Masakry w USA. Dlaczego w sprawie broni nic się tam nie zmieni?

Masakry w USA. Dlaczego w sprawie broni nic się tam nie zmieni?

Donald Trump
Donald Trump / Źródło: Newspix.pl / ABACA
Prawie 30 zabitych i pół setki rannych z rąk dwóch młodych Amerykanów to tragedia, która nie zmieni w żaden sposób nastawienia do broni w USA. Fala oburzenia przetoczy się i zniknie, przynajmniej do czasu kolejnej tego typu jatki.

Mordowanie przypadkowych, Bogu ducha winnych ludzi w szkołach, centrach handlowych, na festiwalach czy pod barami to amerykański sport narodowy. Nie wiadomo, ile by po każdej z takich tragedii nie wylano łez, ile nie wzniesiono okrzyków oburzenia i ilu pośrednio winnych na szczytach władzy by nie wskazano, zawsze kończy się to tak samo: mija kilka tygodni, miesięcy, czasem nawet lat i pojawia się kolejny pretendent do wątpliwej, ale na pewno pociągającej sławy masowego mordercy. Żyję już dość długo, by pamiętać dobrze powtarzane przy każdej takiej okazji rytuały.

Bezpośredni sprawcy nigdy nie są sami winni, zawsze są wytworem jakiś szerszych procesów. Dzieciaki mordujące się nawzajem w szkolnych strzelaninach mają więc być owocem moralnej zapaści amerykańskiego społeczeństwa, albo, z zupełnie innych pozycji, ofiarami fascynacji przemocą, podsycanej przez wszechpotężną popkulturę. Faceci, polujący z legalnie kupionymi automatami na rodaków meksykańskiego pochodzenia, kupujących dzieciom wyprawki przed rozpoczęciem roku szkolnego to z kolei owoce ksenofobicznej retoryki administracji Donalda Trumpa. A wszyscy oni, niezależnie od motywacji, są patologią, zrodzoną z przekonania, że miarą wolności człowieka w USA jest możliwość zakupienia karabinu maszynowego, trzymania go w domu i ewentualnie zrobienia z niego użytku za każdym razem, gdy komuś coś pójdzie nie tak. Albo np. uzna, że świat stanie się lepszy, jeśli wyładuje swoją frustrację i magazynek w latynosów, czarnych, przypadkowych przechodniów lub kolegów z równoległej klasy.

Naparzanka prawicy z lewicą

Za każdym razem, po pierwszym szoku, zwielokrotnionym przez moc sieci społecznościowych, mamy też do czynienia z użyciem pamięci o ofiarach do politycznej naparzanki prawicy z lewicą. Jej zaciekłość jest wprost proporcjonalna do jej jałowości, co czyni całą ponurą zabawę na cudzych grobach jeszcze bardziej zaciekłą.

Bo gdyby było tak, że kolejne masowe mordy mają moc zmieniania prawa w Ameryce i ograniczenia dostępu do broni palnej, to już dawno nie można by w żadnym sklepie w Stanach kupić broni zdolnej wypluć z siebie kilkadziesiąt pocisków na minutę. Tak niestety nie jest.

Republikanie, których baza wyborcza to mieszkańcy tradycyjnych regionów, gdzie prawo do trzymania karabinu w domu jest równe z wiarą w Boga i siłę amerykańskiej demokracji, nie robią tego z oczywistych względów. Ale przecież także demokraci, którzy chętnie obnoszą się z planami restrykcji wobec miłośników broni nigdy, nawet w czasach, gdy kontrolowali Biały Dom i mieli większość w Kongresie, nie porwali się na realizację swoich światłych planów.

Powodów jest kilka. Pierwszy jest taki, że takie prawo niełatwo jest narzucić. Już sam fakt, że cała wielka amerykańska dyskusja o usunięciu broni palnej ze sklepów nie dotyczy każdej broni a tylko tej maszynowej, wiele mówi o generalnym podejściu obywateli polityków do tego problemu. Powtórzę: mówimy tylko o wycofaniu ze sklepów karabinów, których w Europie używają tylko żołnierze. O pomyśle odebrania Amerykanom pistoletów czy strzelb nie pomyśli w USA żaden polityk przy zdrowych zmysłach. To pachniałoby naruszeniem konstytucji, nad której przestrzeganiem czuwa Sąd Najwyższy. obsadził go ostatnio konserwatywnymi sędziami, pilnującymi republikańskiej wykładni tematu: a brzmi ona tak, że nie ma różnicy, czy kupujemy sześciostrzałowy rewolwer do obrony własnej, czy wojskowy karabin M-16, zdolny wypluwać z lufy kilkadziesiąt pocisków na minutę.

Nawet gdyby politycy byli tak szaleni, żeby się na taką decyzję porywać, to w senacie do ewentualnych zmian prawa potrzeba nie zwykłej większości 50 procent plus jeden głos, ale zgody aż 60 na 100 senatorów. Nawet w najlepszych latach dominacji demokratów nie udało się zebrać nie więcej niż 54 głosy poparcia.

Bo wpływowa organizacja zwolenników posiadania broni, National Riffle Association, lobbująca na rzecz jak najszerszego dostępu do pistoletów i karabinów ma swoich zwolenników w obu partiach. Są oni zdyscyplinowani i zawsze głosują zgodnie z wolą NRA. Ich lojalność nigdy nie słabnie, w przeciwieństwie do determinacji przeciwków prawa do posiadania broni. Sondaże pokazują, że są oni w USA w większości. Jest to jednak większość pozorna. Przeciwnicy broni bardzo mobilizują się po każdej krwawej masakrze z użyciem broni palnej. Jak jutro sondażownie amerykańskie zapytają Amerykanów o zdanie na temat ograniczenia dostępu do karabinów, to pod wpływem strzelanin w El Paso i Dayton też pewnie większość będzie za. Ta determinacja jest jednak równie sezonowa jak sam fenomen masowych mordów w USA. Niezależnie więc od ożywionej, nawet ostrej dyskusji, jakie mordy te za każdym razem wywołują, jedyne, co jest w tej sprawie pewne, to to, że będą następne. Mordy a także następujące po nich kolejne dyskusje.

/ Źródło: Wprost

Czytaj także

 6
  •  
    Rozwiązanie jest proste, tylko nikt o nim nie mówi. Słyszał ktoś o masakrach w Szwajcarii? Nie? A tak się składa, że to kraj gdzie przypada - bagatela - 1,66 sztuk broni palnej na rodzinę. Po prostu prawo stanowi, że każdy ma prawo broń posiadać, ale bez ważnego powodu (jak np. ryzyko służbowe) nie wolno mu nosić jej przy sobie, i każda osoba chodząca z nią zostanie szybko sprawdzona przez policję, a jednocześnie istnieje realna szansa obrony przed bandytami. Połączenie tego z rozsądną polityką imigracyjną, wpuszczającą ograniczoną liczbę uzdolnionych i chcących się asymilować i żyć normalnie osób daje nam całkiem spoko miejsce do życia. Można? Bez Europejskiej dyktatury Niemieckiej, jak widać, można.
    • Prawo do broni to prawo konstytucyjne . A w dzisiajszych czascha w Polsce broń powinna być legalna bo nie ma jak sie bronić przed totalitaryzmami jakie lewica nam próbuje narzucać i to coraz agresywniej.
      • Dostęp do broni nie ma tu kompletnie żadnego znaczenia.

        Zakładając, że udałoby się jakoś wprowadzić zakaz jej posiadania, to masakry w Stanach się i tak nie skończą, tylko będzie się do tego używać innych sposobów - np materiałów wybuchowych, tak jak ma to miejsce w Afganistanie i w Iraku (vide Oklachoma City 1995). Mordy w społeczeństwie amerykańskim są ceną, jaka należy zapłacić za idee liberalizmu społecznego, gdzie ani religia, ani rasa, ani kultura, ani orientacje seksualne, ani nic w ogóle nie jest spoiwem społecznym, a tylko i wyłącznie liberalne prawo. Najzabawniejsze to, że ze swej natury dopuszcza w swym liberalizmie właśnie broń jako wyraz indywidualnosci - i mamy kwadraturę koła.

        Masakry w USA są niejako tym samym co masakry w świecie muzułmańskim pomiędzy mniejszościami religijnymi i etnicznymi. Taka jest cena za hołubienie różnorodności w imie liberalizmu. Widzimy ten sam proces na Zachodzie Europy. Im większa różnorodność, tym wyższa cena.
        • A w Europie wszystkie noże powinny mieć zaokrąglone czubki, bo na dobrą sprawę do czego niby służą te szpikulce na końcu noża? Do nadziewania czego i po co?
          • Wielu w Polsce chce tego samego...są w stanie akceptować takie masakry byle w domu mieć pistolet...