16 lat ratowali koty, teraz mogą zniknąć z mapy Warszawy. Zajrzałem za kulisy Koterii

Dodano:
Fundacja dla Zwierząt Koteria Źródło: WPROST.pl / Bartosz Michalski
17 lutego to nie tylko Światowy Dzień Kota, ale również rocznica Fundacji dla Zwierząt Koteria. W tym roku mija 16 lat, od kiedy powstał Ośrodek dla kotów miejskich. Ośrodek, który na stałe zapisał się w historii miasta, niedługo może zniknąć z mapy Warszawy.

Problem wolno żyjących kotów trapi miasta i wsie nie od dzisiaj. Przeciw temu zagrożeniu 16 lat temu postanowiła wyjść pewna grupka pasjonatów. Każdy, kto interesuje się losem zwierząt w stolicy, chociaż raz mógł się zetknąć z nazwą „Koteria”. Jest to organizacja pozarządowa, która wspiera opiekunów i koty wolno żyjące. Jej aktywność została dostrzeżona również przez miasto. Rada Działalności Pożytku Publicznego w 2022 roku przyznała jej trzecie miejsce w konkursie S3KTOR na najlepszą warszawską inicjatywę pozarządową.

Koteria, która działa nieprzerwanie od 16 lat, obecnie stoi na skraju upadku. Coraz wyższe koszty działalności nie idą w równym stopniu z dotacjami i dochodami. To może spowodować, że ośrodek nie doczeka 17 urodzin. Zorganizowana została specjalna zbiórka, która ma temu zapobiec.

Postanowiłem sprawdzić, jakie były początki ośrodka, jak wygląda jego praca i co go odróżnia od innych tego typu placówek.

Koteria

„Przez cały rok, dla wszystkich”

Na miejscu widać, że ośrodek został mocno nadgryziony zębem czasu. Stare obdrapane ściany nie przywodzą na myśl nowoczesnych placówek. Widok schodzącej farby aż prosi o poważniejszy remont. Klatki ustawione jedna na drugiej. Widać, że próbują tutaj wykorzystać maksymalnie dostępną przestrzeń. Mimo to koty nie są ściśnięte. Czuć, że to miejsce coś w sobie ma. Ale co?

Przychodzę, na miejscu lekki gwar, trafiłem akurat na moment przed cykliczną naradą prezeski z pracownikami i wolontariuszami fundacji. Czuć tutaj zaangażowanie i poczucie misji. W niemal każdej klatce jest kot. Niektóre w złym stanie (jeden z rozszarpanym okiem).

Wolontariusze krzątają się z miejsca na miejsce, zaglądając do kocich podopiecznych. Sprawdzają, czy niczego im nie brakuje. Jedna z dziewczyn nagle zagaduje jednego z kotów. Widać, że lubi to co robi. Przebija się w tym empatia.

W tym całym zamieszaniu udaje mi się wyłowić „winowajczynię” tego całego zamieszania – Annę Wypych, prezeskę i założycielkę fundacji.

– „Koteria” powstała w 2009 roku jako projekt Fundacji dla zwierząt ARGOS. Była to nasza odpowiedź na potrzebę opiekunów kotów wolnożyjących, którzy nie mieli gdzie leczyć kotów ani gdzie ich kastrować – opowiada Anna Wypych. Dodaje, że były dostępne tylko komercyjne lecznice, które nie były przygotowane do obsługi kotów wolnożyjących, czyli nieoswojonych. – Kłopot dla opiekunów był bardzo duży – mówi.

Koteria

I tak zrodził się pomysł udzielania zorganizowanej pomocy. – Postanowiliśmy zrobić taki ośrodek, w którym koty będą miały opiekę po zabiegach. Będą podleczane i kastrowane. Będzie to robione przez cały rok, dla wszystkich. Nie ma tu żadnej rejonizacji – mówi Anna Wypych. I zaznacza, że standardowo lecznice, jeśli już podejmują się kastracji kotów wolno żyjących, nieoswojonych, od razu wypuszcza je w miejsce ich bytowania. – U nas takie koty mają czas, by dojść do siebie. Zapewniamy im rekonwalescencję, a także, jeśli tego potrzebują, podleczamy je przed zabiegiem. Są pod naszą opieką dopóki, dopóty nie będą gotowe na wyjście w świat – dodaje.

– Wzorowałyście się na rozwiązaniach z zagranicy? – pytam prezeskę.

– To się zrodziło z rozmów z innymi dziewczynami z kocich fundacji. Świetnie znały problemy opiekunów. Po tym jak to wszystko wymyśliłyśmy, omówiłyśmy i otworzyłyśmy Ośrodek, to okazało się, że w USA działają dokładnie takie same placówki. Mają dokładnie takie same problemy i takie same rozwiązania zastosowali – mówi Anna Wypych.

Dzielenie się „supermocą”

Widać, że ośrodek, mimo problemów, prężnie funkcjonuje. Ciężko znaleźć wolną klatkę. Przy każdej jest karta kociego pacjenta.

Precel, Rumpel, Marchewa, Ślepaczek, Oslo – można wymieniać długo jeszcze kocich podopiecznych Fundacji. Każdy z historią, nierzadko przykrą. Skaleczenia, rany po śrucie, brak oka. Ciężko wobec tego widoku przejść obojętnie.

Pytam jedną z wolontariuszek, dlaczego zdecydowała się na zaangażowanie w ten projekt.

– Koteria jest wyjątkowa ze względu na zespół. W gronie wolontariuszy są osoby, które mają pozytywną energię i chcą pomagać. Tak się złożyło, że zawodowo działamy w zupełnie różnych obszarach, dlatego w naturalny sposób uzupełniamy się w projektach. Każda z nas chętnie dzieli się wiedzą, także koteryjny wolontariat to pomoc zwierzętom, bo właśnie koty są najważniejsze. Jednak nauka nowych umiejętności, możliwość zdobywania doświadczenia, dzielenie się z innymi swoją "supermocą" oraz wspólne spędzanie czasu w dynamicznej atmosferze także jest niezwykle cenne – mówi Malwina.

Jej więź z fundacją rozpoczęła się jednak wcześniej. To właśnie stąd adoptowała swoją Tesię.

Drogi innych wolontariuszy do koterii były różne. Niektórzy trafili na nią przez social media, inni przez ogłoszenie, a jeszcze inni, jak nasza rozmówczyni, adoptowała stamtąd kota. Łączy ich wszystkich poczucie misji.

Kot w klatce w fundacji dla Zwierząt Koteria

Trudne początki

Pytam Annę Wypych o największe problemy z 16 lat działalności fundacji.

– Początkowo nie było gdzie pomieścić wszystkie koty. Był istny boom, rocznie przechodziło przez nasz ośrodek nawet 2000 kotów. To 200 kotów miesięcznie, ilość naprawdę duża – mówi prezeska.

Dodaje, że mimo to nadal starają się dotrzeć do wszystkich potrzebujących. – Nam się zdaje, że po 16 latach to już wszyscy o nas wiedzą. Jak się okazuje to nieprawda. Przed nami jeszcze sporo pracy. Od jakiegoś czasu jednak widać poprawę, dzięki prężnie rozwijającym się naszym profilom na social mediach – podkreśla prezeska “Koterii”.

W obliczu prowadzonej zbiórki zatytułowanej „Grozi nam zamknięcie Ośrodka. Pomóż Koterii przetrwać!” trudno nie zapytać o kwestie finansowe. Na dzień publikacji tekstu udało się na niej zebrać prawie 100 000 zł z potrzebnych 120 000 zł.

– Finanse są rzeczywiście sporym problemem – przyznaje Anna Wypych. – Utrzymujemy się z dotacji miejskiej, darowizn, z przekazywanych 1,5 procent podatku. Nasza działalność gospodarcza jest minimalna – wskazuje rozmówczyni.

Z miasta dostali w tym roku prawie 100 000 zł.

– To jest mniej więcej 1/5 naszego budżetu dzisiaj. Kwota niepomijalna, ale jednak niewystarczająca, aby móc normalnie działać. Nie wspominając już o remoncie ośrodka. – mówi Anna Wypych.

– Są fundacje, które żyją tylko z dotacji. Działają, póki mają pieniądze, a potem znikają. My tak nie chcemy i nie możemy. Ośrodek to są obciążenia i koszty stałe, takie, których nie możemy nagle usunąć. Nie zamknę ośrodka, nie oddam na 3 miesiące lokalu miastu, bo już go nie odzyskam. Nie zwolnię pracowników – bo również ich nie odzyskam. To musi i powinno działać stale – zaznacza prezeska Koterii.

Ośrodek przez 16 lat działalności wykastrował ponad 19 000 kotów.

Dlaczego kastracja kotów jest ważna?

Dlaczego kastracja kotów wolno żyjących jest taka istotna? – Koty wolno żyjące mają ogromny potencjał rozrodczy, ale niewielkie szanse na przeżycie w mieście – wyjaśnia Anna Wypych. Zwierzęta te bowiem często giną pod samochodami, z głodu, zimna, chorób.

– Jeśli trafia do nas kot, który jest oswojony, szukamy mu domu. Tak samo jak temu, który przejawia obiecujące zachowania świadczące o tym, że może się przed człowiekiem otworzyć. Takie zwierzęta jednak socjalizujemy, zanim trafią do adopcji – przekazuje działaczka.

Opowiada także o Domu Szczęśliwej Kotości – w skrócie: DeSKa – który fundacja również prowadzi. – To tam trafiają z Koterii koty, które szans na adopcję nie mają. Z różnych powodów: od starości, po niepełnosprawność, czy białaczkę. Mieszkają w domu z zabezpieczonym ogrodem. W tym momencie pod opieką mamy 20 takich kotów – mówi.

Wychodząc z ośrodka, żegnają mnie uśmiechy wolontariuszy. Nikt nie unikał rozmowy, każdy chętnie opowiadał o tym, czym się tutaj zajmuje. Odpowiadając na pytanie z początku tekstu – co wyróżnia ten ośrodek na tle innych? Na pewno długość działania, była to jedna z pierwszych tego typu inicjatyw w Polsce. Potem powstawały tzw. sterylkobusy. Tam jednak nie jest zapewniana tak kompleksowa opieka pooperacyjna, jak tutaj.

Kolejną rzeczą, którą zapamiętam z wizyty – widok klatek z chorymi kotami. Często w złym stanie, który nierzadko był winą człowieka. Rany po śrucie, stracone oko, brak łapki. Można jeszcze długo wymieniać. Jedni ludzie krzywdzą, inni pomagają. Dobrze, że trafiłem na tych drugich.

Link do zbiórki: https://www.ratujemyzwierzaki.pl/ratujkoterie

Źródło: WPROST.pl
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...