Pierwszy dzień Powstania. "Polska. Tam była Polska"

Pierwszy dzień Powstania. "Polska. Tam była Polska"

Dodano:   /  Zmieniono: 
Znak Polski Walczącej 
1 sierpnia o godzinie 17.00 wybuchło Powstanie Warszawskie. Zakończyło niemal pięcioletnią okupację niemiecką w stolicy. Walki w mieście doprowadziły także do niemal całkowitego zniszczenia miasta oraz śmierci 200 tys. jego mieszkańców. O tym, co działo się w tamtym okresie w rozmowie z "Wprost" opowiada Halina Cieszkowska, łączniczka z plutonu łączności przy "Radwanie".
Kacper Świsłowski, Wprost.pl: Kiedy uświadomiła sobie pani, że "już trwa wojna"?

Halina Cieszkowska:
W trakcie porannej mszy w Józefowie, gdzie mieszkałam, niedaleko kościoła spadła bomba zrzucona z samolotu. Cały budynek się zatrząsł.  Tak właśnie rozpoczęła się dla mnie wojna.

W czasie okupacji roznosiła pani nielegalną prasę. Udało się pani ukryć przed żandarmerią?

W czasie okupacji na dół koszyka wkładało się dokumenty, rozkazy, a na to jakieś jarzyny czy owoce. Kiedyś, jeden rulon wysunął się mojej koleżance prosto pod nogi żandarma. Ze strachu nogi mi wrosły w ziemię i nie mogłam się ruszyć. Szczęśliwie, uratowała mnie koleżanka. Renia  późniejsza dziennikarka Expressu,  która wyglądała bardzo dziewczęco, niczym pensjonarka. I ona nie straciła trzeźwości rozumu. Żandarm nachylił się, podniósł rulon, a wtedy Renia „dygnęła” i patrząc mu w oczy, przeprosiła go po niemiecku. Puścił nas wtedy wolno.

Gdzie pani służyła?

Mieliśmy pluton łączności przy obwodzie Śródmieście Północ pułkownika Radwana. Dziewczyny były oczkiem w głowie pułkownika, było nas ze dwadzieścia. Chłopców za to z 15-20, głównie z Siekierek, Czerniakowa. Oni chodzili bez broni i biegali ze sprzętem, naprawiając linie łączności. Ale i tak najlepszym środkiem łączności byli gońcy.

Jak wyglądała konspiracja?

Nie pamiętam już haseł, które musiałam pamiętać wychodząc z domu. Jedno udało mi się zapamiętać: Podkamień i pokrętło. Zawsze w haśle było jakieś narzędzie i miejscowość. Hasła były dla naszej żandarmerii Powstańczej. Ale w razie czego, jeśli złapaliby mnie Niemcy – miałam zjeść rozkazy. Proszę spróbować nawet kawałeczka papieru, to tak trudno zjeść… Ale ja szczęśliwie nie musiałam tego robić.

Mówiła pani o tym, że powstańcy robili "kawały Niemcom". Na czym one polegały?

Ja mam na ten temat całą książeczkę! Chciałam uczcić 60-lecie Powstania, więc ja zajęłam się pisaniem, a mój brat przygotował okładkę i rysunki we współpracy z jedną z moich nieżyjących koleżanek. Nazywa się „Uśmiech na barykadzie”. To są wspomnienia z pierwszego miesiąca Powstania, kiedy nawet radio „Błyskawica” też dawało różne anegdotki. To był jeszcze okres dla nas taki… szczęśliwy. Coś zdobywaliśmy, mieliśmy nadzieję, nie było strasznie… Dopiero od września zaczął się dla nas przerażający czas. Co do samych kawałów – pamiętam jak wystawialiśmy kukłę na kiju z bramy przejściowej, a Niemcy strzelali do niej z karabinów maszynowych. A zaraz potem biegli ludzie, na drugą stronę ulicy. Łączyliśmy  przyjemne z pożytecznym.

Pamięta pani jeszcze jakieś?

Słyszałam, że Nowym Zjazdem puścili puste beczki po kapuście, które narobiły tyle hałasu, że grupka Niemców, którzy stacjonowali przy Placu Zamkowym poddała się od razu, myśląc, że jest to jakaś nowa polska broń.

Pomysłowość powstańców była nieograniczona?

My broń wymyślaliśmy, filipinki, sten… Dopiero potem powstała na Hożej fabryka filipinek. Nazywała się chyba "Jajczarnia".

Sporo mówi się o tym, że ludność cywilna nie była zachwycona Powstaniem.

Ludność początkowo nam bardzo sprzyjała. Nie spotkałam się z przejawami wrogości, jednak  powstańcom zarzuca się jakieś pijaństwa, mogły być jakieś incydenty z alkoholem, ale z tym także się nie zetknęłam.

Co najbardziej utkwiło pani w pamięci? Pytam o czasy Powstania.

Pamiętam pierwszy dzień powstania, gdy zgubiłyśmy się z oddziałem przy ul. Czackiego i zostałyśmy przeprowadzone porucznika „Mirskiego” późną nocą na Mazowiecką 9 do swoich. Dotarłyśmy na miejsce, między ulicą Mazowiecką a Jasną, na zapleczu domów paliło się ogniska, sami swoi, ktoś w tle grał „Serce w plecaku” – Polska. Tam była Polska.

Są jeszcze jakieś szczególne wspomnienia?

Jako dyżurna musiałam przynieść grochówkę, szłam kawałkiem „wolnej Polski”, wszędzie wisiały polskie flagi. W pewnym momencie ktoś puścił z gramofonu „Warszawiankę”. Razem z koleżanką, stanęłyśmy i zaczęłyśmy płakać. Potem chłopcy z oddziału pytali się, dlaczego ta grochówka taka słona.

Jak pani zareagowała na wieść o kapitulacji?

Naprawdę, trudno sobie wyobrazić, jak po takim wysiłku, po tej tragedii Powstania, po tej nadziei, jak się można poddać? Nie wyobrażałam sobie tego jak my możemy się poddać, inni też.  Kapitulacja nie była łatwa dla szarego przeciętnego uczestnika walk. To była tragedia. Powinniśmy walczyć do końca. I zginąć.

Naprawdę?

Tak wtedy myślałam. Będąc w łączności, wiedzieliśmy trochę wcześniej o kapitulacji. Pamiętam, jak to przeżywały moje koleżanki i ja. Dla nas było to niemożliwe, nie wiedziałyśmy jak będzie, dlaczego się poddajemy? Jednocześnie, my nie wiedzieliśmy, że Niemcy już nas nazywają „banditen” i co oni robią w innych dzielnicach. Pamiętam jak dziewczęta rzucały się we śnie, mówiły przez sen, źle spały – dla nas decyzja o kapitulacji to był szok.

Jak sobie z poradziliście?

Wtedy pułkownik Radwan brał nas na bok, mówił, że przegrana bitwa to nie jest przegrana wojna. Powiedział też wtedy, że żołnierz powinien umieć poradzić sobie z przegraną. Rozmawiał z nami, że jeżeli mamy takie możliwości – powinnyśmy odszukać rodziny.

Co działo się po ogłoszeniu kapitulacji powstania?

Ci co mieli nadzieję na znalezienie rodziny, wiedzieli coś na jej temat opuszczali Warszawę. Jeśli jednak  nie mieli złudzeń co do odnalezienia bliskich – wychodzili z plutonem. Pułkownik Radwan był jak ojciec, dosłownie, to był niezwykły dowódca, jestem pełna uznania dla niego. Rozmawiał z nami na osobności i pytał po kolei, zwłaszcza dziewczęta, o to czy któraś z nas ma jakieś kontakty z rodziną i może wyjść jako cywil – to żeby wychodzić jako cywil. Jeśli jednak nic nie wiemy o rodzinie, to  wychodzimy z plutonem wszyscy razem do niewoli, mówił nam Radwan.

A pani wybrała…?

Ja poszłabym ze swoim oddziałem, ale ostatniego dnia Powstania, tuż po kapitulacji, mój brat został ranny. I ja pojechałam ze „szpitalami” i rannymi, a nie ze swoim plutonem. Moja grupa znalazła się w Oberlangen, a ja pojechałam z bratem do szpitala wojskowego w Saksonii (Zeithein). Po drodze zastanawialiśmy się, co będzie z tą Warszawą, co będzie z naszym miastem? W obozie prowadziliśmy spekulacje, czy stolica się odbuduje.

Jeden z powstańców, wspomniał mi o żołdzie jaki wypłacono uczestnikom Powstania Warszawskiego. Pani swój otrzymała?

Było to dokładnie 10 dolarów. Po Powstaniu dostaliśmy, po kapitulacji czy tuż przed samą kapitulacją, wszyscy dostali jednakowo. Nie wiem jak wyżsi rangą, ale ja i moi koledzy dostaliśmy po 10 dolarów. Z tą kwotą poszliśmy do niewoli. 

I co się stało z tymi 10 dolarami?

Jeden z Powstańców zebrał na tej dziesięciodolarówce podpisy swoich kolegów i koleżanek z batalionu i zostawił sobie na pamiątkę. Ja swoje 10 dolarów wydałam. Po tym, jak wróciłam po roku z niewoli do kraju stwierdziłam, że muszę za te 10 dolarów coś sobie dobrego zafundować. I postanowiłam za te 10 dolarów wyjechać zimą do Zakopanego, gdzie była moja koleżanka, z którą mieszkałam w niewoli. I wspólnie z inną zaprzyjaźnioną koleżanką pojechałyśmy do niej. Do Zakopanego przyjechałam zimą, już chyba po sylwestrze. Moja koleżanka miała tam znajomych Marusarzy, do których trafiła po wojnie. Zresztą, to była bardzo ciekawa osoba, zajmowała się tkactwem artystycznym.  Natomiast, Staszek Marusarz (wicemistrz świata w skokach 1938 r. z Lahti) w trakcie tego mojego wyjazdu po raz pierwszy skakał z krokwi po wojnie. I rodzina Marusarzy oraz my jako goście, na kolorowej trybunie przeżywaliśmy te jego skoki. I tak właśnie te pieniądze wydałam.

Wakacje za trudy Powstania?

Ja wcześniej nigdy nie byłam w górach  i nad morzem – przecież to były inne czasy, jeździło się na „letniaki” pod Warszawę, Lublin czy Kraków. Nie podróżowało się tak dużo po Polsce. Dopiero chyba w 1948 r. pojechałam do Łeby i po raz pierwszy zobaczyłam morze i nie wiedziałam co się dzieje, nie wyobrażałam sobie tego, ale byłam tym morzem zauroczona wtedy.

(...)

Spotyka się pani ze współczesną młodzieżą? Rozumie ją pani?

Miewałam spotkania z młodzieżą, taką 18-20 lat, ale to jakiś czas temu. Teraz częściej spotykam młodych takich 30-letnich, w wieku moich wnuczków.  Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie

„Nie ma odwrotu, nie ma odwrotu, zwyciężyć muszą lub zginąć Ci co nie mają odwrotu” - to motto, które znajduje się w książce Johna Galsworthy'ego, "Saga rodziny Forsyte'ów". Jak wspomniała w rozmowie pani Halina Cieszkowska, to ono zapadło jej w pamięci i świetnie obrazuje to jak myśleli niektórzy Powstańcy Warszawscy.

Rozmowa została przeprowadzona przed 70. rocznicą kapitulacji Powstania Warszawskiego w 2014 roku. Pełny teksty można przeczytać w dziale historycznym Wprost.pl
Galeria:
Powstanie Warszawskie