Krystyna Romanowska: Kiedy zbierałaś historie do książki o rozwodach, szukałaś przypadków najbardziej dramatycznych czy przeciwnie: takich, które mogłyby się przydarzyć właściwie każdemu?
Paulina Socha-Jakubowska: Szukałam różnych bohaterów, żeby pokazać jak najwięcej historii rozwodowych. Nie chciałam iść schematem, który jest najczęściej opisywany: przemoc fizyczna, dramatyczne rozstanie, sąd, wyrok. Oczywiście taka historia także w książce jest, ale miałam poczucie, że o tym już sporo wiemy. Kiedy pracowałam nad książką, byliśmy świeżo po premierze filmu „Dom Dobry”, temat przemocy był wszędzie. Pomyślałam więc, że warto pokazać rozwodowe, a właściwie okołorozwodowe, piekło, które ma znacznie więcej odcieni. Bo sam rozwód często niczego przecież nie rozwiązuje.
Największe wrażenie zrobiła na mnie skala przemocy, która dzieje się po rozstaniu dwojga ludzi. Myślę o fizycznym wręcz obciążeniu człowieka, który przez lata pozostaje cały czas na wojnie, bez poczucia ulgi, mimo że zdecydował się na rozstanie i ono nastąpiło. Czym innym jest bardzo gorący rozwód, który jednak kończy się wyrokiem, podziałem, ustaleniami i każdy idzie w swoją stronę, a czym innym przeciąganie konfliktu latami. Cytuję w książce zdanie z filmu „Co wiesz o Elly?” Asghara Farhadiego: „Lepszy gorzki koniec niż gorycz bez końca”. Trudno wejść w nową relację, trudno być rodzicem na sto procent, trudno normalnie żyć, jeśli równolegle cały czas prowadzisz wojnę z byłym partnerem.
Co się wydarzyło w życiu społecznym, że rozwody stały się bardziej zajadłe niż kilkadziesiąt lat temu?
Nie jestem przekonana, czy rzeczywiście jest gorzej niż 20 lat temu, czy po prostu nauczyliśmy się pewne rzeczy nazywać. Dzisiaj mówimy o przemocy poseparacyjnej, przemocy psychicznej, potrafimy diagnozować siebie, ale także partnerów. Podczas rozmowy z rozwodzącymi się kobietami właściwie co druga mówi: „Rozwiodłam się z narcyzem”. Mężczyźni także mówią o swoich narcystycznych partnerkach. Czy naprawdę w ciągu dwudziestu lat aż tak zmieniły nam się typy osobowości? Nie sądzę. Być może chodzi jednak o mocny zwrot ku indywidualizmowi?
To ma oczywiście dobrą stronę. Więcej kobiet potrafi rozpoznać, że są ofiarami przemocy psychicznej. Być może dzięki temu rozpoznanie przychodzi szybciej. Tyle że od uświadomienia sobie czegoś do decyzji „odchodzę” jest jeszcze bardzo daleka droga. Można latami trwać w takim uścisku.
Ale jest też gorsza strona. Poppsychologia dostarcza nam gotowych narracji. Słuchamy podcastów, czytamy posty, oglądamy rolki i zaczynamy działać według schematów, które ktoś nam podsunął, zatracając własną intuicję. Jeżeli uznasz, że twój partner jest narcyzem, nawet nie wiedząc, czy ta diagnoza ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, zaczynasz funkcjonować w ramach tej opowieści. A potem każde jego zachowanie możesz sobie do niej dopasować. Mam wrażenie, że czasami to zamiast pomagać, jeszcze bardziej zaognia konflikt.
Może prawdziwe przyczyny rozwodu pojawiają się dużo wcześniej niż to, co później ludzie wpisują w pozew?
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
