„Ogrom cierpienia”. Polski lekarz o akcji ewakuacyjnej, jakiej jeszcze na świecie nie było

„Ogrom cierpienia”. Polski lekarz o akcji ewakuacyjnej, jakiej jeszcze na świecie nie było

Dzieci w szpitalu we Lwowie
Dzieci w szpitalu we Lwowie Źródło:Archiwum prywatne Paweł Szczuciński
Każdy się boi, trzeba opanować lęk. Pracy mamy tak wiele, że niemal nie zwracamy uwagi na alarmy. Człowiek się przyzwyczaja, ale zobaczyć tak chore dzieci w piwnicach to jest naprawdę trudne do przeżycia - mówi w rozmowie z "Wprost" dr Paweł Szczuciński, który koordynuje ewakuację z Ukrainy chorych dzieci do Polski, bezprecedensową w skali świata. Jak dodaje, największym wyzwaniem jest dla niego obserwowanie ogromu ludzkiego cierpienia.

Dużo dzieci zostało jeszcze w szpitalu we Lwowie?

Trudno ocenić. Jedne ewakuujemy do Polski, przyjeżdżają kolejne, z całej Ukrainy. Szpital dziecięcy we Lwowie to już szpital wojenny. Nie odbywają się planowe operacje. Wykonywane są tylko takie, z którymi nie można czekać.

Kilka razy dziennie są alarmy bombowe. Co wtedy z małymi pacjentami?

Alarmy słyszymy codziennie, przedwczoraj było pięć w ciągu 24 godzin. Dzieci muszą za każdym razem schodzić do piwnicy. Te najciężej chore nie schodzą, bo np. dla dziecka, które ma chemioterapię, odłączenie od leczenia byłoby bardzo niebezpieczne. Za każdym razem trzeba przeprowadzić kalkulację, co może przynieść gorsze skutki. Na razie część dzieci może pozostać na górze, ponieważ Lwów nie jest ostrzeliwany. Poza jednym atakiem na przedmieściach, na razie nie było ataku na obiekty cywilne. Uważamy jednak, że one będą, to kwestia czasu.

Mimo alarmów przeprowadzane są też operacje chirurgiczne. Rodzice podpisują zgodę, że operacja nie będzie przerwana, mimo alarmu.

Artykuł został opublikowany w 12/2022 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.