Boom na krajowy stand-up

Boom na krajowy stand-up

Stand-up, zdjęcie ilustracyjne
Stand-up, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Fotolia / BillionPhotos.com
Młodzi Polacy coraz częściej wybierają taką formę humoru, w której nie ma tematów tabu i najważniejsza jest wolność słowa.

„Życie to tylko przejażdżka. I zawsze możemy zmienić kierunek. To tylko kwestia wyboru…”, opowiadał Bill Hicks, po czym wypełniona po brzegi sala milkła, zahipnotyzowanie słuchając jego dalszych wywodów egzystencjalnych. Mówca nie był ani księdzem, ani też nie wykładał filozofii. To część monologu słynnego amerykańskiego stand-upera, którego szczyt popularności przypadł na początek lat 90’.

Kim jest stand-uper? Według definicji to „komik wygłaszający monolog przed publicznością”. Jednak podejścia do tej formy występów scenicznych są skrajnie różne. Jedni – jak np. kiedyś Bill Hicks – mają w sobie dużo z egzystencjalisty i starają się przekazać publiczności głębszą myśl podczas monologu. Drudzy, koncentrują się na krótkich i często skandalizujących dowcipach bez morału, jak Jimmy Carr z Wielkiej Brytanii. Jeszcze inni – np. Bill Burr – żartobliwie opowiadają co im się przytrafiło w życiu codziennym.

Stand-uperem jest więc każda osoba, która stoi na scenie i bezpośrednio zwraca się do publiczności – często wchodząc z nią w interakcję (dlatego np. część publiczności unika siadania w pierwszych rzędach, aby nie zostać zaczepionym przez komika). Od kabaretu tę formę sceniczną różni m.in. to, że występujące osoby nie przebierają się za nikogo oraz nie odgrywa żadnych ról.

Gdzieś na obrzeżach polskiego kabaretu, stand-up także od lat funkcjonował – choć nie bym tak zdefiniowany. Występy Marcina Dańca i jego kultowe opowieści o bokserskich walkach Andrzeja „Andrew” Gołoty, czy choćby opolskie monologi Janusza Gajosa z początku lat 90’ to bez wątpienia stand-up.

Ale w ostatnim dziesięcioleciu – gdy do głosu doszło pokolenie millenialsów, dzisiejszych 20- i 30-latków – kultura stand-upu rozkwitła także w naszym kraju. Nowe pokolenie komików czerpie garściami ze światowej tradycji stand-upu. Jak podkreślają, zdecydowanie bliższa od krajowego kabaretu jest im kontrkulturowa tradycja amerykańskiego stand-upu, która swój początek miała w latach 60’ XX wieku. Główną ideą tego podejścia do komedii jest szeroko rozumiana „wolność słowa”. Tu nie ma tematów tabu. Alkohol, narkotyki, pornografia, polityka, różnice kulturowe, problemy społeczne, skandale obyczajowe – to wszystko znajduje się w ich scenicznym repertuarze.

Rodzima scena dorobiła się już kilku gwiazd, jak choćby Abelard Giza czy Kacper Ruciński. Pojawiły się też dedykowane agencje zajmujące się tylko tą formą komedii, np. „Stand-up Polska” – skupia ona dobrze znane fanom stand-upu osoby, tj. Cezary Jurkiewicz, Antoni Syrek-Dąbrowski, Sebastian Rejent czy Bartosz Zalewski.

Młodych Polaków, w tym świecie, intryguje także, że stand-up zawsze był trampoliną dla wielu poczatkujących komików. I tak np. Eddie Murphy czy Chris Rock zostali aktorami, a David Letterman zaczął prowadzić swój legendarny talk-show. Nie można także zapominać, że Woody Allen swoje pierwsze kroki w telewizji stawiał właśnie jako stand-uper.

W podróż po scenie polskiego stand-upu zabiera nas Cezary Jurkiewicz, dla którego jest to profesja od blisko 10 lat. – Nie jestem wyjątkiem. Jest sporo osób, które są już profesjonalistami – zaznacza.

Trudno wskazać dokładny moment, w którym scena zaczęła się profesjonalizować. Zdaniem Cezarego Jurkiewicza, od ok. 5 lat w Polsce występuje myślenie o stand-upie jak o konkretnym zawodzie. U niektórych osób przejście na stronę komedii było płynne. Na początku była stała praca w innej branży. Później pojawiała się pasja do stand-upu. I następnie środek ciężkości pomiędzy tymi światami stopniowo przenosił się z ówczesnej aktywności zawodowej na rzecz występów na scenie. Inaczej mówiąc, coraz mniej czasu w dotychczasowej pracy, a coraz więcej występów w klubach. Są też tacy, co nigdy nie pracowali i zajęli się tym od początku.

Czytaj także

 0