Azja Express. Refleksja inna, niż wszystkie

Dodano:
Miał być hitem jesiennej ramówki, ocieplić wizerunek i pokazać „ludzką twarz” gwiazd, które na co dzień znamy ze szklanych ekranów. To te, które perfekcyjnie sprzątają domy, gotują w różnych zakątkach świata, chodzą po najdłuższych wybiegach w Mediolanie, a jeśli odpoczywają, to tylko na greckich wyspach. Pierwszego odcinka nie zdołałam obejrzeć. Czytając kolejne recenzje, których przychylność była bliska zeru, postanowiłam spróbować jeszcze raz. Refleksja nie będzie uderzeniem ad personam, choć uśmiecham się na myśl polskich Beckhamach. Groteskowość tego programu tkwi jednak zupełnie gdzie indziej…

Nie trzeba Azji i nie trzeba expressu, by dostrzec wszechobecne ubóstwo, ludzką otwartość i wielkie serce drugiego człowieka. Czasem wystarczy po prostu zboczyć z czerwonego dywanu i pójść w przeciwną stronę, niż czający się za rogiem paparazzi i jego blask fleszy. Wystarczy mieć otwarte oczy i dostrzec coś, co wcale nie jest ukryte, a toczy się obok nas - Prawdziwe życie.

Założenie programu „Azja Express” jest bardzo proste. Uczestnicy muszą pokonać wyznaczoną trasę, dysponując budżetem w wysokości 1 dolara dziennie. Każda z par organizuje sobie na własną rękę transport, nocleg i wyżywienie. Jednym słowem: udawanie biednych za duże pieniądze.

Gwiazdy nie mogły wyjść z zachwytu nad wielkodusznością Azjatów, którzy bezinteresownie się uśmiechają, epatują życzliwością, dzielą jedzeniem, nawet wówczas, gdy sami niewiele mają. Z niedowierzaniem obserwowałam euforię pokazującą, że jest to dla nich zupełnie nowe zjawisko.

Od ponad 6 lat jestem wolontariuszką fundacji, której celem jest spełnianie marzeń dzieci cierpiących na choroby zagrażające ich życiu. Fantazja i kreatywność naszych podopiecznych jest zdumiewająca. Jedni chcą wyjechać nad morze, inni popływać z delfinami, są i tacy, którzy pragną spotkać serialowego aktora albo zaśpiewać z ulubioną piosenkarką. Zdarza się też, że największym marzeniem dziecka jest… drewniana zabawka, piłka albo zestaw klocków Lego. Osoby, które stają się sponsorami, to nie milionerzy z pierwszych stron gazet, a często (nie)zwykli ludzie, pracujący na etatach, którzy mają psa i rodzinę na utrzymaniu.

Zdarzają się też telefony, podczas których słyszę: „Nie jestem w stanie zasponsorować całego marzenia, przekażę tyle, na ile mnie stać.” Niedawno, pewna pani, nie mając czasu przeglądać listy marzeń do zrealizowania, poprosiła, abym przygotowała jej kilkoro dzieci, z których będzie mogła wybrać jedno: trampolina, laptop, plac zabaw, bębenek. Wieczorem dostaje telefon: „Pani Olu, nie mogę się zdecydować. Spełnię wszystkie.” I spełniła.

W programie, obok złości i frustracji, nie brakuje też łez wzruszeń. Młoda Azjatka odstąpiła jednej z uczestniczek swoje łóżko i pokój, a sama postanowiła spędzić noc na podłodze. Tak. Ludzie są pomocni. Użyczają domu i łazienki, bez oczekiwania na zapłatę. I wcale nie trzeba jechać do Azji, by się o tym przekonać. Wystarczy pójść na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Kto był, ten wie. Mieszkańcy poszczególnych miast i wsi uchylają przed pątnikami swoje drzwi, oddają łóżka, częstują tym, co mają najlepsze. I nie chcą nic w zamian. No, może oprócz „zdrowaśki”.

Idźmy dalej. Uczestnicy zdumieni byli sytuacją, w której człowiek poświęca drugiemu swój czas, podwozi go w wyznaczone miejsce, i w dodatku robi to zupełnie bezinteresownie. Z ową bezinteresownością spotykam się za każdym razem, gdy odwiedzam Dom Dziecka. Relacje, jakie tworzą się pomiędzy opiekunami, a podopiecznymi, pomiędzy mną, a nimi, są absolutnie pozbawione jakichkolwiek korzyści. To swoista chęć przebywania z drugim człowiekiem, oddania mu tego, co mamy najcenniejsze – czas, uśmiech, czułość i dobre słowo. Nie inaczej jest na Dziecięcym Oddziale Onkologii i Hematologii. Mali pacjenci tylko wyczekują, aż uchylą się ciężkie, metalowe drzwi, a za nimi pojawi się ktoś, kto umili ich (kilkutygodniowy, a czasem nawet kilkumiesięczny) pobyt w szpitalu. Poczyta im książkę, odda się wspólnej zabawie, albo po prostu… potrzyma za rękę.

W XXI wieku powstał program, dzięki któremu uczestnicy mają możliwość obcowania z rzeczywistością. I tylko ta świadomość zadziwia, że trzeba było jechać aż do Azji, aby odkryć coś, co na dobrą sprawę otacza nas każdego dnia. Wystarczy pójść tam, gdzie się jeszcze nie było i poznać tych, którzy pozornie „nie pasują” do naszego świata. A wtedy okaże się, że prawdziwe szczęście nie przekłada się na liczbę zer na koncie, sławę, ani czerwony dywan.

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...