Ewa Błaszczyk: Jest tylko czas teraźniejszy

Ewa Błaszczyk: Jest tylko czas teraźniejszy

Ewa Błaszczyk
Ewa Błaszczyk / Źródło: Newspix.pl / AFPS/PPC
Po co takich ludzi jak Ola się reanimuje? Po co się ich bierze na OIOM, po co ich się ratuje, skoro za chwilę ich się zostawia? Jeśli jesteśmy tak oszczędni, to skasujmy ratowanie – mówi Ewa Błaszczyk.

Przypadek, w sekundę wszystko może się zmienić.

Tak jest, tylko dopóki to nas nie doświadczy, odsuwamy od siebie tę myśl.

W pani życiu wszystko zmieniło się w 2000 r., kiedy nagle zmarł pani mąż, a córka zapadła w śpiączkę, w której jest do dziś.

Bardzo dużo się zapomina. Teraz to już nie jest tamto życie, które wtedy było. Od 2000 roku nabudowałam już dużo nowego. Już jest inny czas. Jak mówią mądrzy ludzie, naprawdę istnieje tylko czas teraźniejszy. Bo, to co wyobrażamy sobie w przyszłości, to oczywiście są ważne plany i życzenia, ale mogą okazać się bardzo śmieszne. Tego się nauczyłam, że przy nieprzewidywalności zdarzeń trzeba umieć korzystać z czasu teraźniejszego, z tego co jest blisko, jutro. Ja już od jakiegoś czasu poruszam się małymi krokami, etapami. Nie planuję za daleko, nie próbuję wyobrazić sobie dalekiej przyszłości i jakiejś całości. Step by step i następny.

Jednak w pani życiu wydarzyły się tak dużo trudnych spraw. Niektórym wystarczyłaby jedna, żeby się załamać...

... a może by mi było ciężej trzymać się, gdyby się to drugie nie stało? Jest coś takiego, jak przekroczenie masy krytycznej, kiedy wydaje nam się, że więcej nie może się dziać. I wtedy trzeba się uspokoić. Tego też mnie chyba nauczył tata, że jak jest bardzo trudno, sytuacja jest bardzo napięta, trzeba usiąść i się uspokoić. Napięcie, rozpacz, strach to nie jest kompan do myślenia, to jest skażone. Tata wiedział, co mówi, bo latał samolotem, w młodości był oblatywaczem. Więc, oczywiście, że nie do końca zapanujemy nad rozpaczą, nad strachem, coś się zawsze w nas trzęsie, ale trzeba trzymać lejce, nie wpadać w histerię. I ja to chyba umiem. Jeśli wyspokoi się sytuację, można lepiej zaplanować, co teraz, jakie kroki muszę teraz wykonać. Zadaniowość, to chyba wszyscy psychiatrzy zalecają. Wykonałam zadanie, jest zrobione i mogę teraz wykonać następne. Nie da się na przykład od razu zbudować kliniki, trzeba po kawałku.

Jak pani budowała klinikę po kawałku?

Na początku było to biurko, które tu wciąż stoi, kupione za dwa złote na jakimś targu, przy nim siedziała i do tej pory siedzi Marzanka, czyli Marzanna Żakowska, która prowadzi nasz sekretariat. I mieliśmy ten pokój. No i tyle. Zaczęliśmy robić koncerty i zbierać pieniądze. Krok po kroczku. A zaczęło się dlatego, że zobaczyłam, że nie ma takiej choroby, jak śpiączka, ani takiego miejsca, w którym można ją leczyć, jak ząb u dentysty. Kiedy szukałam pomocy dla Oli pewna pani profesor powiedziała mi: „wie pan, jakie dobre są hospicja”? A przecież to nie jest ten kierunek! W hospicjach się godnie odchodzi, a tu się toczy walka o przywrócenie do życia. Wtedy pomyślałam, że jeśli jest oddział rehabilitacji neurologicznej, naturalne byłoby przedłużenie go o oddział rehabilitacji neurologicznej dla takich ludzi, jak Ola. Bo po co ich się reanimuje, po co ich się bierze na OIOM, po co ich się ratuje skoro za chwilę ich się zostawia? Jeśli jesteśmy tak oszczędni, to skasujmy ratowanie. Po co ratować, skoro potem nie bierzemy już żadnej odpowiedzialności za pacjenta? Zobaczyłam więc, że w systemie brakuje ogniwa.

Okładka tygodnika WPROST: 1/2019
Cały wywiad dostępny jest w 1/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 2
  • Największym dramatem tej kobieciny jest to, że ona sama sobie nie zdaje sprawy z tego zła, które czyni i propaguje - nie wierząc w nieśmiertelną duszę ludzką. Dla której ciało jest tylko okresowym pojemnikiem. Ona zaś trzymając duszę swojej córki w tym okropnym dla duszy pojemniku zasługuje sobie na bardzo podobny los w następnym wcieleniu. Bo może i ją właśnie ktoś z tych, których ona teraz tak zawzięcie pcha na złą drogę będzie też ją trzymał w takiej okaleczonej skorupie.