Kolęda w PRL i po 1989 roku. Dziennikarz mówi o kopertach. „Księża wrażliwsi na biedę”

Dodano:
Ksiądz, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Shutterstock
Katolicki publicysta opowiedział, jak przed laty wyglądała kolęda. Wskazał na różnice pomiędzy czasami PRL i po 1989 roku. Opowiedział też o stosunku księży do kopert, który sam, jako ministrant zauważył.

Publicysta katolicki Marek Zając w rozmowie z Newsweekiem opisał, jak w czasach PRL i niedługo po 1989 roku wyglądała kolęda. Sam wielokrotnie jako ministrant uczestniczył w wizytach duszpasterskich w Krakowie.

Kolęda w PRL „była świętem”. Dziennikarz wskazuje różnice z wizytami po 1989 roku

Ministranci wtedy, jak i często teraz, chodzili przed księdzem, zapowiadali wizytę duszpasterską i sprawdzali, w których mieszkaniach ksiądz może liczyć na przyjęcie.

– Z reguły na wyjściu dostawaliśmy niewielki datek, ale dla nas kilkunastoletnich chłopaków była to wielka motywacja. Oczywiście do mszy świętej służyliśmy za darmo, ale podczas kolędy można było dorobić do roweru czy wakacji. Teraz mnie to bawi, ale wśród ministrantów toczyła się wręcz rywalizacja o najbogatsze ulice. Doświadczenie i prosta kalkulacja podpowiadały, że w willi dostaniesz więcej niż w robotniczym bloku – zdradza dziennikarz.

Marek Zając wskazuje, że w PRL-u kolęda „była świętem, na które się czekało i do którego się przygotowywało”. – Dom wysprzątany, na stole wykrochmalony biały obrus, krzyż, woda święcona, kropidło, Pismo Święte... Na księdza czekała cała rodzina, nawet trzy i cztery pokolenia. Przyjmowano nas w najbardziej reprezentacyjnym, eleganckim pokoju – wskazuje. Przyznaje, że po 1989 roku to się zaczęło zmieniać.

– Nieraz rodzinę reprezentowała np. jedna osoba dorosła. Tłumaczyła, że reszta w pracy, na drugim etacie, na drugiej zmianie, dzieci na zajęciach dodatkowych. Już nie zawsze było tak wysprzątane; ludzie nie mieli czasu, siły ani ochoty celebrować kolędy – opisuje. – Coraz częściej nie mieli kropidła, wody święconej, a nawet krzyża. Dlatego ministranci nosili zestaw niezbędnych rzeczy. W naszym żargonie nazywany "małym księdzem". Ludzie zaczęli też coraz swobodniej odmawiać – podkreśla.

„Zdarzało się, że ksiądz zostawiał koperty, które dostał”

Jak zwraca uwagę Marek Zając, księża przede wszystkim mieli „poznać wiernych, a złośliwi mogą dodać… i ich skontrolować”. – Ksiądz zabierał na kolędę kwestionariusz osobowy, który bez żenady wyjmował w każdym domu i sprawdzał, czy aktualny stan osobowy zgadza się z tym sprzed roku. [...] Pytał o pracę, szkołę, studia i nanosił zmiany. Pytał o to wszystko i nikomu nie przychodziło do głowy nie odpowiadać. To naprawdę był inny świat – podkreśla, dodając, że nie wszyscy księża potrafili sobie z taką kolędą poradzić. – W niektórych domach wizyta duszpasterska była męką. I dla księdza. I dla ludzi – dodał.

Dziennikarz zwraca uwagę, że „takimi sprawami jak aborcja społeczeństwo jeszcze nie żyło”, ale zdarzały się poważne tematy. – Nie zazdroszczę księżom tych sytuacji. Bo ludzkich bolączek nie wolno lekceważyć, ale tu na wizytę czeka przecież następnych 20 rodzin… W czasach Kościoła masowego kolęda to był siłą rzeczy bieg przez płotki, a nie czas na duchowe porady – dodaje.

Dziennikarz zwraca uwagę, że po 1989 r. „księża stali się wrażliwsi na biedę”. – W PRL-u było mniej nierówności społecznych. Kiedy zaczęła się transformacja, widać było gwałtowny spadek poziomu życia w niektórych domach. Widziałem, choć nie były to bardzo częste przypadki, że ksiądz odmawiał wzięcia koperty z pieniędzmi na parafię z rodzin, gdzie żyło się biednie. A nawet zostawiał koperty, które dostał u innych – wskazuje. — Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że u nas w parafii nie było żadnego cennika. Stawki starali się określić raczej… sami ludzie. Zmawiali się w obrębie ulicy czy klatki, że w tym roku dają tyle i tyle. Nigdy też nie byłem świadkiem, żeby ksiądz po wyjściu z mieszkania sprawdzał, ile jest w kopercie – dodał.

Źródło: Newsweek
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...