Bandzior potrzebuje czasu, inaczej jest przemoc. Braki kadrowe w więzieniach

Bandzior potrzebuje czasu, inaczej jest przemoc. Braki kadrowe w więzieniach

Więzienie, wyrok (fot.mik38/ Fotolia.pl) 
Polskie więzienia mają ten sam problem co szkoły czy szpitale – brak kadr. Specyfika branży polega na tym, że jeśli nie ma komu wychowywać więźniów, wychowują się oni sami.

– Osadzeni często proszą o kredki, lubią rysować, robią piękne laurki dla swoich dzieci, ozdabiają serduszkami koperty z listami do konkubin, wyklejają je brokatem – opowiada Piotr, wychowawca w zakładzie karnym w centralnej Polsce. – Wydawałoby się, że karczycha, bandziory, a w środku są miękcy jak dzieci. Da się z nimi pracować, żeby wyszli stąd lepsi, tylko trzeba mieć na to czas.

Piotr prowadzi dla swoich podopiecznych zajęcia teatralne. Zostaje po pracy, żeby brać udział w próbach. – Mnie się chce, nie czuję, że się poświęcam, lubię tę pracę i mam satysfakcję, kiedy widzę, że daje ona jakieś efekty. Jednak wielu z nas brakuje motywacji, żeby dawać z siebie więcej, niż wymaga umowa o pracę.

Łatwiej pracuje się z więźniami, którzy przechodzą terapię, na przykład uzależnień. Analizują siebie, opowiadają, że byli obrośnięci skorupą, ale wewnątrz są inni i chcą to, co mają w środku, wydobyć na zewnątrz.

Nie każdy jednak chce się zmienić, wielu wymaga dużej dawki uwagi, a najgorzej, jeśli na oddziale jest przewaga trudnych przypadków. Wtedy praca z nimi bywa niemożliwa, bo wychowawcy nie mają dla nich czasu.

– W więziennictwie, podobnie jak w innych służbach mundurowych, są problemy z naborem. Z tą pracą wiąże się duża odpowiedzialność, może być niebezpieczna, wymaga dużej uwagi, za te same pieniądze można wybrać inną, spokojniejszą. W wielu regionach kraju brakuje chętnych – przyznaje Elżbieta Krakowska, rzeczniczka prasowa Dyrektora Generalnego Służby Więziennej.

W dodatku nie wszyscy, którzy się zgłoszą, zostaną przyjęci. Wielu odpada w procesie rekrutacji. – Kandydatów bada psycholog, jeśli uzna, że ktoś ma problemy z agresją albo jest słaby, podatny na wpływ, musi taką osobę odrzucić – wyjaśnia Elżbieta Krakowska.

– Jeśli jest za mało funkcjonariuszy, którzy są odpowiedzialni za nadzór nad tym, aby relacje między więźniami odbywały się zgodnie z prawem, oni sami ustalają zasady. Powstaje społeczność nieformalna, która ma własny system normatywny – tłumaczy Paweł Moczydłowski, socjolog, kryminolog, który w latach 90. pracował nad reformą więziennictwa. – Wtedy mamy coś, co jest zaprzeczeniem instytucji więzienia. Cele resocjalizacyjne nie są realizowane.

Zjawisko nieformalnych struktur to stare zjawisko. Więźniowie zawsze grypsowali i stosowali się do własnych zasad. W ostatnich latach sztywne zasady grypsery stają się bardziej elastyczne, a ranga tych staromodnych norm maleje. O nieformalnej hierarchii decydują teraz pieniądze. Kto je ma, ten rządzi, narzuca własne prawa.

– Nawet wolę, kiedy na oddziale są grypsujący – mówi Piotr. – Są zadbani, czyści, nie wdają się jawnie w konflikty, sami trzymają reżim ustalony przez strukturę. Gorzej z tymi, którzy biorą narkotyki, są agresywni wobec osadzonych i strażników, nieprzewidywalni, nie mają żadnych zasad. Wtedy rośnie przemoc.

Czytaj też:
„Najbardziej niegodziwi przestępcy w Teksasie”. Gwałcili dzieci i nagrywali filmy, ich najmłodsza ofiara miała 8 miesięcy

Więcej możesz przeczytać w 17-18/2019 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.