Śnieg spadł, ferie zimowe ruszają. „Tragedia, aż żal patrzeć”
Choć w wielu regionach Polski pojawiło się sporo śniegu, a uczniowie szykują się do ferii zimowych, sprzedaż sanek nie notuje spodziewanego wzrostu. Dla producentów i sprzedawców to bolesny sygnał zmian, które od lat obserwują demografowie – dzieci w Polsce jest coraz mniej.
– Mniej urodzeń, mniejsza populacja, mniej sanek. To wszystko po prostu umiera – mówi dziennikarzom „Faktu” pan Dariusz, producent i sprzedawca z Częstochowy.
Jeszcze kilkanaście lat temu jego miasto było jednym z ważniejszych ośrodków produkcji sanek i wózków dziecięcych w kraju. Dziś sytuacja w branży określana jest jednym słowem: dramat.
Częstochowa. Od zagłębia produkcji do upadku branży
Jak opowiada dalej przedsiębiorca, sprzedaż sanek zawsze rosła, gdy spadł śnieg. – Nieważne, gdzie. Tam, gdzie pojawił się śnieg, klienci chętniej kupowali sanki. Dziś to jednak zaledwie procent tego, co było kiedyś – podkreśla pan Dariusz.
Jak wspomina, jeszcze niedawno w Częstochowie masowo wykorzystywano elementy z produkcji wózków dziecięcych do wytwarzania sanek. – U nas z rurek od wózków robiło się sanki, dlatego produkcja szła pełną parą – opowiada. Dziś, jak przyznaje, zainteresowanie niemal zniknęło, nie ma większego zainteresowania. – To wszystko upada – podkreśla.
Przyczyny? Spadek liczby urodzeń, zmniejszająca się liczba młodych rodzin oraz napływ tanich produktów z Chin – wylicza przedsiębiorca. Wiele firm nie wytrzymało presji rynku i zakończyło działalność.
„Tragedia, aż żal patrzeć”. Wielcy producenci też przegrywają
Problemy dotykają nie tylko małych zakładów. – Kiedyś duzi gracze produkowali wózki i sanki w ogromnych ilościach. Teraz chodzą i płaczą, bo ludzi trzeba było pozwalniać, bo towaru jeszcze gdzieś tam w magazynach jest, bo to wszystko tak naprawdę leży i niszczeje. No coś strasznego, coś strasznego – relacjonuje pan Dariusz.
Jak dodaje, podejmowano próby ratowania branży. Opowiada o stowarzyszeniu próbującym wywrzeć wpływ na polityków, by ci opodatkowali wyżej chińskie produkty. – Ale nic z tego nie wyszło. To jest tragedia – ocenia.
„Pies zamiast dziecka”. Zmiana społecznych priorytetów
Zdaniem producenta zmieniły się także społeczne wybory Polaków. – Lepiej kupić sobie pieska i wsadzić go do ładnej torebki, niż użerać się z płaczącym dzieckiem – mówi dosadnie. Jak dodaje, w branży coraz częściej mówi się o tak zwanej „psiej tendencji”.
Firmy próbują więc dostosować się do nowej rzeczywistości. Sprzedawca opowiada o specjalnej wkładce dla psów do wózków dziecięcych. – Tak, żeby nie wozić dziecka, tylko psa – zdradza pan Dariusz. Jeden z dużych producentów testuje nawet nosidełka dla psów montowane w wózkach.
Krótki szał i szybki spadek sprzedaży
Pani Kamila, właścicielka firmy Camicco z Częstochowy, potwierdza, że zainteresowanie sankami pojawia się tylko na krótko. – Wszyscy kupują na hura przed wyjazdem, jak już wiedzą, że jest śnieg. Hit to sanki na prezent mikołajkowy – mówi.
Wciąż największym zainteresowaniem cieszą się klasyczne metalowe modele, choć na ferie częściej wybierane są lekkie plastikowe bobsleje, łatwiejsze do zapakowania do samochodu.
Ile kosztują dziś sanki?
Ceny są bardzo zróżnicowane. Najprostsze plastikowe modele kosztują od 40 do 60 złotych. Drewniane sanki to wydatek rzędu 120-200 złotych. Najdroższe są metalowe sanki z oparciem, pasami bezpieczeństwa i pchaczem — tu ceny zaczynają się od około 250 złotych.
Na portalach z używanymi rzeczami można znaleźć tańsze oferty, jednak nawet tam ceny metalowych modeli potrafią sięgać ponad 300 złotych.
Pan Dariusz podsumowuje gorzko mówiąc, że kiedyś sprzedawało się setki, tysiące sanek rocznie. – Teraz to ułamek tego, co było. Już kilka firm się zamknęło – stwierdza smutno sprzedawca.