Sprzeczne cele "cara" Putina i "sułtana" Erdogana. Czy to już trzecia wojna światowa?

Sprzeczne cele "cara" Putina i "sułtana" Erdogana. Czy to już trzecia wojna światowa?

Dodano:   /  Zmieniono: 21
(FOT. ABACA/NEWSPIX.PL) / Źródło: Newspix.pl
Zarówno dla Rosjan, jak i dla Turków walka z Państwem Islamskim to sprawa drugorzędna. Angażując się w Syrii, „car” Putin i „sułtan” Erdogan chcą przede wszystkim osiągnąć własne cele strategiczne. Niestety, sprzeczne.

Wielki plan Putina

Wielka wojna powietrzna z Syrią jest dla Rosji zbyt wielkim wysiłkiem wojskowym, finansowym i propagandowym, by z powodu jednego utraconego samolotu i śmigłowca ryzykować zniweczenie dalekosiężnych celów, dla których w ogóle została podjęta. Najważniejszym celem jest wyprowadzenie Rosji z politycznej izolacji, w jakiej znalazła się po aneksji Krymu i interwencji na wschodzie Ukrainy. Putin wie, że po raz pierwszy od rozpoczęcia ukraińskiej awantury pomoc Rosji może okazać się Zachodowi – a zwłaszcza zachodnim Europejczykom – naprawdę przydatna. Rządy zachodnioeuropejskie nie mają pomysłu, co robić z Państwem Islamskim. Same bombardowania z powietrza nie rozstrzygną wojny – to wiadomo od czasów fatalnej w skutkach akcji w Libii. Na myśl o wysłaniu sił lądowych politycy wzdrygają się, ale coś muszą zrobić. Choćby dla uspokojenia własnych społeczeństw, coraz bardziej przestraszonych niekontrolowanym napływem migrantów z Bliskiego Wschodu i nowym zagrożeniem terrorystycznym. O możliwości wysłania wojska w rejon konfliktu wspomniała nawet Angela Merkel, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawałoby się niewyobrażalne.

(...)

Imperium nowego sułtana

Na drodze do realizacji planu Putina nie stanęło Państwo Islamskie, tylko prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan. Nie żeby aż tak bardzo bolało go serce z powodu ewentualnego oddania Ukrainy Putinowi, jednak wszystko, co robią Rosjanie w Syrii, stoi w absolutnej sprzeczności z jego wyobrażeniami o żywotnych interesach Turcji. Doskonale znająca Wschód amerykańska dziennikarka i analityczka Julia Ioffe twierdzi, że naprzeciw siebie stanęły dwie bardzo podobne osobowości – nowy rosyjski „car” i podobny do niego, budujący opartą na nacjonalizmie autorytarną władzę turecki „sułtan”. Obaj odwołują się przy tym do historii, w której konflikt rosyjsko-turecki był powracającym motywem przez co najmniej dwa stulecia. Syrię, która od 1517 r. aż do I wojny światowej należała do imperium osmańskiego, Turcy uważają za swoją naturalną strefę wpływów, dlatego pojawienie się tam Rosjan potraktowali jako wtrącanie się w nie swoje sprawy. Tym bardziej że rosyjska ekspedycja ma na celu ratowanie chwiejącego się już reżimu Asada, którego Erdoğan szczerze nienawidzi i chciałby go jak najszybciej przepędzić z Damaszku. Wojna z Państwem Islamskim, którą turecki prezydent zadeklarował dopiero we wrześniu, tak naprawdę Turków niespecjalnie interesuje. Gdyby chcieli się do niej przyłączyć, mieli już dziesiątki sposobności – choćby wówczas gdy tureccy żołnierze z przygranicznych wzgórz obserwowali heroiczną walkę Kurdów z islamistami w Kobane. Nie kiwnęli nawet palcem, a ostateczne zwycięstwo wręcz rozczarowało Ankarę. Tak naprawdę półmilionowa i doskonale uzbrojona armia turecka mogłaby zetrzeć Państwo Islamskie w pył w ciągu tygodnia. Zamiast tego woli zwalczać Kurdów.

Cały tekst przeczytać można w najnowszym wydaniu tygodnika "Wprost”, który trafił do kiosków w poniedziałek, 30 listopada 2015 r. E-wydanie tygodnika będzie dostępne w niedzielę o godz. 20:00. "Wprost" można zakupić także  w wersji do słuchaniaoraz na  AppleStore GooglePlay.

 21

Czytaj także