Lekarz: W Wielkanoc ludzie oddają swoich starych rodziców na przechowanie do szpitala

Lekarz: W Wielkanoc ludzie oddają swoich starych rodziców na przechowanie do szpitala

Dodano:   /  Zmieniono: 9
fot. Ingo Bartussek/fotolia.pl
Wielkanoc coraz rzadziej kojarzy mi się z radością, a coraz częściej z tym, że ludzie oddają swoich starych rodziców czy dziadków na przechowanie do szpitala - mówi w rozmowie z Magdaleną Rigamonti lekarz ratunkowy Magdalena Kozak.

Umarł ktoś pani dzisiaj?

Jeszcze nie. A jak będzie próbował, to będę go wyrywać śmierci. Łatwo się nie poddaję. Walczę. Czasem śmierć jest silniejsza, czasem tak silna, że nic nie można zrobić. Wezwanie, przyjeżdżamy. Patrzę na człowieka, zaczynam walkę i czuję, że kostucha stoi.

Naprawdę?

Hmm. Wiem, że światły medyk XXI w. nie powinien tak mówić, ale myślę, że każdy z nas to czuje, tylko nie każdy o tym mówi. Nie, nie widać jej. Nic nie widać. Tylko oczy robią się takie puste, życia w nich nie ma. Nigdy nie odpuszczam, reanimuję, resuscytuję, ale życie nie wraca. Jak się nie udaje, to dół.

Ale jak się udaje, to radość?

Nie wiem, czy radość. Raczej 1:0 dla nas. Satysfakcja, ogromna nawet, dlatego warto to robić. Wtedy to całe zmęczenie, zatyranie, zniechęcenie, czasem wypalenie znika. Jedna wygrana ze śmiercią daje takiego kopa, taką siłę, że w zasadzie trudno to opisać. Pamiętam 20-letnią dziewczynę. Byłam wtedy na oddziale ratunkowym w szpitalu przy Szaserów. Szła ulicą, przewróciła się nagle, straciła przytomność. Migotanie komór serca. Trzy najczęstsze przyczyny: jakiś tętniak w głowie, arytmia serca, narkotyki, dopalacze. No to robimy tomografię głowy, badania toksykologiczne i EKG. I coś mnie tknęło, przyłożyłam jej sondę USG do serca, a tam ściana serca się nie kurczy. Zaraz, przecież to młoda dziewczyna, a nie 80-latka! Umiera, naprawdę umiera. Szybko wołam kardiologów, akcja. Dziewczyna wraca do życia. Powoli, ale wraca. Nie daję jej zabrać śmierci. Już potem się okazało, że dziewczyna jest po zapaleniu mięśnia sercowego i czeka na przeszczep. Wie pani, jak się cieszyłam, że przyłożyłam to USG, a nie skupiałam się na tomografiach i wykrywaniu dopalaczy?! To było jak zmartwychwstanie. Kilka takich zmartwychwstań przeżyłam. Takich, że jak o nich myślę, to mam ciarki na plecach i poczucie, że zrobiliśmy dobrą robotę.

A pierwsza śmierć?

To był mężczyzna. Trafił na SOR z bólami brzucha. Badałam go, po chwili umarł. Zapaliłam wtedy papierosa. No jak to tak, był facet, mówił, narzekał na ból i nie ma faceta. Nie mogłam w to uwierzyć. Byłam wściekła, że kostucha wygrała.

(...)

Pani boi się śmierci, co?

Wolę mówić, że się z nią przyjaźnię, choć wiem, że to nieprawda. Szanuję ją, jestem pełna pokory i czasami z pełnym szacunkiem myślę sobie, że są sytuacje, kiedy lepiej, że kogoś zabiera. Jeśli przyjeżdżamy do chorego umęczonego, cierpiącego, odchodzącego, to...

To reanimujecie?

Zawsze do końca. Zdarza się, że ten koniec przychodzi bardzo szybko. Zdarza się też, że kiedy przyjeżdżamy, jest już po wszystkim i jestem potrzebna tylko do tego, żeby stwierdzić zgon. Zresztą pogotowie jest wzywane do stwierdzenia zgonu. To jest zawsze bardzo przykra sytuacja, bo rodzina jest zrozpaczona, bo odszedł ktoś bliski, ale czuję też ulgę wśród tych bliskich. Ja też tę ulgę odczuwam i myślę sobie: dobrze, że już zabrałaś, że wygrałaś tę walkę. Skrajne stany nowotworowe potrafią być przerażające, tak straszne, że się myśli, że tam po drugiej stronie gorzej być nie może. Zresztą sama się tego boję. Tak się boję raka, że nie bałam się tak w Afganistanie, kiedy w mój kamp walnęła rakieta. Wie pani, żyjemy w społeczeństwie, w cywilizacji, w której choroby i starość to sprawy wstydliwe i najlepiej, jakby ich nie było. Przed nami Wielkanoc. I mnie te święta, zresztą podobnie jak Boże Narodzenie, coraz rzadziej kojarzą się z radością, a coraz częściej z samotnością i starością. I z tym, że ludzie oddają swoich starych i chorych rodziców czy dziadków na przechowanie do szpitala.

Bo chcą odpocząć, wyjechać na wakacje?

Bo schorowana babcia czy dziadek nie pasują do wizji wesołych, beztroskich rodzinnych świąt. Mam poczucie, że z roku na rok to zjawisko się nasila. Mam poczucie, że ci ludzie chcieliby śmierci dla babci czy dziadka, że śmierć jest dla nich wybawieniem, uwolnieniem. Oddają starszego człowieka jak psa do schroniska i uciekają, najchętniej by nie wrócili, najchętniej zostawiliby dziadka na zawsze, na śmierć w szpitalu. Rozpoznaję ich z daleka. Nie patrzą w oczy, kręcą, wymyślają choroby. Widzę wzrok tego starszego człowieka, widzę, jak mu wstyd, widzę, jak też chciałby uciec.

Więcej w najnowszym wydaniu "Wprost", który jest dostępny w formie e-wydania na www.ewydanie.wprost.pl i w kioskach oraz salonach prasowych na terenie całego kraju.


"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania.
Tygodnik "Wprost" można zakupić także za pośrednictwem E-kiosku
Oraz na  AppleStore GooglePlay



 9
  • krysiaztuchanowa   IP
    sposób w który zadaje pani pytania prowadząc wywiad pozostawia wiele do życzenia . Przypomina mi to młodą dziewczynę która ze wsi trafiła do wielkiego świata ale jej gwara dalej jest podobna do krysi z tuchanowa
    • leonek   IP
      artykuł mocno naciągany, tak przy okazji świąt Wielkanocnych " podrzucanie ciemnej strony " w związku...
      • Elena   IP
        pani Magdalena, z takim postrzeganiem otoczenia nie powinna pracować jako lekarz ratunkowy, jej następny ruch to może być pavulon jako akt "miłosierdzia".
        • queseraseraczian   IP
          Od kiedy pamiętam, tak u nas było. Czasy teraz inne, lekarze, personel też mają święta, a w szpitalach ich mniej, co widać. Przez kontrast "robi się więcej" tych, co zostali na szpitalnej zupce. Chyba przybywa samotnych, ale kto to dokładnie policzy. Zresztą nie ma co się użalać. Przybywa starych, chorych, inwalidów i in. nazywanych coraz piękniej. A statystyka samobójców tylko drga od lat. "Od zawsze" w naszym, teraz w wolnym Kraju, nie ma organizacji, która za rozsądne pieniądze zaopiekuje się tymi, co już nie dają rady. A młodzi świętują gdzieś, i nie wrócą po to, by tym co zostali, bo za co i gdzie wyjadą(...?), dać opiekę. Coś proporcje uczuć i obowiązku pomieszano, bo na opiekę nad pieskami pieniądze są, a na ludzi, a odbudowali Polskę, nie ma. Poza tym alleluja.
          • Tulejka   IP
            To nieprawda. Jeśli zdarzają się takie sytuacje, to są one marginalne. To personel chce mieć spokojne noce, bez problemów. Najlepiej wziąć pieniądze za przespane noce w szpitalu, a potem spokojnie robić przygotowania świąteczne. Na święta wyrzuca się ludzi ze szpitali, bo zawadzają.

            Czytaj także