Dramatyczna relacja z Lesbos: „Siedziała na ulicy z noworodkiem”

Dramatyczna relacja z Lesbos: „Siedziała na ulicy z noworodkiem”

Uchodźcy, którzy w wyniku pożaru w obozie Moria na Lesbos stracili schronienie, protestują przeciwko nieludzkiemu traktowaniu
Uchodźcy, którzy w wyniku pożaru w obozie Moria na Lesbos stracili schronienie, protestują przeciwko nieludzkiemu traktowaniu / Źródło: Newspix.pl
Jedna z uchodźczyń została matką tuż przed pożarem. Trzy dni przed katastrofą wypisano ją ze szpitala i odesłano do Morii. Z tygodniowym dzieckiem uciekała przed ogniem. Gdy przyjechaliśmy tam, siedziała na ulicy z noworodkiem. Miała butelkę wody i puszkę mleka. Nic więcej – mówi Paweł Cezary Kołodziej, prawnik który od czerwca jako wolontariusz pracuje na Lesbos. – Moria była tykającą bombą sanitarną, materiałem wybuchowym stworzonym z ludzkiego nieszczęścia – dodaje.

Jak to się stało, że tam pan trafił, w samo centrum kryzysu?

Jestem prawnikiem. Dwa lata temu wyjechałem do Szwecji, w czerwcu skończyłem studia z pomocy humanitarnej. Na Lesbos przyjechałem jako wolontariusz i pracuję w Legal Centre Lesvos. Pomagam uchodźcom w procedurze azylowej, tłumacząc im, o co w niej chodzi. Prawo międzynarodowe i europejskie dotyczące uchodźców nie jest tu przestrzegane.

Dlaczego?

Ludzie nie dostają rzetelnych informacji, bo na wyspie się ich po prostu nie chce. Decyzje odmowne wydawane są uchodźcom nawet bez przeprowadzenia z nimi tzw. interview.

Prawo mówi wyraźnie, że rząd ma zapewnić prawnika, który za darmo pomógłby w takiej sytuacji odwołać się od decyzji. W praktyce to nie działa. Nie licząc oczywiście pomocy prawnej oferowanej przez organizacje pozarządowe. Dlatego podkreślam, że na Lesbos łamane są podstawowe prawa człowieka, począwszy od prawa do godnego życia i pomocy medycznej, po prawo do opieki prawnej.

Czytaj także:
Spłonęła Moria. 13 tys. migrantów z Lesbos bez dachu nad głową. Unia obiecuje pomoc

Pierwsze wrażenie po przyjeździe na wyspę?

Studiując pomoc humanitarną przerobiłem mnóstwo prac naukowych na ten temat, widziałem wiele zdjęć, czytałem wiele artykułów. Teoretycznie byłem przygotowany. Tymczasem zderzenie z rzeczywistością było okrutne. Przyjechałem tu i widząc postępujące odczłowieczanie mieszkańców Morii, nie mogłem uwierzyć w to, że w Europie coś takiego ma miejsce.

Rząd uchodźcom do jedzenia serwuje spleśniałe produkty. Działa zasada: jesteś uchodźcą, powinieneś się cieszyć, że cokolwiek dostajesz, a nie oczekiwać dobrej jakości jedzenia.

Czyja to zasada?

Rządzących, części greckiej opinii publicznej, myślę że również części innych Europejczyków. Gdyby nie organizacje pozarządowe, które przygotowują posiłki dla tych ludzi, mieszkańcy obozu cierpieliby głód.

Na czym jeszcze to odczłowieczanie, o którym pan mówi, polega?

Frontex rejestruje 12-letnie dzieci, jako dorosłych. Żeby nie musieć ich specjalnie traktować. Inny przykład z ostatnich dni: ludzie, którzy uszli z życiem z pożaru, przez cztery doby pozbawieni byli wody.

Kolejny: rząd Grecji nie uznaje małżeństw zawartych w innym kraju, niż kraj urodzenia. Jest bardzo dużo imigrantów z Afganistanu, małżeństw z 20-letnim stażem, z pięciorgiem dzieci, ludzi, którzy związki małżeńskie zawierali poza swoją ojczyzną. I żony dostają azyl, a mężowie nie, bo zdaniem Greków nic ich nie łączy. Postępowanie rządu greckiego jest sprzeczne z prawem europejskim i prawem międzynarodowym, bo rodzina to nie tylko formalne małżeństwa.

Czy muszę wyliczać jeszcze?

Przed wybuchem koronawirusa w obozie mieszkało 22 tysiące migrantów. Gdy wybuchła epidemia, zaczęto ludzi transportować „na ląd”, niektóre kraje wzięły pod opiekę dzieci, nieznaczne liczby. Dziś szacuje się, że w Morii w chwili wybuchu pożaru było między 12 a 15 tysięcy osób.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika e-Wprost.

Aktualne wydanie e-Wprost dostępne jest w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0