Bugajski: chciałem opowiedzieć o chorobie, która toczy polską demokrację

Bugajski: chciałem opowiedzieć o chorobie, która toczy polską demokrację

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu "Układ zamknięty" (fot. mat. pras. dystrybutora) 
- Chodziło mi o to, by opowiedzieć o chorobie, która toczy polską demokrację, polską prokuraturę, sądownictwo i całą resztę - mówi Justynie Kobus Ryszard Bugajski, reżyser "Układu zamkniętego".
Justyna Kobus: W "Układzie zamkniętym" głównym bohaterem – po raz pierwszy chyba u pana – jest człowiek władzy, który uosabia całe zło.

Ryszard Bugajski: Jakkolwiek cynicznie by to brzmiało – źli bohaterowie są o wiele ciekawsi do pokazania. To, że ktoś niewinny dostaje cios pałką w głowę, a potem siedzi w kącie i cierpi, jest w sumie dosyć nudne. Ciekawsze jest pytanie, dlaczego wolny człowiek, który ma możliwość wyboru, wybiera jednak zło. To jest moim zdaniem najbardziej interesujące i próbuję tę drogę głównego bohatera prześledzić. Ta postać – mówię o granym przez Janusza Gajosa prokuratorze, sprawcy całego dramatu naszych biznesmenów – w pierwotnej wersji scenariusza wyglądała zresztą nieco inaczej.

Nie zdradzając szczegółów, powiedzmy krótko o filmie. Punktem wyjścia dla fabuły stała się opisana przez media historia biznesmenów z Krakowa – Pawła Reya i Lecha Jeziornego.

Tak, to był punkt wyjścia, choć film jest kompilacją wielu historii zdokumentowanych przez scenarzystów. Dlatego też życiorysy bohaterów nie są do końca zbieżne z autentycznymi. Także po to, by nie wchodzić zbyt głęboko z buciorami w cudze sprawy. Ci prawdziwi biznesmeni mają uporządkowane życie, rodziny... Bardzo do siebie podobne. W naszym filmie, by zaciekawić widza, zróżnicowaliśmy bohaterów. Każdy z nich na dobrą sprawę jest zupełnie inny.

Broni się pan przed tezą, że uprawia kino polityczne, choć "Przesłuchanie" i "Generała Nila" trudno odrzeć z politycznego kontekstu. Tym razem nawet nie wiemy, za czyich rządów toczy się akcja. Pojawia się minister i nie wiemy, o kim mowa. Choć jak mówiliśmy, wszyscy zastanawiają się, komu film zaszkodzi.

Historia, o której opowiadamy, wydarzyła się w 2003 r., a wtedy premierem był Leszek Miller. Potem był Marcinkiewicz, później Kaczyński i wreszcie Tusk, a cała afera ciągnie się do dziś. Nieistotne, kto jest czy był u władzy. Zła jest struktura wymiaru sprawiedliwości, a zwłaszcza prokuratury. Zresztą potwierdzają to dziesiątki innych spraw: Olewnika, Papały itd., w których prokuratura udowadniała swoją niekompetencję i bezwzględność. Chodziło mi o to, by opowiedzieć o chorobie, która toczy polską demokrację, polską prokuraturę, sądownictwo i całą resztę.

Czy to prawda, że gdy zaczął pan zdjęcia do filmu, nagle zainteresowała się panem skarbówka? Producentów także odwiedziła ponoć w trakcie zdjęć...

Rzeczywiście, dostałem wezwanie do urzędu skarbowego mniej więcej w tym właśnie czasie, gdy ruszyła praca na planie. Ale czy nie był to zwyczajny zbieg okoliczności? Nie wiem. Faktycznie popełniłem błąd w rozliczeniach, zapominając, że w pewnym momencie podpisaliśmy z żoną rozdzielność majątkową. Tylko dlaczego urząd dopatrzył się tej pomyłki dopiero po pięciu latach? Przez to zapłaciłem skarbówce nie pięć, tylko 50 tys. zł. Jak było w przypadku producentów, nie wiem, nie chcę mnożyć teorii spiskowych.

Pełny zapis rozmowy Justyny Kobus z Ryszardem Bugajskim, reżyserem filmu "Układ zamknięty", w najnowszym "Wprost",   który jest dostępny w formie e-wydania .

Najnowszy numer "Wprost" jest również dostępny na Facebooku .