Uwaga! TVN: Karne lewatywy, poniżanie, zamykanie w izolatce. Poszkodowanych jest 42 pacjentów

Uwaga! TVN: Karne lewatywy, poniżanie, zamykanie w izolatce. Poszkodowanych jest 42 pacjentów

Uwaga! TVN: Poniżani i zamykani w izolatkach?
Uwaga! TVN: Poniżani i zamykani w izolatkach? / Źródło: X-news/Uwaga
Karne lewatywy, poniżanie, zamykanie w izolatce na wiele dni – to tylko niektóre praktyki, jakie miały być stosowane w szpitalu psychiatrycznym wobec nieletnich pacjentów. Sprawa ujrzała światło dzienne ponad 10 lat temu, ale do dziś pokrzywdzeni nie doczekali się sprawiedliwości.

W styczniu 2009 roku w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Starogardzie Gdańskim powstał oddział psychiatrii sądowej o wzmocnionym zabezpieczeniu dla nieletnich. Miał pomagać młodzieży z zaburzeniami psychicznymi, uzależnieniami, a także tym, którzy popadli w konflikt z prawem. Norbert spędził w szpitalu 8 miesięcy. Do nowo powstałej placówki trafił 16-letni Norbert, z którym rodzice nie dawali już sobie rady. – Styczeń 2009 roku nie przypominał absolutnie tego stycznia. To były mrozy po 20 stopni. Syn miał problemy z alkoholem. Nadużywał. Coraz częściej zdarzało się, że koledzy w nocy przyprowadzali go nieprzytomnego i zostawiali pod bramką. Baliśmy się, że któregoś dnia go nie przyniosą. Zgłosiliśmy się do Sądu Rejonowego w Braniewie i w bardzo szybkim trybie zostaliśmy skierowani do ośrodka w Starogardzie. To była trudna decyzja, ale nie mieliśmy wyboru – mówi Krzysztofa, matka Norberta.

16-latek w szpitalu miał przejść terapię odwykową

– Rodzice odwiedzali mnie raz w miesiącu na 15 minut, to był maksymalny czas, kiedy można było się spotkać. Odbywało się to pod nadzorem kamery i personelu – wspomina Norbert. – Dziwiliśmy się, że każde odwiedziny, pomimo że jest to szpital, są ustalane przez panią ordynator. Uznaliśmy, że widocznie ma to jakiś efekt terapeutyczny. Ale kiedy syn zaczął opowiadać o stosowanych karach, pomyśleliśmy, że coś zaczyna być nie tak – mówi matka Norberta. Z relacji mężczyzny wynika, że ordynator szybko zaczęła wprowadzać na oddziale swoje praktyki terapeutyczne.

– Kolega z pokoju podczas spaceru po korytarzu machał rękami i zauważyła to ordynator. Związali mu ręce na tydzień, żeby się nauczył chodzić jak człowiek. Jak ordynator weszła na oddział i któryś z pacjentów nie zdążył otworzyć jej drzwi, to dostawał karę za to, że przed kobietą nie otworzył drzwi. To było przykładowo pięć godzin stania, albo zastrzyki z soli fizjologicznej. Jeżeli zastrzyków otrzymywało się kilkadziesiąt czy kilkaset, to było to bolesne, bo wszystko było opuchnięte, fioletowe, pojawiały się skrzepy. Jak nie było gdzie kłuć na pośladkach, to kłuli pod nogami. Rodzice zauważyli, że ich syn cierpi. – Ale nie mogłam nic zrobić. Z nikim nie rozmawialiśmy, baliśmy się, bo jakakolwiek ingerencja odbijała się na dzieciach. Ale już wtedy podjęliśmy decyzję, że spróbujemy go stamtąd wyciągnąć – mówi pani Krzysztofa w rozmowie z .

Próba wydostania Norberta ze szpitala

Rodzice Norberta poprosili sąd o zmianę ośrodka terapeutycznego. Nie znając rzeczywistych powodów prośby, sąd nie zgodził się na przeniesienie nastolatka. Norbert spędził kolejne miesiące w Starogardzie Gdańskim. – Podczas odwiedzin któryś z rodziców przekazał pacjentowi paczkę papierosów i zapalniczkę. Papierosy zostały skonfiskowane, a zapalniczka przez któregoś z pacjentów została wyrzucona przez okno. Pani ordynator wpadła na pomysł, że trzeba koniecznie znaleźć zapalniczkę, bo może dalej znajdować się na oddziale. Jako jedną z form kary wszyscy chłopcy, którzy tam byli, mieli zrobione lewatywy w celu znalezienia zapalniczki. Pacjenci, którzy się buntowali, byli doprowadzani przez salowych na siłę. Wykręcano im ręce, doprowadzano do pomieszczenia, gdzie ordynator stała w rękawiczkach i wykonywała badanie – mówi Norbert.

– Widziałam dzieci, które stoją pod ścianą, zastraszone. Część z nich była ubrana w normalne ubrania, część była w starych kalesonach. Zdarzały się dzieci, które miały jakieś tabliczki z napisami. Już teraz nie pamiętam treści, ale to było coś w stylu „kłamca”, „złodziej”. To były dzieci, które potrzebowały pomocy, potrzebowały zrozumienia. Słyszałam o dziewczynie, która praktycznie przez cały czas, kiedy był tam mój syn, znajdowała się w izolatce – dodaje pani Krzysztofa.

– Ona była uderzona. On [pielęgniarz – red.] poszedł wyłączyć wszystkie kamery, wszedł na oddział, pociągnął ją za włosy, ona upadła na ziemię, a on ją kopnął. Przez cały korytarz ciągnął ją za włosy do izolatki. To około 70 metrów. W izolatce została przypięta pasami, w formie krzyża. Założył jej chustę na twarz, żeby nic nie widziała. Tak leżała przez parę dni. W izolatce spędziła około pięć miesięcy. Była wypuszczana raz na dwa dni, po to, żeby posprzątała po sobie odchody, które zrobiła w łóżku. Najgorsze były sytuacje, kiedy ona miała okres. Proszę sobie wyobrazić, jaki jest przez to zapach na oddziale. Miała odleżyny, odparzenia od moczu, kału, okresu. Zdaniem Norberta, mimo że pacjenci skarżyli się na zachowanie personelu, nikt nie chciał im uwierzyć.

Sprawą zajmuje się prokuratura

W końcu rodzicom udało się wydostać Norberta ze szpitala. Kilka miesięcy później do rzecznika praw dziecka trafił anonim na temat praktyk stosowanych w placówce. Sprawa nabrała rozgłosu, a szpital zwolnił dyscyplinarnie ordynator Annę M. Lekarka odwołała się do sądu pracy i odeszła ze szpitala za porozumieniem stron. Sprawą zajmowała się prokuratura. – Poszkodowane są 42 osoby. Przesłuchania pokrzywdzonych, ich opiekunów prawnych, opinie biegłych psychologów, biegłych z zakładu medycyny sądowej dały podstawę do sformułowania zarzutów wobec trzech osób. To były tylko i wyłącznie zarzuty dotyczące znęcania psychicznego i fizycznego – mówi Grażyna Wawryniuk, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gdańsku i wylicza, co miała robić Anna M.

– Chodzi o podejmowanie bezpodstawnych decyzji o przedłużaniu stosowania unieruchomienia i izolacji, karanie przez długotrwałe utrzymywanie w pozycji stojącej, polewanie zimną wodą z prysznica, ograniczanie kontaktów z członkami rodziny. W przypadku dwóch pacjentów to decyzja o wyprowadzeniu w piżamie i boso na śnieg i mróz. Chodzi też o nadmierne stosowanie iniekcji, w tym iniekcji placebo. Poniżanie, w tym przyczepianie karteczek obraźliwych dla danej osoby.

Po blisko pięciu latach postępowania prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia. Sprawą zajmuje się Sąd Rejonowy w Starogardzie Gdańskim. Mimo upływu kolejnych pięciu lat, do dziś nie ma wyroku. – Przeszkodą jest ilość świadków. Prokurator powołał w akcie oskarżenia 112 świadków. Sędzia przesłuchał już ponad stu z nich, do przesłuchania pozostało jeszcze około 10 osób. Są to świadkowie najbardziej problematyczni, jeżeli chodzi o możliwość wezwania na rozprawę, jedna z osób jest poszukiwana listem gończym, ale oczywiście nie w tej sprawie – mówi Tomasz Adamski, rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku. – Jeżeli sędzia wyczerpie możliwości wezwania świadka na rozprawę, to odczyta te zeznania na rozprawie. – Mija już 10 lat i nie widać żadnego efektu, najbardziej bolesne jest to, że pani ordynator przez te 10 lat nawet na moment nie miała zawieszonego prawa do wykonywania zawodu. Ona cały czas jest psychiatrą, z tego, co wiem, ona wciąż pracuje z ludźmi. To jest najstraszniejsze – mówi matka Norberta.

„Chciałbym, żeby była sprawiedliwość”

Anna M. pracuje obecnie w jednej z malborskich przychodni. Gdy ekipa Uwagi! razem z panem Norbertem udała się tam, okazało się, że lekarka wzięła tego dnia urlop. Zebrane przez prokuraturę dowody, które dały sądowi podstawę do oskarżenia lekarki, znane są także od lat izbie lekarskiej. Na tej podstawie sąd lekarski, na wniosek rzecznika odpowiedzialności zawodowej, mógłby wydać postanowienie o tymczasowym zawieszeniu prawa wykonywania zawodu przez Annę M.

– Wystąpiliśmy na mój wniosek z pytaniem do sądu prowadzącego sprawę pani doktor, kiedy otrzymamy wyrok sądowy, ponieważ będzie to dla nas istotny argument, co do decyzji o dalszym postępowaniu. Na razie nie udowodniono pani doktor tych czynów. Mam powody żeby w to nie wierzyć. Dlatego, że jest to specyficzny oddział, do którego trafiają specyficzni pacjenci, w większości z zaburzoną osobowością, którzy często mówią rzeczy korzystne wyłącznie dla nich – tłumaczy Maciej Dziurkowski, okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej Okręgowej Izby Lekarskiej w Gdańsku. – Chciałbym, żeby była sprawiedliwość. Tak jak ja ponosiłem bardzo surowe konsekwencje, chciałbym żeby personel, który się tego dopuścił też poniósł konsekwencje. Jakiekolwiek – mówi Norbert.

Na ławie oskarżonych – wraz z lekarką – zasiada też dwóch byłych pielęgniarzy starogardzkiego szpitala. Z naszych ustaleń wynika, że wyrok w tej bulwersującej sprawie może zapaść jeszcze w tym roku.

Czytaj także:
Uwaga! TVN: Rodzice pobili 4-tygodniową Luizę? „Nie po to robiłem dziecko, żeby je krzywdzić”

Źródło: X-news/Uwaga

Czytaj także

 4
  • po co tyle kombinowac. jezdzi samochodem i moze miec wypadek. ona albo jej rodzina

    Czytaj także