„Pielęgnowanie własnego cmentarza nie jest zdrowe”. Ratownik medyczny o kulisach swojej pracy

„Pielęgnowanie własnego cmentarza nie jest zdrowe”. Ratownik medyczny o kulisach swojej pracy

Ratownik medyczny, zdjęcie ilustracyjne
Ratownik medyczny, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Pixabay / arembowski
Idealizowanie tego zawodu, uważam, szkodzi zarówno medykom jak i pacjentom. Wyimaginowane oczekiwania z jednej strony powodują rozczarowanie, a z drugiej frustrację. Ratownik medyczny to nie jest ani dobry samarytanin, ani bezduszny arogant – przekonuje ratownik medyczny Tomasz Mitra w wywiadzie dla Wprost.pl. Autor książki „Ratownik” opowiada o pracy w stresie, swoim zawodzie jako rzemiośle i zachowaniu odpowiednich proporcji między przejawami nonszalancji a naturalną pokorą.

Magdalena Frindt, Wprost.pl: Wróćmy do początków Pana pracy zawodowej. Pamięta Pan swój pierwszy wyjazd na wezwanie?

Tomasz Mitra: Tak, był to dosyć nietypowy przypadek. Mężczyzna po upadku z drabiny z otwartym złamaniem kości czaszki, o dziwo, przytomny, logicznie rozmawiający. Czyli bardzo niebezpieczny uraz, ale stan ogólny pacjenta, przynajmniej wyjściowo – stabilny. Dzięki temu miałem czas na poukładanie myśli, będąc pierwszy raz w pełni odpowiedzialnym za poszkodowanego.

Pierwszy wyjazd, jak wszelkie inne „pierwsze razy”, ma to do siebie, że jest niepowtarzalny. Co by się nie działo na miejscu i jak bardzo by to nie przerosło nowicjusza, uczucie ostatecznego wejścia w tę robotę jest niesamowite. To jak zaprzysiężenie na jakieś wysokie stanowisko, tylko bez zbędnych opraw.

Dodajmy, że to były czasy, kiedy przepisy określające skład zespołu ratownictwa były dość elastyczne i do poważnego wypadku mogło pojechać dwóch ratowników, z których jeden był pierwszy raz na dyżurze, a drugi pełnił jednocześnie funkcję kierowcy. Na szczęście dzisiaj żółtodzioby są traktowani bardziej protekcjonalnie.

Już w zapowiedzi książki „Ratownik”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Akurat, podkreślacie Państwo, że ratownicy medyczni nie leczą, a ich zadaniem jest nie pozwolić pacjentom umrzeć. Mimo to często spotykacie się nie tylko ze słowami uznania, ale także krytycznymi komentarzami. Jak sobie z tym radzić?

Cała praca ratownika jest osadzona w ludzkim stresie. Niezależnie od rodzaju zdarzenia, zarówno pacjenci jak i świadkowie znajdują się w mało komfortowych dla siebie warunkach. Patrząc na nich całościowo i mając na uwadze ich stan psychiczny, tego typu przejawów braku zaufania nie należy odbierać personalnie.

Jednak sam problem jest nieco szerszy. Sposób, w jaki wykonywane są medyczne czynności ratunkowe znacząco odbiega od tego przedstawianego w kulturze masowej i w mediach. Przez to laicy, obserwujący działania ratowników, odnoszą wrażenie, że wszystko nie do końca odbywa się tak jak powinno. Ale to są uroki pracy w obecności osób trzecich.

Słowa uznania, mimo że dużo rzadsze od roszczeń, bardzo motywują do dalszej pracy. Jak by nie było, to często jedyny długoterminowy wyznacznik skuteczności działań ratownika – żeby podziękować, trzeba co najmniej w pełni sił umysłowych opuścić szpital.

Próby samobójcze, zawały, udary, poparzenia, pobicia. Wezwania ratowników medycznych mają różne podłoże. Nie zawsze pacjentów udaje się uratować, a działać trzeba pod presją czasu. To ogromne obciążenie psychiczne. Czy jest taka historia, która zapadła Panu w pamięć i myśli Pan, że już tak pozostanie?

Wszystkie przypadki, które nie zakończyły się sukcesem, a dotyczyły dzieci lub osób bardzo młodych, zapadają w pamięć. Nie podjąłbym się wymienienia jakiegoś konkretnego.

Tutaj jednak należy podkreślić, że do każdej akcji podchodzimy również na chłodno i analizujemy ją stricte pod kątem medycznym, robiąc tak zwany debriefing, czyli przegląd i wyciąganie wniosków. Między innymi po to, żeby sprawniej zdobywać doświadczenie i na koniec mieć w pamięci konkretny przypadek kliniczny a nie tylko, na przykład, nieudaną reanimację. Tego typu praktyki zdecydowanie odciążają głowę i przyczyniają się do właściwego rozwoju zawodowego. Stany nagłe są dla wszystkich takie same, ale ich przebieg jest różny w zależności od wieku, historii medycznej czy cech indywidualnych danego pacjenta. I na tym też powinniśmy się skupić, robiąc to, co robimy. Pielęgnowanie własnego cmentarza nie jest zdrowe.

Można powiedzieć, że pracy ratowników medycznych przygląda się śmierć. Czasami zbliża się, ale ostatecznie odpuszcza, a innym razem triumfuje i trzeba uznać jej wyższość. Jak sobie z tym radzić, żeby kolejnego dnia znów być gotowym do pracy? Czy da się do funkcjonowania w takich emocjach przyzwyczaić? Czy można się od tej warstwy emocjonalnej odciąć?

Ratownictwo medyczne to dosyć złożone rzemiosło, ale jednak rzemiosło. Ludzki organizm jest podatny na uszkodzenia, a niektóre z nich są nieodwracalne. Na to wpływu nie mamy. To, co ratuje psychikę ratownika to świadomość, że wszystkie czynności wykonane zostały zgodnie ze sztuką i aktualną wiedzą medyczną.

Po latach pracy śmiało mogę powiedzieć, że z czasem warstwa emocjonalna się ściera. Nawet osobiste tragedie odczuwa się w dużo mniejszym stopniu, bo zwyczajnie już się je widziało, tylko gdzie indziej.

Dlatego ważnym jest, żeby mieć ambicje, by działać jak najskuteczniej. Idealne podejście to traktowanie każdego przypadku jak zagadnienia, problemu, na którym się znamy i który musimy zwyczajnie rozwiązać.

Rok 2020 był dla pracowników służby zdrowia wyjątkowo trudny ze względu na epidemię koronawirusa. Dzięki książce „Ratownik” czytelnik ma szansę podglądać pracę ratowników medycznych od kulis. Nie idealizuje Pan, rzucając nowe światło na zawód. Czy taki był cel?

Książka „Ratownik" to bardzo subiektywny obraz. Narracja jest całkowicie zanurzona w klimacie pogotowia ratunkowego, ale przede wszystkim jest to historia konkretnego człowieka. Należy podkreślić, że poza głównym bohaterem są też inni ratownicy i ratowniczki, którzy znacząco się od niego różnią. Niektórzy w życiu prywatnym są naprawdę poczciwi.

Ale fakt, celem było pokazanie tego świata bez ubarwień. Idealizowanie tego zawodu, uważam, szkodzi zarówno medykom jak i pacjentom. Wyimaginowane oczekiwania z jednej strony powodują rozczarowanie, a z drugiej frustrację. Ratownik medyczny to nie jest ani dobry samarytanin, ani bezduszny arogant. Za każdym ratownikiem jest jego osobista historia. To nie jest tak, że czegoś nam nie wolno.

„Bo chociaż chwilami jesteś Bogiem, od którego zależy ludzkie życie, to na przekor wszystkiemu musisz robić wszystko, żeby pozostać człowiekiem. A to bywa cholernie, niewyobrażalnie trudne” – czytamy w książce „Ratownik”. Większości się udaje?

Mam taką nadzieję. Przy wysokim poziomie profesjonalizmu i odpowiednich predyspozycjach, w tym zawodzie łatwo jest zostać megalomanem. Osobiście więc kibicuję każdemu, kto lata temu poszedł na dyżur i do tej pory mentalnie z niego nie wrócił, żeby zrozumiał, że to droga donikąd. O dziwo, istnieje życie po ratownictwie, a nawet można mieć normalne życie w trakcie.

Na szczęście większość znanych mi ratowników cechuje, uważam, całkiem zdrowy balans między przejawami nonszalancji a naturalną pokorą.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Autor książki „Ratownik” występuje pod pseudonimem Tomasz Mitra. Dziesięć lat pracował jako ratownik w zespołach wyjazdowych. Instruktor zaawansowanych zabiegów resuscytacyjnych i postępowania w urazach u dzieci i dorosłych. Równolegle biolog, niegdyś wykonujący prace badawcze w jednym z instytutów Polskiej Akademii Nauk.

Czytaj też:
„Nie wierzę w to, że wszystko było już”. Najkrótsza poetycka biografia Agnieszki Osieckiej

Źródło: WPROST.pl
 0

Czytaj także