gitarami, muzyką i przywozi miłość i pokój”. Oni przecież wiedzieli, skąd przyjechaliśmy, a Rosja i Niemcy, te dwa kraje, miały naprawdę... nieciekawą przeszłość. Chcemy przypominać ludziom, m.in. przez „Wind of Change”, o tym, jak ważny jest pokój.

„To był nasz największy koncert, były setki tysięcy ludzi. Ciężko to nawet opisać, to było niewiarygodne. Zapamiętałem też Kraków – wspaniałe, imprezowe miasto”

W Polsce wasza rozpoznawalność to właśnie ten utwór... Mówiąc Scorpions, myśli się „Wind of Change”. Potraficie się jeszcze tak, w pewien polityczny sposób, angażować muzyką w bieżące wydarzenia?

Sprawa wygląda tak: w życiu powinno się robić dwa kroki wprzód i jeden w tył. To nie zawsze musi być gnanie do przodu. Właśnie wokół takiej idei robimy Crazy World Tour, chcemy przypomnieć, tę pokojową rewolucję sprzed lat. Musimy pamiętać i być uważni, by nie stracić pokoju, nawet jeśli na świecie jest tyle wojen. Po prostu trzymać się razem, w zgodzie. „Wind of change” to nie jest piosenka polityczna. To piosenka nadziei. I my nadal mamy nadzieję, że ludzie spróbują zrozumieć siebie nawzajem, nawet jeśli dzieli ich religia, poglądy, filozofia. Ale my od zawsze staraliśmy się budować mosty, nie je palić.

Rock and roll jest o tym. Przypomnij sobie lata 60., hippisów, młodą rewolucję, nową generację… Młodzi zawsze stawali na takiej pozycji w stosunku do starszych: Nie wpakujemy się w to samo gówno co wy, wojny to okropieństwo. Przecież jest tyle ważnych spraw na świecie do rozwiązania, kwestia czystości powietrza, wody, globalnego ocieplenia, my nie mamy czasu na wojny.

Wasze wizyty w Polsce rzadko przechodzą bez echa, zwłaszcza po tym, co zrobiliście w 2000 roku. Pamiętasz ten koncert?

Jasne! To był nasz największy koncert, były setki tysięcy ludzi. Ciężko to nawet opisać, to było niewiarygodne. Zapamiętałem też Kraków – wspaniałe, imprezowe miasto. Z tego, co pamiętam, to mogę powiedzieć, że to chyba najbardziej imprezowe miasto w Europie. Graliśmy też w Gdańsku, by uczcić 20. rocznicę wyborów z 1989 roku. Zresztą, my jesteśmy w jakimś stopniu z Polską związani. Za czasów Żelaznej kurtyny, sporo muzyki, najwięcej z Wielkiej Brytanii albo USA, ale ja słuchałem też rocka ze wschodu. Zwłaszcza z Polski. Polacy, w tamtych czasach, Żelaznej kurtyny, świetnie grali. Może nawet z tego powodu mamy w zespole basistę z Polski.

Czyli Pawła Mąciwodę. Może ktoś już to tobie mówił, ale czy wiesz, co oznacza „mąciwoda” w języku polskim?

Nie, nikt nigdy nie wspominał.

Intryganta, buntownika, no, kogoś, kto sprawia kłopoty.

(Śmiech) Nikt mi nigdy wcześniej o tym nie wspominał, dobrze, że to powiedziałeś. Na pewno to w przyszłości wykorzystam, przycisnę go o to. A co do tych związków z Polską... jedna z osób związanych z zespołem, kiedyś menadżer pracujący tylko ze mną, też pochodzi z Polski. Co więcej, serdecznym przyjacielem zespołu jest Tiger!

Michalczewski?

Tak! Dariusz! Ten bokser. Ostatnio mamy też świetny kontakt z polskimi fanami, są niezwykle kreatywni.

Tylko co z tym Mąciwodą? Jego nazwisko pasuje do stylu bycia?

Jego charakter, sposób bycia, nie zgadza się z tym zupełnie. Owszem, były takie czasy, gdy wiódł życie rockandrollowca, i można było go tak nazywać. Teraz jest jednak żonaty… To bardzo miły człowiek, świetny basista i ważna osoba w naszym zespole.

Jakiś czas temu Mikkey wspomniał: „Rudolf, nie uwierzysz, ale Lemmy byłby niezwykle dumny, że z wami gram. On was kochał”

Szykujecie coś specjalnego dla fanów z Polski?

Już pracujemy nad tym, by też nasze show „dogoniło czasy”. Dostaliśmy dobre oceny za 50-lecie i naszą trasę. Mieliśmy zrobić coś nowego, ale pozostaliśmy przy takim układzie, tj. sama podstawa naszych występów pozostała taka sama, ale dodaliśmy do tej trasy coś nowego. Dogoniliśmy też kilka kwestii, szykujemy wielkie show, także świetlne. No i najważniejsze – mamy dużo energii, a mamy przecież wszyscy dobrze ponad 60 lat. Sporo do zespołu wniósł Mikkey Dee z Motorhead, który zawsze się z nami trzymał, a my przecież przyjaźniliśmy się z Lemmym.

Często to podkreślacie, wy się naprawdę z Lemmym lubiliście.

Graliśmy razem z nim z okazji jego rockandrollowego 40-lecia i naszego 50-lecia. Zagraliśmy po raz pierwszy razem w 1975, kiedy my byliśmy headlinerem w Blackburn w Anglii, a Lemmy dopiero co odszedł z Hawkwind, założył Motorhead, i grał z zespołem jako support Scorpions! Uwielbiam Motorhead za ich prawdziwość, krzykliwość i takie realne pokazywanie tego, że „rock and roll to moje życie”. Lemmy był przyjacielem Scorpions. Jakiś czas temu Mikkey wspomniał: „Rudolf, nie uwierzysz, ale Lemmy byłby niezwykle dumny, że z wami gram. On was kochał”. To fantastyczne, to pokazuje, jak rozmawiają artyści, muzycy. To też przykład na to, że najprostsze rozwiązania są najlepsze: Żyj, ciesz się z tego życia i zawieraj przyjaźnie.

Grasz ponad 50 lat na gitarze, co byś powiedział na takie stwierdzenie: W muzyce wszystko zostało już zagrane.

Powiem tak… Każda nuta została już zagrana, ale wszystko zależy od tego, jaki jest świat wokół nas. Myślenie o sztuce, muzyce, zmienia się, pojawiają się nowe generacje, nowe formy grania. Jeśli trafisz w dobry czas, dodasz temu trochę siebie, dojdzie dobry moment, twój styl, to stajesz się lepszy.

Kiedyś w Scorpions odrobinę zmieniliśmy nasz styl grania, ale ludzie nie byli zadowoleni. Niektórzy, owszem, chwalili nas, mówiąc, że Scorpions pokazało coś innego. Jednak ten twój własny styl, wyrobiony przez lata, on staje się osobisty, własny. Trzeba być uważnym, by tego nie stracić.

Stwierdziliśmy jakiś czas temu, że nie damy rady stworzyć lepszego albumu niż jeden z poprzednich. Ale zagraliśmy nowe rzeczy na 50-lecie, zagraliśmy nowe rzeczy ze starymi, to dobre – łączenie rzeczy na przestrzeni lat. Daliśmy muzyce Scorpions „nowe otwarcie”. Co mogę powiedzieć po tylu latach grania? Dalej jest miejsce, przestrzeń, na granie czegoś nowego, odkrywczego, innego. Młodzi muzycy dają mi sporo inspiracji.

Kogo, w takim razie, byś polecił?

Metallikę, choć oni już tacy młodzi nie są, ale ten ich nowy album jest po prostu świetny, Metallica dogoniła nasze czasy. Jest też Green Day – też nie najmłodsi, już trochę są na scenie. Z tych naprawdę współczesnych kapel lubię Kings of Leon i Twenty One Pilots.

Schenker i Scorpions wystąpią podczas tegorocznego Tauron Life Festival Oświęcim. Koncerty w ramach imprezy odbędą się 23 i 24 czerwca. Pierwszego dnia wystąpią: Shaggy, Maleo Reggae Rockers, Lao Che, Mesajah, I Wear* Experiment, Julia Pietrucha i BeMy, zaś drugiego: Scorpions, LP, Kasia Kowalska, Bisquit, Leski i Kandinsky.

Bilety na TLFO 2017 można kupować poprzez strony: www.lifefestival.pl oraz www.eventim.pl, a także w salonach Empik i kasie Oświęcimskiego Centrum Kultury.

Czytaj także:
Tauron Life Festival Oświęcim 2017: Scorpions, Lao Che, LP, Shaggy i wielu innych

Czytaj także

 1
  • Motorhead to kultowa rock'n'rollowa legenda a Scorpions to takie metalowe heimatmelodie. Trudno nawet porównywać te dwa zespoły ...

    Czytaj także