Kpt. Andrzej Podgórski o Odrze: Do katastrofy mógł doprowadzić ktoś, kto żył wiele dekad temu

Dodano:
Strażacy podczas dalszych połowów martwych ryb na rzece Odrze w Szczecinie Źródło: PAP / Jerzy Muszyński
Wcale nie jest powiedziane, że jest jeden winowajca, co więcej – że faktycznie stał za tym człowiek, który wylał coś do wody pod koniec lipca. Do katastrofy mógł doprowadzić ktoś, kto żył wiele dekad temu. To dość logiczne, że niski stan wody, przy takim upale, doprowadził do „eksplozji” gazów, które jak bąble wyskoczyły z mułu i wypchnęły do rzeki substancje, które siedziały dotąd głęboko. Tłumaczyłoby to fakt, dlaczego nie doszło do skażenia na całej długości – mówi w rozmowie z „Wprost” kpt. Andrzej Podgórski, rzecznik Stowarzyszenia Na Rzecz Rozwoju Żeglugi Śródlądowej i Dróg Wodnych „Rada Kapitanów Żeglugi Śródlądowych”.

Agnieszka Szczepańska, „Wprost”: W ostatnich dniach pojawiały się różne hipotezy dotyczące katastrofy ekologicznej na Odrze. Która jest – według pana – najbardziej prawdopodobna?

Kpt. Andrzej Podgórski: Słyszałem najróżniejsze opinie, w tym tę o wycieku trucizny w okolicach Oławy, ale ciężko w to uwierzyć. Jeśli ktoś faktycznie zatrułby w ten sposób wodę w tym rejonie, to dlaczego np. Głogowie, Ścinawie, Wrocławiu, czy nawet w Nowej Soli, przez które Odra po drodze przepływa, nie odnotowano żadnych niepokojących sygnałów ani śniętych ryb? To bardzo dziwne.

W jaki sposób zatem pan to sobie tłumaczy?

Nie jestem biologiem, ale na Odrze pracuję od wielu lat. Wiem, że w osadach dennych mogły tkwić substancje jeszcze z czasów II wojny światowej i niewykluczone, że uaktywniły się przy długo utrzymującym się niskim stanie rzeki. Pamiętajmy, że w okolicach Głogowa, za czasów niemieckich, działała fabryka, która produkowała elementy do statków. We Wrocławiu również była stocznia, która produkowała elementy uzbrojenia dla floty. Wiele z fabryk kontynuowało swoją działalność jeszcze w PRL.

Źródło: Wprost
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...