Dymna dla „Wprost”: Jak każdy aktor, który kocha ten zawód, marzę o tym, żeby umrzeć na scenie

Dymna dla „Wprost”: Jak każdy aktor, który kocha ten zawód, marzę o tym, żeby umrzeć na scenie

Anna Dymna
Anna Dymna / Źródło: Newspix.pl / Jacek Herok
– Słyszałam: „Ania, masz nazwisko i twarz Dymnej, to ci pomoże, ludzie ci ufają, niejeden potencjalny sponsor kochał się kiedyś w Marysi Wilczurównie”. Więc założyłam tę fundację – mówi Anna Dymna

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Po co pani pomaganie? Kim by pani była, gdyby nie założyła pani fundacji „Mimo Wszystko”?

Anna Dymna: Byłabym tym, kim jestem. Miałabym 67 lat, nadal bym pracowała w teatrze, ze studentami w AST, prowadziłabym Salon Poezji, no i pomagałabym komu mogę, odruchowo, czasem niezbyt mądrze i chaotycznie.

Co to są za odruchy?

Głupio mi wciąż o tym mówić. Dla mnie to oczywista sprawa. Wychowałam się w domu, w którym pomaganie było czymś normalnym. Tak jak się oddycha, je i robi siusiu, tak samo pomaga się komuś, kto potrzebuje pomocy. Nikt mi też nie mówił: masz być dobra. Moja mama po prostu taka była, a ja na nią patrzyłam od urodzenia. Chciałam być taka jak ona. Byłam pewna, że wszystkie matki takie są. Jak ktoś leżał na ulicy, pochylała się nad nim, niezależnie, czy był pijany i brudny, czy trzeźwy i czysty. Jak pies był przywiązany do budy, to szła do niego i jeśli ktoś wołał: „Może być wściekły”, ona mówiła: „Jak to wściekły? On się przecież dusi”. I rozluźniała mu obrożę. Powtarzała: „Małgosiu w każdym jest dobro”. Mówiła do mnie: „Małgosiu”. Czasem nie rozumiałam, jakie dobro jest w panu, który bije panią na Plantach. A mama tłumaczyła, że i jego można uratować. Z kolei mój ojciec, ścisły umysł, inżynier lotnik, wszystko umiał robić własnymi rękami. Zrobił mamie pralkę, piekarnik, odkurzacz. Zostałam wychowana w pewności, że to ode mnie zależy, w jakiej rzeczywistości będę żyć. Jak czegoś potrzebujesz, nie żądaj tego, tylko staraj się zrobić sama.

I dlatego założyła pani fundację i zajęła się pomaganiem?

Na pewno nie dlatego, że nie miałam co robić. Bardzo dużo grałam, uczyłam studentów, prowadziłam Salon Poezji. Miałam bardzo dużo pracy, zresztą jest tak do tej pory. Jednak aktor to specyficzny zawód. Wykonuję go od blisko 50 lat. Przez całe życie staram się wniknąć w głąb drugiego człowieka. Jeżeli gram jakąś postać, to bez względu na to, czy to jest potwór, czy anioł, zawsze jest to człowiek i staram się go zrozumieć. Aktorzy uczą się słuchać, wczuwać w czyjąś sytuację, przekazywać sugestywnie emocje. Ten zawód otwiera na drugiego człowieka. Po drugie, przez Marysię Wilczurównę, Barbarę Radziwiłłównę i Pawlaczkę stałam się osobą publiczną. A że, zazwyczaj, grałam dobre postacie, ludzie uważali, że sama taka jestem.

Nie uważa pani, że państwo nas strasznie zawiodło?

Wie pani co? Jest takie uczucie, które zabija radość. To jest rozczarowanie. Ja go do siebie nie dopuszczam. W swoim działaniu znajduję najradośniejsze momenty, żeby wytrzymać. Bo kiedy zacznę narzekać, kiedy będę rozczarowana, to nie będę prowadziła fundacji. Nie będę miała siły. Pracuję w niej jako wolontariusz. Jestem, bo chcę. Muszę więc uruchamiać w sobie radość. Wiem, że czasami robię za takiego głupka - znowu Dymna mówi: zmieniajmy świat na lepszy. Jednak dopóki żyję, będę ludziom powtarzać, że życie, mimo wszystko, jest piękne i jest największym skarbem. Bo wtedy znajduje się radość, siłę. Ratuje mnie mój zawód. Nie poradziłabym sobie z emocjami, gdyby nie to, że wieczorem maluję się, przebieram w kostium i zapominam o wszystkim. Wchodzę w inny świat. Mówię to studentom: ten zawód może być dla was najlepszym gabinetem psychoterapeutycznym, w którym wyrzucicie z siebie wszystkie trudne emocje. Gram teraz w trzygodzinnym przedstawieniu Moniki Strzępki. Prawie cały czas jestem na scenie, a przecież nie jestem już młoda, mam uszkodzony kręgosłup i wszystko mnie boli. Jednak po każdym przedstawieniu czuję, że się udało. To dodaje sił.

Bierze pani pod uwagę emeryturę?

Nie. Myślę, że gdybym teraz odpoczęła, to bym się już nie podniosła. Nie mogę. Zresztą, jak każdy aktor, który kocha ten zawód, marzę o tym, żeby umrzeć na scenie. No, może za sceną, żeby ludziom nie sprawić przykrości widokiem.

Okładka tygodnika WPROST: 51/2018
Cały wywiad dostępny jest w 51/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 4