Winien pilot czy śmigłowiec?

Dodano:
Termometr śmigłowca Mi-8 wskazuje temperaturę z dokładnością do kilku stopni, a czujnik oblodzenia jest tak umieszczony, że nie reaguje na oblodzenie silników - mówili świadkowie w procesie ppłk. Marka Miłosza, pilota Mi-8, który rozbił się z premierem Leszkiem Millerem.

Przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie toczy się proces pilota śmigłowca, który w 2003 roku rozbił się, wioząc m.in. ówczesnego premiera Leszka Millera. We wtorek sąd wysłuchał zeznań członków komisji, która badała przyczynę katastrofy.

Jak wyjaśnili specjaliści, termometr pokładowy, którego wskazaniami należy się kierować przy decyzji o włączeniu instalacji przeciwoblodzeniowej, wskazuje temperaturę z dokładnością do 3 stopni - w obie strony. Zgodnie z zaleceniami komisji, po wypadku podniesiono temperaturę, przy której trzeba włączyć ogrzewanie wlotów silnika.

Członkowie komisji wyjaśnili też, że czujnik oblodzenia jest umieszczony nie przy wlocie powietrza do silników, lecz u wlotu wentylatora, gdzie przepływy powietrza - a wskutek tego temperatury - są inne. "Jeżeli czujnik sygnalizuje oblodzenie, silnik jest już dawno oblodzony" - powiedział szef komisji płk Ryszard Michałowski.

Komisja stwierdziła także, że czujnik rozbitego śmigłowca miał obniżoną czułość - reagował na oblodzenie przy znacznie grubszej warstwie lodu niż powinien.

Specjalista meteorolog podkreślił, że takie warunki jak w chwili wypadku - silna inwersja, zachmurzenie i nikła widoczność - zdarzają się bardzo rzadko, a pilot lecąc po ciemku zapewne nie widział charakterystycznego dla tego zjawiska ułożenia chmur. Dodał, że służby meteorologiczne nie ostrzegały wtedy przed oblodzeniem, wskazywał na jego ryzyko tylko jeden cywilny komunikat, którego załoga nie znała.

Inny członek komisji, pilot śmigłowców, powiedział jednak, że on w takich warunkach włączyłby ręcznie ogrzewanie wlotu silników - ponieważ na jakiejś wysokości musiała występować temperatura 5 stopni, przy której, według instrukcji pilotażu, należało włączyć układ przeciwoblodzeniowy. Jego praca zmniejsza jednak moc silników.

Wracający 4 grudnia 2003 r. z Wrocławia do Warszawy śmigłowiec rozbił się, gdy wyłączyły się obydwa silniki. Miłosz zdołał skierować opadający helikopter na las z dala od zabudowań. Dzięki manewrowi pilota w wypadku nikt nie zginął. Jedna osoba doznała obrażeń zagrażających życiu, 12 przeszło długotrwałe leczenie, a dwóm osobom udało się wyjść z katastrofy z łagodnymi obrażeniami. Za najbardziej prawdopodobną przyczynę awarii silników komisja uznała oblodzenie wlotów silników.

Prokuratura oskarżyła Miłosza o umyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy (przez niewłączenie ręcznego trybu instalacji przeciwoblodzeniowej) i nieumyślne spowodowanie wypadku. Grozi mu do 8 lat więzienia. W październiku sąd zamierza wysłuchać kolejnych świadków.

pap, em
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...