Spielberg wraca z nowym filmem. "Jest w nim wiele tropów, które nagle stały się aktualne"

Spielberg wraca z nowym filmem. "Jest w nim wiele tropów, które nagle stały się aktualne"

Steven Spielberg (FOT. ABACAUSA / NEWSPIX.PL) / Źródło: Newspix.pl
W moim filmie jest wiele tropów, które nagle stały się aktualne. Rosyjska inwazja na Krym spowodowała napięcie między Waszyngtonem i Moskwą, ale na razie to nie zimna wojna, tylko przymrozek – mówi Steven Spielberg, laureat trzech Oscarów, którego nowy film „Most szpiegów” wchodzi właśnie do polskich kin.

Anna Tatarska: Zdawałoby się, że znamy już wszystkie zimnowojenne historie... A jednak „Mostowi szpiegów” udaje się zaskoczyć widownię. Jak pan trafił na postać adwokata Jamesa B. Donovana, która zainspirowała scenariusz filmu?

Steven Spielberg: Dowiedziałem się o niej od brytyjskiego dramaturga Matta Charmana, który natknął się na nią, zbierając materiały do filmu o inwazji w Zatoce Świń. Po fiasku tamtej operacji Donovan pomagał wydostać z Kuby amerykańskich zakładników. Okazało się, że historia tego człowieka jest znacznie bardziej interesująca niż wydarzenia związane z samą inwazją. Matt prześledził jego losy aż od czasu procesów norymberskich. Donovan był wówczas doradcą prawnym, odpowiedzialnym za realizację filmów dokumentalnych Johna Forda i George’a Stevensa, które następnie posłużyły jako dowody przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym, który sądził zbrodniarzy hitlerowskich [Ford, Stevens i Samuel Fuller na zlecenie Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych i amerykańskich służb specjalnych dokumentowali zbrodnie wojenne, przede wszystkim wyzwalanie niemieckich obozów koncentracyjnych – przyp red.]. Następnie Charman wpadł na ślad historii, którą opowiadamy w filmie. To wydarzenia z lat 50., których bohaterami byli pojmani przez obce wywiady szpiedzy: radziecki Rudolf Abel i amerykański Francis Gary Powers. Ich wymiana nastąpiła na berlińskim moście Glienicke, co jest centralnym punktem akcji „Mostu szpiegów”. Z tą opowieścią Matt przyszedł do mnie. Byłem zachwycony. Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem!

W tej historii jest tyle zbiegów okoliczności, że aż trudno uwierzyć, że ich nie wymyśliliście.

Prawda? To niesamowite, że życie samo napisało tak skomplikowany, wręcz nieprawdopodobny scenariusz. Szczególnie wątek z pojmanym przez zachodnioberlińskie władze amerykańskim studentem wygląda jak klasyczna bajeczka prosto z Hollywood. Ale naprawdę tak było. Dla młodego człowieka schwytanego za żelazną kurtyną i obwinionego o zdradę stanu James B. Donovan był gotowy zaryzykować wszystko. Także sukces operacji wymiany szpiegów. Donovan nigdy wcześniej nie spotkał Frederica Pryora, ale to nie miało znaczenia – chodziło o zasady. CIA próbowała odwieść go od tego pomysłu,zapewniała, że uda się jego uwolnienie wynegocjować następnym razem. Donovan powiedział po prostu: „Nie! Ma być dwóch za jednego”. Zaryzykował, ale odniósł sukces.

Tom Hanks, filmowy Donovan, gra u pana jedną z lepszych ról ostatnich lat. Abel w interpretacji Marka Rylance’a na długo zostaje w pamięci. Trudno było panu skompletować obsadę?

To było większe wyzwanie niż wszelkie kwestie logistyczne. Scenariusz, napisany przez Matta Charmana oraz Joela i Ethana Coenów, daje aktorom wielkie możliwości, ale stawia też duże wymagania. Stworzyli tak ciekawych psychologicznie bohaterów, że nawet ci, którzy mówią dwa zdania, mają interesującą osobowość. Dlatego podczas zdjęć musieliśmy bardzo uważać: wszystko było tak idealnie skomponowane, że najmniejszy błąd mógł zagrozić spójności scenariusza. Tom Hanks przyszedł mi do głowy od razu, kiedy zacząłem zastanawiać się nad Donovanem. Kto zagrałby Abla? – rozmyślałem. Dopiero co zobaczyłem Szekspirowski „Wieczór Trzech Króli” na Broadwayu z Markiem Rylance’em i nie mogłem przestać o nim myśleć. Także Amy Ryan, grająca żonę Donovana, była moim pierwszym wyborem, podobnie Sebastian Koch, czyli niemiecki prawnik Vogel... Na szczęście wszyscy mogli przyjąć moje propozycje. Miałem szczęście, bo bez odpowiedniej obsady ten film by się nie udał.

Myślę, że niewielu aktorów panu odmawia... Kostiumy do „Mostu szpiegów” przygotowała Kasia Walicka- -Maimone, za kamerą stanął Janusz Kamiński, część zdjęć powstała w Polsce. Polski wątek jest w tym filmie bardzo silny.

Po tylu latach wspaniale było znowu wrócić do pracy w Polsce. Odwiedzałem wasz kraj wiele razy od czasu „Listy Schindlera”, ale podczas żadnej z tych wizyt nie pracowałem. Minęło ponad 20 lat! Fragmenty „Mostu...” kręciliśmy we Wrocławiu. To miasto rodzinne Janusza. Znamy się jak łyse konie, jest dla mnie jak brat, choć może powinienem powiedzieć: jak żona. Bo przecież jesteśmy niczym para, nierozłączni od 22 lat, i jak każdy związek mamy swoje wzloty oraz upadki. We Wrocławiu miałem szansę zobaczyć miejsca, w których dorastał, zrozumieć środowisko, które go kształtowało, problemy, z jakimi się borykał... Bo kiedy Janusz był nastolatkiem, jego życie przypominało jazdę kolejką górską. Mało brakowało, a by się wykoleił... Pokazał mi wszystkie miejsca, które odcisnęły na nim piętno. Dla nas obu była to wyjątkowo nostalgiczna wizyta.

Czy po tylu latach w branży podchodzi pan do pracy inaczej niż na początku?

Film wciąż znaczy dla mnie nie mniej i nie więcej niż w 1971 r., kiedy powstał „Pojedynek na szosie”. Miałem od tamtej pory możliwość opowiedzieć światu wiele różnych historii, ale sam chyba nie zmieniłem się aż tak bardzo. Na przykład kiedy robię straszny film, to dlatego że sam się czegoś boję. To dla mnie rodzaj terapii, pozwala mi uwolnić się od własnych demonów i podzielić się tym z widzem. Ale kiedy już to zrobię, czuję się wolny i mogę robić kolejny film, już o czymś całkiem innym.

Kino nowej przygody, filmy historyczne, fantasy, science fiction, wojenne... W jakiej konwencji czuje się pan najlepiej?

Moja filmografia jest bardzo zróżnicowana i na papierze może wyglądać zaskakująco. W latach 80. i 90. stworzyłem sporo filmów fantasy, ale poczułem w pewnym momencie, że już wystarczy. Jeśli postawić „Most szpiegów” obok „Lincolna”, „Amistad”, „Szeregowca Ryana”, „Listy Schindlera” łatwo znaleźć wspólny mianownik. Zawsze brałem na warsztat opowieści, które były dla mnie ważne. Odkąd pamiętam, fascynowała mnie historia, to zresztą jedna z rzeczy, która połączyła mnie z Tomem Hanksem. Można powiedzieć, że nasza przyjaźń zaczęła się od odkrycia, że obaj jesteśmy maniakami! Wymieniamy się filmami dokumentalnymi, książkami i autobiografiami. Być może historie, które wybieram, na pierwszy rzut oka nie wyglądają jak materiał na film, ale dla mnie są warte opowiedzenia. W ciągu ostatnich 20 lat wiele razy ryzykowałem, podejmując decyzję o wyborze tematu, czasami odnosiłem sukces, kiedy indziej ponosiłem porażkę. Ale będę dalej robił takie kino, bo ma dla mnie znaczenie. Fani moich filmów fantastycznych mogą spać spokojnie. Nakręciłem niedawno „Big Friendly Giant”, zatem rodzinne kino fantastyczne wraca już w następne wakacje.

Obecna sytuacja polityczna, napięte stosunki Zachodu z Rosją, nadaje filmom takim jak „Most szpiegów” pewną aktualność. Brał to pan wcześniej pod uwagę?

Zdaję sobie sprawę, że jest w moim filmie wiele tropów, które nagle stały się aktualne. Wiedziałem o tym już na etapie prac nad scenariuszem, ale ówczesny pejzaż polityczny był jeszcze nieco inny, rosyjska inwazja na Krym była pieśnią przyszłości. To takie zimnowojenne echo, które spowodowało napięcie między Waszyngtonem i Moskwą. Dla wszystkich, którzy cenią prawo do wolności, postępowanie Rosjan jest nie do przyjęcia. Ale nie sądzę, żeby obecna sytuacja polityczna miała skalę porównywalną z zimną wojną. W powietrzu czuć lekki przymrozek, ale jak bardzo się schłodzi, zobaczymy.

Ten film opowiada o konieczności porozumienia się w kryzysowej sytuacji, pozornie bez wyjścia. To kolejny bardzo współczesny trop...

Myślę, że w sytuacjach kryzysowych, gdy ścierają się rozmaite ideologiczne postawy, warto posłuchać zdrowego rozsądku. Nasz świat byłby o wiele lepszy, gdybyśmy potrafili reagować na różne sytuacje z większą dozą współczucia. Empatia jest w ludzkim życiu bardzo potrzebna. Z przyjemnością patrzę na ludzi o dobrych sercach. Na kraje, które potrafią się odnaleźć w tej trudnej sytuacji i wesprzeć tych, którzy nie mają szans na samodzielne przetrwanie. Powinniśmy być uważni, współczujący i słuchać serca.

Żyje pan przeszłością czy raczej patrzy w przyszłość?

Patrzę przed siebie. Jeszcze tyle zostało do zrobienia! Skupiam się na tu i teraz. Gdybym wracał do początków kariery, rozpływał się we wspomnieniach, zostałbym nieznośnym egomaniakiem! Poza tym to rodzi frustrację. Zaraz chcę wracać do montażowni, a potem uświadamiam sobie, że jest o 20 lat za późno i nic już nie mogę zrobić. Dla dobra wszystkich zdecydowanie powinienem kontynuować poszukiwanie nowych tematów. Tym bardziej że znalezienie nowej historii godnej opowiedzenia jest bardzo trudne i czasochłonne. Dlatego nigdy nie przestaję szukać. I słucham. Słuchanie jest najważniejsze.

Wywiad ukazał się w 28/2015 wydaniu tygodnika "Wprost". "Wprost" można zakupić także  w wersji do słuchaniaoraz na  AppleStore GooglePlay.

Czytaj także

 0