750 gramów szczęścia. Pod Warszawą powstał niezwykły „szpital” dla jeży

750 gramów szczęścia. Pod Warszawą powstał niezwykły „szpital” dla jeży

Jeż Rick
Jeż Rick / Źródło: Instagram / @rick_the_hedgehog
Pies i kosiarka to jego wrogowie. No i człowiek, który nie zawsze wie co zrobić, gdy spotka go na swej drodze. A wiosną o to najłatwiej, bo jeże właśnie budzą się z zimowej hibernacji. Dziś w Jeżurkowie czyli ośrodku rehabilitacyjnym w Skierdach pod Warszawą który założyli państwo Szwed, opiekunowie jeży wiedzą to wszystko i o wiele więcej.

Pewna pani wczesną jesienią znalazła jeża, który nie uciekał, szedł niedołężnie. Zabrała go do domu, a na drugi dzień miała już siedem jeży, bo w nocy samica urodziła jeżątka. Kobieta hodowała jeże, chciała je „odchować” i wypuścić. – Tyle że karmiąc je tylko karmą dla kotów utuczyła cały miot. Jeże zaczęły w grupie walczyć, trzeba było je rozdzielić. I tak pierwszy jeż trafił do nas, choć wtedy jeszcze o jeżach nie wiedzieliśmy zbyt wiele – ocenia Małgorzata Jaworska – Szwed, która z mężem Oktawianem Szwedem założyła Jeżurkowo, czyli szpitala i miejsca, gdzie chore lub malutkie jeże uzyskają pomoc.

Wkrótce dowiedzieli się, że jeże to wielkie żarłoki. Mitem jest, że lubią owoce. Niestety nie noszą jabłek na kolcach, tak jak przedstawiają obrazki dla dzieci, bo po jabłko sięgają tylko wtedy, gdy chcą z niego wydobyć robaka. A że pierwsze spadają jabłka robaczywe, jeże spieszą, aby im się przyjrzeć. Są mięsożerne, w naturze lubią zaskrońce, jaszczurki, ślimaki, żaby, owady i robaki. Pod opieką człowieka powinny zachować zróżnicowaną dietę – dobrej jakości kocia karma, kawałeczki wołowiny, larwy drewnojada lub mącznika, ale wszystko w ograniczonych ilościach, bo jeże zjedzą każdą porcję. To je odróżnia od innych ssaków – nawet ciężko chore, nie tracą apetytu. Dlatego tak trudno jest ocenić stan zdrowia chorego jeża. Pod żadnym pozorem nie wolno jeżom podawać mleka – to może go zabić. Nawet maluchy nie tolerują laktozy, bo w mleku matki jej nie ma. A więc jeże piją tylko wodę.

Dziś w Jeżurkowie czyli ośrodku rehabilitacyjnym w Skierdach pod Warszawą który założyli państwo Szwed, opiekunowie jeży wiedzą to wszystko i o wiele więcej. Co roku trafia do nich blisko 200 kolczastych ssaków. Latem to na ogół jeże ranne, albo młode, którym zabrakło matki. Wiosną trafiają te, które wybudziły się z hibernacji, są wygłodniałe, odwodnione, straciły znaczną część swojej wagi. – Nikt nie wie, czym kierują się jeże, zapadając i budząc się z zimowego snu. Czasem zasypiają w listopadzie, czasem później. Ale właśnie w kwietniu i w maju budzą się z hibernacji. Często są otumanione, jak człowiek po długiej drzemce. Desperacko szukają pokarmu, bo utrzymanie stałej temperatury ciała przez całą zimę, kosztuje ich mnóstwo energii, a więc bardzo chudną. Miną tygodnie gdy nadrobią straconą masę – tłumaczy Oktawian Szwed.

A więc w Jeżurkowie już się szykują na przyjęcie wiosennych znajdków. Również jeże, które hibernowały w ośrodku budzą się ze snu. Gdy temperatura będzie stała, powyżej 15 stopni, część mieszkańców opuści dom tymczasowy i trafi na wolność. Ale ośrodek bynajmniej nie opustoszeje. – Co lato przyjmujemy poranione jeże. Głównie pogryzione przez psy, bo mimo tego że mają kolce i zwijają się w kłębek, atak psów albo częściej zabawa, po pies traktuje jeża jak piłkę, są dla nich niebezpieczne i nierzadko kończą się śmiercią – opowiadają państwo Szwed. Druga, najbardziej liczna grupa pacjentów, to jeże, które ucierpiały podczas prac ogrodowych. – Lubią mieć gniazdo w kompostowniku, w kupie suchych liści czy gałęzi. A ludzie wiosną widłami lub grabiami właśnie takie miejsca usuwają, rozgrzebują, palą – tłumaczą. Ale najgorsze jest dla jeża starcie z kosiarką. Rzadko który uchodzi z życiem.W zasadzie nie wiadomo ile w Polsce żyje jeży, bo nikt tego nie liczy. Wiadomo za to, że gatunkowi zagraża niebezpieczeństwo. Wystarczy spojrzeć na przykład Anglii. Jeż to na wyspach narodowy ulubieniec, pupilek, a mimo tego jego populacja prawie całkowicie wymarła. Jeszcze kilka lat temu było tam około 30 milionów jeży, dziś jest około miliona. Dokładnie nie wiadomo, co wytrzebiło brytyjską populacje, ale naukowcy podejrzewają, że rolnictwo wielkopowierzchniowe, grodzone tereny, chemia stosowana w rolnictwie, opryski, pestycydy.

Tym czasem jeże to najcenniejszy gatunek małego ssaka – reguluje populację gryzoni, ślimaków, owadów. Jest sanitariuszem miejskich parków i terenów zielonych. – Ludziom często się wydaje, że jeżom nie jest dobrze w mieście, a więc łapią je i wywożą do lasów. Nie wolno tego robić, przecież przypadkiem można złapać i zabrać karmiącą matkę od maluchów – tłumaczy Oktawian Szwed. Zwłaszcza że jeże w mieście mają się wybornie, choć samochody są dla nich zagrożeniem. Dlatego gdy na przykład jeż przechodzi przez ulicę i nie może sforsować wysokiego krawężnika, warto mu pomóc.

Z drugiej strony panuje nieprawdziwy mit o tym, że jeże przenoszą wściekliznę. – To dlatego, że jeże strasznie się ślinią i toczą pianę z pyska. Ale to świadczy o zupełnie innej przypadłości – dodaje. W zasadzie nikt nie wie dlaczego jeże, zwłaszcza młode, „opluwają” swój pyszczek a potem „przerzucają” ślinę na plecy. Naukowcy podejrzewają, że w ten sposób „rysują” w pamięci mapę nowych zapachów i smaków. Ale nie próbujmy dotykać jeża gołą ręką, i wcale nie dlatego, że nas pokuje. Żadnego dzikiego zwierzęcia nie warto głaskać. Im dłużej nie zna zapachu człowieka, tym lepiej.

Okładka tygodnika WPROST: 15/2019
Artykuł został opublikowany w 15/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0