Amerykanie kupują polskie obrazy! Wywiad z malarką Justyną Kisielewicz

Amerykanie kupują polskie obrazy! Wywiad z malarką Justyną Kisielewicz

Dodano:   /  Zmieniono: 3
(fot. prywatne archiwum Justyny Kisielewicz)
Jej obrazy są wystawiane na trzech kontynentach – w Europie, USA i Australii. Jest bezkompromisowa, odważna i idzie prosto po sukces. Tworzy sztukę wysoką, ale jednoczenie ładną i przyjemną dla oka. Czerpie inspiracje ze świata nas otaczającego – markowe ubrania, postacie Disneya, balony, wata cukrowa, burgery i pączki. Justyna Kisielewicz wydaje się przetwarzać masowe produkty codziennego użytku w przedmioty dzieł sztuki, ale również odwrotnie dzieła sztuki w przedmioty codziennego użytku. Sztuka ma być dla ludzi i ma się sprzedać. Jeśli to oburza krytyków, to jest ich problem.

Maria Kądzielska: Miałaś już wystawę w San Francisco, potem w Sydney, gdzie będzie następna?

Justyna Kisielewicz: Następna wystawa będzie w Berlinie 3. marca. Pokażę na niej obrazy, które wcześniej nie były wystawiane w Europie – część z nich wróciła z Australii, inne pochodzą z USA. Zaplanowałam na wiosnę również kolejną wystawę indywidualną w Los Angeles, zaś pod koniec sierpnia pokaże sześć obrazów w Melbourne. Następna wystawa będzie na przełomie 2016/2017 roku w San Francisco, tam wystawię dziesięć obrazów.

Jakie  obrazy będziemy mogli zobaczyć w Berlinie?

Będzie to część kolekcji, która specjalnie powstała dla galerii w Australii w 2014 i 2015 roku. Nie było wcześniej szansy, aby obejrzeć ją w Europie – stanowi to zatem okazję dla kolekcjonerów. Bardzo lubię te prace, więc cieszę się, że wracają do Europy.

Co było dotychczas twoim najlepszym dziełem, obrazem, z którym najtrudniej było ci się rozstać?

Zazwyczaj nie mam problemów z rozstawaniem się z moimi pracami, ponieważ nie lubię gromadzić rzeczy, w tym moich własnych obrazów. Pytanie o najlepsze dzieło jest o tyle trudne, że jeśli pojawia się pomysł na namalowanie obrazu i dochodzę do wniosku, że to nie jest dobry pomysł, to go zwyczajnie nie realizuję. Każde dzieło musi być na tyle wartościowe, abym miała ochotę codziennie rano wstawać i siedzieć przy sztaludze dziesięć, dwanaście godzin.

Twoje obrazy znajdują się obecnie na ubraniach, opakowaniach na ipody, na poszwach pościelowych. Czy możesz nam coś więcej o tym opowiedzieć?

Do tej współpracy doszło w czasie transferu między San Francisco a Monachium. Zwróciła się do mnie start-upowa firma z siedzibą w San Francisco, przy czym trzeba dodać, że jest to duża firma technologiczna specjalizująca się w merchendisingu i komercjalizacji sztuki. Zaproponowali mi współpracę opierającą się na zmonetyzowaniu mojej sztuki i umieszczenie jej na produktach z dziedziny użytkowej. Moje obrazy są unikatowe – nie mają kopii. Nie robię też printów, gdyż uważam, że sztuka jako taka powinna mieć znamiona jednostkowe. Jeśli kolekcjoner kupuje dany obraz, to ma prawo również do jego unikatowości. Druga kwestia to cena obrazów olejnych, są to przedmioty drogie i nie każdego na nie stać. Dla szerszego grona odbiorców dostępne są akwarele. Do masowego obiegu wchodzą zaś właśnie przedmioty codziennego użytku – obudowy na telefony, pościel, ubrania. Na to może sobie pozwolić prawie każdy.  

Jak można nabyć takie praktyczne i jednocześnie artystyczne cudo?

Na stronie internetowej: www.rageon.com lub przez aplikację mobilną. Są zatem dostępne.

Czy nie boisz się komercjalizacji sztuki wysokiej, że popadnie w kiczowatość?

Charakter tej sztuki się nie zmienia. Inny jest tylko nośnik.

Ktoś będzie się owijał pościelą z twoim obrazem?

Dlaczego nie? Właśnie bardzo dobrze. Uważam, że to daje szerokiemu gronu odbiorców możliwość kontaktu z obrazami. Sztuka wysoka jest ważna, ale czasami jest tak wysoka, że jest całkowicie niezrozumiała dla przeciętnego człowieka. Jeśli tworzysz sztukę jedynie dla krytyków sztuki bądź galerii, to nie możesz liczyć na to, aby twoim klientem stał się zwykły człowiek. Uważam, że rzeczy, które robię, są na tyle uniwersalne, że świetnie wyglądają w formie płótna na ścianie i na kimś w postaci t-shirtu.  

Byłaś ostatnio na konferencji DLD w Monachium. Jest to konferencja technologiczna. Jak technologia obecnie łączy się ze sztuką i w jaki sposób ciebie to bezpośrednio dotyka?

Zanim trafiłam na DLD w Monachium, byłam speakerem na konferencji „Bitspiration” w Warszawie, zaś w czerwcu będę jej współorganizatorem. Opowiadałam o budowaniu kariery przy pomocy mediów socjalnych. Tam również padały podobne pytania do twojego. Powiązań miedzy technologią a sztuką jest mnóstwo. Poczynając od wzornictwa przemysłowego, jak przykładowo linia estetyczna Apple, nad którą pracował sztab grafików, przez kwestię czcionek wykorzystywanych przez Apple, bazujących na kaligrafii, którą studiował Steve Jobs. Technologia jest również kluczowym partnerem w przypadku monetyzowania sztuki, przykładem jest moja współpraca z RageOn. Kolejną kwestią są najróżniejsze platformy internetowe dla artystów, które pozwalają na bezpośredni kontakt z odbiorcą. Myślę, że technologia tak silnie zmienia teraz rynek, w tym rynek sztuki, że tych powiązań będzie coraz więcej.  

Przeprowadziłaś się do Stanów  Zjednoczonych, konkretnie do San Francisco. Wskaż kilka różnic między artystycznym rynkiem w Polsce i za oceanem.

Myślisz, że rynek sztuki w Polsce w ogóle istnieje? Bo ja o tym nic nie wiem. U nas w kraju rynku sztuki praktycznie nie ma. Są to rzeczy funkcjonujące na zasadzie dóbr luksusowych, owiane wspomnieniem wizyt w muzeum w ramach wycieczki szkolnej. Większość osób ma skojarzenia, że sztuka jest trudna i nie dla niego. To wynika z problemu z edukacją. Stany Zjednoczone to gigantyczny kraj, zatem również i dużo większy rynek. Występują w nim inne tradycje związane ze sztuką. Przykładem są rodziny, w których obrazy zawsze stanowiły integralną część ich życia.

Jak to się dzieje, że amerykańscy kolekcjonerzy zaczynają się interesować twoimi obrazami?

Jest to kwestia marketingu szeptanego. Jak jest się dobrym, to zaczynają krążyć o tobie plotki. Spodobałam się jednemu z kolekcjonerów i od niego ruszyła machina. Te prace wzbudzają zachwyt wśród Amerykanów z dwóch powodów: są dobrze technicznie wykonane oraz przekazują informacje. Nie dość, że są kolorowe i ładne, to kryje się również za nimi jakaś historia i alegoryczność. Moje obrazy mają swoją cukierkową, kolorową stronę, przez co przyciągają uwagę, ale jednocześnie przekazują znaczące treści.

Główną bohaterką twoich obrazów jesteś ty sama. Co jest tego powodem?

W moich  najnowszych obrazach to się zmienia. Jednak głównym tego powodem jest fakt, że ciężko się pracuje z kimś innym. Zawsze byłam indywidualistką i nie potrzebowałam zakładania grupowych pracowni. Sama posiadam motywację do pracy. Nie lubię również, jak ktoś mi przeszkadza. Potrzeba modela spowodowała, że zamiast męczyć się z kimś, zdecydowałam, że będę pracować sama ze sobą. Drugi powód jest bardziej problematyczny. Często moje obrazy opowiadają, o tym jakie jest społeczeństwo i jego przemiany: konsumpcjonizm, spłycenia kontaktów międzyludzkich itp. Chcę pokazać, że jestem nie tylko obserwatorem ale również uczestnikiem tych wydarzeń. Gdybym przedstawiała kogoś innego, byłoby to takie wskazanie, że ja umywam od tych zjawisk ręce: „to ty jesteś taki, nie ja”. Natomiast, jeśli umieszczam samą siebie w takim kontekście, przyznaję, że mnie też dotykają te zjawiska, ale jestem ich świadoma i chcę je obnażyć.

Twoje obrazy, jak ten zatytułowany „Americana” są bardzo symboliczne – od wiktoriańskich strojów po masońskie znaki. Jakie są inne twoje inspiracje? Czy to jest kod jakiegoś światopoglądu?

Inspiracja do tego obrazu pojawiła się w Waszyngtonie w „National Gallery”. Tam znajduje się obraz „Madame Moitessier” Jeana Auguste-Dominique Ingres’a. Ten portret ogromnie mi się spodobał – intrygujący  i jednocześnie posiadający jakąś dziwność. Sam Ingres strasznie się z nim zmagał, wiedząc, że on wcale nie jest ładny. Na tej podstawie powstała moja „Americana”, która jest dumna sama z siebie i z bycia Amerykanką, podobnie jak sami Amerykanie, którzy uwielbiają swój kraj, czego nie można powiedzieć o Polakach.

Co ze znakami masońskimi, które widnieją na jej ręce?

Jak sądzisz w odniesieniu do Ameryki? Przyjrzyj się dokładnie dolarowi amerykańskiemu, co na nim widnieje oraz sprawdź, co znajduje się w paszporcie amerykańskim. Najdziesz odpowiedź na swoje pytanie. W tym obrazie rzeczywiście kryje się wiele opowieści – jest przykładowo tabliczka Palo Alto. Wskazuje ona na Krzemową Dolinę, gdzie rozwija się technologia. Obok niej widnieje napis: „One way”, bo rozwój technologiczny to jest jedyny kierunek, który nas czeka, czy to nam się podoba czy nie. Dodatkowo w tle są futboliści i czirliderki – scena z życia wzięta. Ja osobiście uwielbiam mecze futbolowe – nie mam pojęcia o co w nich chodzi, ale rozkoszuje się całą oprawą. Sami Amerykanie, komentując ten obraz, mówili, że obnażam część ich kultury, w której oni wyrośli, uznając ją zawsze za kiczowatą, nie widzieli jej w tak jaskrawy sposób. Tą pracą udowadniam im, że ich kultura jest ważna i ma ogromny wpływ na resztę świata. Przez to, że robi to osoba, pochodząca z Europy Wschodniej, oni zaczynają doceniać swoje tradycje.    

Twoja sztuka zrodziła się z buntu przeciw szarej rzeczywistości PRL-u. Przeciw czemu jednak można się buntować w USA, w końcu tam wszystko wolno?

Nie jest oczywiście prawdą, że w USA wszystko wolno. Są określone zachowania i normy społeczne, do których trzeba się dostosować. Nie jest również tak, że ja niezmiennie potrzebuje buntu do tworzenia. Moje obrazy powstają z obserwacji zachodzących zmian w społeczeństwie. Będąc w Ameryce i patrząc z perspektywy Europejki, staram się dostrzegać, co jest w Amerykanach ciekawe i czego oni sami nie widzą.

Czy kiedykolwiek miałaś doświadczenie zderzenia kulturowego? Czy umieściłaś coś na obrazie, czego Amerykanie w ogóle nie zrozumieli?

Obrazem, który ich zszokował był „American’s next dead star”. To jest dość duży obraz 160 na 160 cm, w tle z flagą amerykańską, wysypany brokatem. Szokujący jest jego rozmiar, wykonanie, bo w świetle zaczyna żyć oraz szokująca jest krew, która rozbryzguje się wprost z głowy osoby zamordowanej strzałem z pistoletu. Słyszałam takie opinie, że to jest właśnie synteza tego, co się dzieje w amerykańskim show biznesie, z czym ich artyści radzą sobie lepiej lub gorzej. Natomiast zobaczyć to na obrazie, jest dla Amerykanów trudne do zniesienia. Wiele osób zainteresowanych kupnem tego działa, mówią, że ta krew ich niepokoi. Są zatem w USA granice, które jeszcze można przekroczyć, choć wydawałoby się, że tam już wszystko znają. To tworzy różnicę, gdy takie tematy dostają się do sztuki wysokiej, prezentowanej w galeriach. Wydaje mi się jednak, że właśnie o to chodzi, aby obraz wywoływał emocje. Moje obrazy na szczęście w większości nie pozostawiają ludzi obojętnych.

Czy można w Polsce zakupić twoje prace?

Nie można. Teraz najbliższą okazją do kupna moich obrazów będzie wystawa w Berlinie. Są w Polsce kolekcjonerzy, którzy mieli szczęście wcześniej kupić obrazy i pozostajemy w kontakcie. Oni jeśli są zainteresowani, to odzywają się do mnie bezpośrednio. W galeriach te dzieła nie są wystawiane.

Jaka jest średnia cena twoich prac?

Ceny oczywiście ci nie zdradzę. Nie jestem również zwolennikiem umieszczania cen na stronach internetowych, a to z tego względu, że one zwyczajnie się zmieniają. Mogę jedynie powiedzieć, że w 2015 roku wartość moich obrazów wzrosła o 450%. Znam osoby, które zainteresowane kupnem moich prac dwa lata temu, nie zrobiły tego ze względu na cenę, dzwonią teraz do mnie z pretensjami, że oni również dziś chcą kupić moje prace po takiej samej wartości. To oczywiście jest niemożliwe – takie są prawa rynku. Bardzo ważne jest dla mnie bycie transparentnym, aby nie kreować takiego zjawiska w cenach, jakie się nazywa: „peaks and valleys”. Bardzo trudne dla mnie było zunifikowanie cen na trzech kontynentach – w Europie, Australii i Ameryce. Są tam zupełnie inne zarobki i inne standardy życia, ostatecznie to się udało. Jest to na tyle ważne, że jeśli masz kolekcjonerów na trzech kontynentach, to te ceny muszą być jednakowe.      

Posługujesz się sloganem: „Growing up is overrated”, wykorzystujesz estetykę Disneya i Hollywoodu. Jaka jest jednak poważna twarz Justyny Kisielewicz, w końcu nie wszystko w sztuce powinno być zabawą?

Dlaczego nie? Why so serious? „Growing up is overrated” to był temat wystawy w Australii – wspólny mianownik, pod którym te obrazy powstawały i spójna kolekcja na wystawę w Sydney we wrześniu poprzedniego roku. Aby stać się artystą odnoszącym sukcesy, trzeba być  poniekąd szalonym, a poniekąd mocno stąpającym po ziemi. To jest biznes i ja podchodzę do tego jak do zawodu. Świadomie zdecydowałam się na to, aby być artystą, więc muszę zrobić wszystko, by to się udało. Nie mogę powiedzieć, aby moja sztuka była niepoważna lub niefrasobliwa. Bardzo często poruszam poważne tematy, ale ujęte w sposób lekki, by były bardziej strawne dla ludzi. Nie wszystko, co ważne, musi być opowiedziane przez czarne kolory lub brudne pociągnięcia pędzlem. Jaskrawość i żywe kolory też mogą mówić o sprawach istotnych. Moje właśnie to robią.

Galeria:
Amerykanie kupują polskie obrazy! Wywiad z malarką Justyną Kisielewicz
 3

Czytaj także