Wiceminister rolnictwa: to ja odrolniam działki
Dziennik pyta Kowalczyka m.in. o to, czy wiedział o szykowanej prowokacji CBA, która doprowadziła do odwołania Andrzeja Leppera. "Oświadczam z całą stanowczością: nie miałem z tym nic wspólnego!" - zapewnia.
Kiedy dowiedział się pan, że CBA interesuje się odrolnieniem działki na Mazurach? - dopytuje gazeta. "W piątek ok. godz. 18. Byłem w delegacji w Brukseli i zadzwonił do mnie wiceminister Maciej Jabłoński. CBA chciało obejrzeć dokumenty w departamencie gospodarowania ziemią, który mi podlega. Powiedziałem, żeby je wydał" - opowiada Kowalczyk.
Dodaje, że informacja ta nie zaniepokoiła go, ponieważ dokumenty te "przeszły przez wiele rąk: urbanistów, urząd gminy, izby rolnicze, urząd marszałkowski". "Pomyślałem, że chodzi o sprawdzenie któregoś z tych ogniw. Późnym wieczorem w piątek, po powrocie do Warszawy zadzwoniłem do pani wicedyrektor tego departamentu spytać, czy dokumenty wydała. Potwierdziła i na tym dla mnie sprawa się zamknęła" - mówi. I zapewnia, że Jabłoński "ani słowem" nie wspominał o Lepperze.
Wiceminister rolnictwa na pytanie, czy pod jego nieobecność mogło dojść do podpisania wniosku o odrolnienie działki, odpowiada: "Do tej pory ani razu nie zdarzyło się, by w czasie mojej nieobecności decydowano o sprawach, które nadzoruję. A tylko w ciągu tego roku przez moje ręce przeszło kilkaset takich wniosków" - wyjaśnia.
Kowalczyk dodaje, że w ogóle nie przygotował tego wniosku na piątkowe posiedzenie. Oznacza to więc, że nawet gdyby nie wyjechał, dokumentu by nie rozpatrywano. Wyjaśnia, że przygotował cały pakiet innych wniosków o odrolnienie, ale tę działkę pod Mrągowem zamierzał przedstawić dopiero na następnym posiedzeniu kierownictwa.
"Uważam się za uczciwego urzędnika i podpisałem dokumenty po sprawdzeniu tego, co do mnie prawnie należy. A należy do mnie sprawdzenie, czy jest zgoda wszystkich poprzednich ogniw w tym łańcuchu - gminy, urbanisty, izb rolniczych, marszałka itd. Uznałem, że wszystko jest w porządku, i dałem pozytywną opinię" - podkreśla. "Nie można mi zarzucać, że dokumenty były podrobione. To tak, jakby pani mi zarzuciła, że dostałem w sklepie podrobiony banknot i się nie zorientowałem. Nie jestem ekspertem od podrabiania dokumentów" - stwierdza wiceminister.
Kowalczyk nie wie, kto mógł ostrzec Leppera. "I nie jestem pewny, czy istnieje taki ktoś. Raczej sądzę, że sprawa wydała się przypadkiem" - mówi.