Do jakiego pułapu zakażeń możemy dojść? Dr Sutkowski: Jesteśmy zaskoczeni rozmiarem trzeciej fali

Do jakiego pułapu zakażeń możemy dojść? Dr Sutkowski: Jesteśmy zaskoczeni rozmiarem trzeciej fali

dr Michał Sutkowski
dr Michał Sutkowski / Źródło: Newspix.pl / Grzegorz Krzyzewski / Fotonews
Ja już nie rozmawiam z koronasceptykami, nie mam dla nich żadnego przekazu. Cały rok mówiliśmy o pandemii COVID-19. Nie mam tym osobom już nic więcej do powiedzenia, niż powiedziałem – stwierdził dr Michał Sutkowski w rozmowie z „Wprost”. Prezes Warszawskiego Oddziału Terenowego Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce użył barwnej metafory, odnosząc się do najnowszych obostrzeń wprowadzonych w kościołach w dobie pandemii koronawirusa.

Magdalena Frindt, „Wprost”: Przekroczyliśmy barierę 30 tys. nowych przypadków koronawirusa dziennie. Do jakiego pułapu możemy dojść, zanim trzecia fala wyhamuje?

Dr Michał Sutkowski: Bardzo trudno to przewidzieć. Nikt z nas nie jest wszechwiedzący. Nie wiemy, jak będą się zachowywać ludzie, czy będą stosować się do wprowadzanych obostrzeń. Jest tak dużo zmiennych, że bardzo trudno to ocenić. To nie jest nasza nieumiejętność, tylko po prostu bardzo dużo danych trzeba wrzucić do blendera. To wszystko się ze sobą miesza.

Podejmie się pan wskazania orientacyjnej liczby?

Możemy mówić o symulacjach. W bardzo trudnym scenariuszu mówi się o nawet 40 tys. zajętych miejsc w szpitalach, więc tych nowych zakażeń byłoby właśnie ponad 40 tys. dziennie. Ale może być również ponad 50, 60 tys. zakażeń dobowo. Teoretycznie mogą być takie liczby, ale nie przypuszczam, żeby miało to miejsce w praktyce.

My i tak jesteśmy zaskoczeni rozmiarem trzeciej fali. To jest ten najgorszy scenariusz, o którym mówiliśmy. Wszyscy myśleliśmy życzeniowo. Sam mówiłem, że będzie średnia 15-16 tys. dziennych zakażeń. Dzisiaj ta średnia jest już wyższa. Niestety obserwujemy bardzo dużo na tyle niepokojących zachowań ludzkich, że obawiam się, że możemy jeszcze nieznacznie piąć się w górę, osiągając pułap około 40 tys. zakażeń dobowo.

Od soboty obowiązują nowe obostrzenia. Zamknięte są przedszkola, nie działają salony fryzjerskie. Zgodnie z wytycznymi obowiązują zaostrzone limity osób, które jednocześnie mogą przebywać w sklepach i miejscach kultu. Zdaniem polityków Lewicy to jednak za mało, a kościoły powinny być zamknięte w związku ze wzrostem zachorowań.

Sprawa kościołów jest podnoszona przez wszystkich. Jestem katolikiem i konserwatystą, ale w tej chwili to nie ma nic do rzeczy, bo jestem teraz w białym fartuchu, więc powiem obywatelsko. Uważam, że temat kościołów jest tematem specjalnie wywoływanym, trochę na użytek bieżącej walki dwóch polskich plemion. Jedni siedzą na czerwonej części flagi, a drudzy na białej części flagi i tak się wzajemnie argumentem kościoła – przepraszam – okładają. Nauczmy się mówić bez uproszczeń, bez schematów, bez polityki, bez demagogii, bez zacietrzewienia. To, co jest święte dla jednych, nie musi być święte dla drugich, ale szanujmy nawzajem swoje świętości i prawa.

Jeden wierny na 20 metrów kwadratowych to wystarczająca regulacja?

Kościół nie jest miejscem jak każde inne, ale jak każde inne jest miejscem, gdzie można się zakazić. Trzeba bardzo się pilnować. Jeżeli można iść do dużego marketu np. spożywczego, to na pewno w związku ze zbliżającymi się świętami można w bardzo silnym rygorze iść do kościoła. Tylko pod jednym warunkiem – obostrzenia muszą być egzekwowane. Musimy stosować metodę zero tolerancji wobec każdego miejsca, bo wirus jest demokratyczny. Wchodzi wszędzie.

Od soboty w kościołach może przebywać jeden wierny na 20 metrów kwadratowych. Można byłoby się zastanowić nad jeszcze większym reżimem, czyli wprowadzić zasadę mówiącą o tym, że w kościele może przebywać kilka osób np. 5, 10 – zależnie od jego wielkości. Mówię to z całą odpowiedzialnością za słowa – dla dobra Kościoła rozumianego jako wspólnoty wiernych.

Na początku marca minął rok od potwierdzenia pierwszego przypadku koronawiusa w Polsce. Jednak wciąż wiele osób, a wśród nich celebryci i politycy, podważają albo istnienie koronawirusa, albo uważają, że nie jest aż tak groźny. W jaki sposób reaguje pan na tego typu opinie?

Od roku mówimy o koronawirusie. Można dyskutować na temat wprowadzanych przez rząd decyzji, czy lockdown powinien być większy czy mniejszy. Natomiast nauki nie można podważać, jak i zasadności środków ochrony osobistej, szczepień czy w ogóle choroby.

Próbuje pan „nawracać” koronasceptyków?

Ja już nie rozmawiam z koronasceptykami, nie mam dla nich żadnego przekazu. Cały rok mówiliśmy o pandemii COVID-19. Nie mam tym osobom już nic więcej do powiedzenia, niż powiedziałem. Mogę rozmawiać z osobami wątpiącymi co do obostrzeń, co do spraw zdrowotnych – to jest pewne, ale nie jeżeli ktoś neguje rzeczy oczywiste, próbuje podważać naukę choć nie ma do tego ani wykształcenia, ani legitymacji. Jest to kpina z rozumu. Nie mam ochoty wchodzić w utarczki, dyskusje. To jest dla mnie, dla wielu innych kolegów lekarzy, ale też i koronasceptyków, swoista strata czasu.

Czytaj też:
Stan nadzwyczajny? „Brany pod uwagę”; „nie można wykluczyć”; „zależy od rozwoju pandemii”

Źródło: WPROST.pl
+
 3

Czytaj także