Siostra Kory wspomina we „Wprost” artystkę. „Przez kilka lat rozmawiałyśmy ze sobą tylko raz czy dwa”

Siostra Kory wspomina we „Wprost” artystkę. „Przez kilka lat rozmawiałyśmy ze sobą tylko raz czy dwa”

Kora Jackowska
Kora Jackowska / Źródło: Newspix.pl / Aleksander Majdański
28 lipca mija dokładnie rok od śmierci Kory Jackowskiej. W rozmowie z Magdaleną Środą w najnowszym numerze „Wprost” artystkę wspomina jej siostra - Anna Maria Kubczak.

Magdalena Środa: Jak sobie dawaliście radę?

Anna Maria Kubczak: Kiepsko. Mama, która z wykształcenia była nauczycielką, nie miała pracy, bo miała nas, ale chwytała się różnych zajęć: rękodzieła, krawiectwa. Tata nie miał na nic siły. W czasie okupacji pracował w starostwie. Po wyzwoleniu pracę stracił i żył w strachu, że go aresztują. W 1955 r. mama zachorowała na gruźlicę. Miała niewyleczone zapalenia płuc, prątkowała. Pojechała do sanatorium w Zakopanem, przez rok nie mieliśmy z nią żadnego kontaktu. Tato nie potrafił się nami wszystkimi zająć. Zostaliśmy więc rozparcelowani po domach dziecka, prócz najstarszego Andrzeja, który został z tatą. Chłopcy trafili gdzieś na Kielecczyznę, a my z Oleńką do Jordanowa. To był Dom Dziecka Caritasu prowadzony przez siostry prezentki. Mały sierociniec w pięknym, surowym budynku. Były tam dwie grupy dzieciaków. Starsze i maluchy. Trafiłyśmy do dwóch różnych, byłyśmy numerowane. Czteroletnia Oleńka była siódemką.

Opowiadała, że nie miałyście żadnego kontaktu, bo prorodzinny Kościół rozdzielał rodziny. Dlaczego?

Pewno dlatego, żeby był porządek. Wszystko było tak zorganizowane, że dwie grupy się nie stykały ze sobą. Poza tym w moim przypadku chodziło naprawdę o zerwanie więzi rodzinnych, bo siostry chciały, żebym została zakonnicą. Tak mi się po latach wydaje. Byłam pilną uczennicą, z inteligenckiego domu, pobożna; nadawałam się do zakonu. Więzi z siostrą mogły tylko przeszkadzać. To niewiarygodne, że my, przez tych kilka lat w sierocińcu, rozmawiałyśmy ze sobą tylko raz czy dwa.

Korze została straszna trauma po tym pobycie. Potem ją wyśpiewała w „Zabawie w chowanego”.

Tak, śpiewała, że „milczała o tym długo, na dnie pamięci trzymając obrazy”. Obrazy były straszne. Była nieczułość, przemoc, samotność, indoktrynacja, było i molestowanie… No ale był porządek. Tyle że religijność nam się nie przyjęła.

A potem powrót do domu.

To już nie był ten dom. Mama była wycieńczona, chyba miała cukrzycę, wtedy były problemy ze zdiagnozowaniem takich chorób, tata dostał zawału i zmarł, to Kora znalazła jego ciało… znów trafiłyśmy do „innych”, tym razem do rodziny. Ale surowej. Kora to bardzo źle wspominała. Pewno dlatego w wieku lat 16 ruszyła w świat, a potem tak szybko założyła własną rodzinę. Ja zresztą też. Bardzo potrzebowałyśmy mieć dom i rodzinę. Bardzo. Zakochałam się, przerwałam studia i zaraz po ślubie wyjechaliśmy z mężem do Olsztyna, gdzie, z tzw. puli dla fachowców, otrzymaliśmy mieszkanie. W Krakowie takich szans nie było. Kora, trochę później, związała się z Markiem Jackowskim, pierwsze mieszkanie kupili za wylosowany na jakiejś loterii samochód, syrenkę. Szybko urodziłyśmy dzieci.

Cały wywiad z Anną Marią Kubczak można przeczytać w najnowszym numerze „Wprost”, który trafi do kiosków w poniedziałek 30 lipca, a od niedzieli od 20:00 jest dostępny w formie e-wydania.

Okładka tygodnika WPROST: 31/2019
Cały wywiad opublikowany jest w 31/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 3
  • Ale też nie mylcie Kościoła z wyrodnymi babami w habitach. Jak w każdej placówce czy świeckiej czy religijnej wszystko zależy od dyrektora który rządzi - w każdej organizacji zawsze zdarzy się jakaś czarna owca, wiec pytanie raczej jest nie "czy coś złego się wydarza" ale "czy jest odpowiednia reakcja gdy coś złego się wydarza".
    • Panie Półdupek, czy u pana każda szmata może zamieszczać swoje wypociny?
      • To się zdarza.