Rzekomy agent ABW oskarża o „ukręcenie śledztwa”. Prokuratura wydała komunikat
Prokuratura przeanalizowała doniesienia dotyczące rzekomego wieloletniego krzywdzenia dzieci na Dolnym Śląsku. O grupie przestępczej, w skład której mieli wchodzić księża, zakonnicy, politycy i nauczyciele pisano m.in. w mediach społecznościowych, choć wzmianki o sprawie publikowały też duże portale.
Afera pedofilska, której nie było? Prokuratura zajęła się sprawą
Prokuratura w Legnicy otrzymała w związku z tą sprawą nadzwyczajne środki. 12 lutego 2026 roku wydano komunikat o umorzeniu śledztwa. Jako powód umorzenia podano proste wyjaśnienie: „czynu nie popełniono”.
Przeanalizowano ponad 1000 stron zapisów rozmów, które prowadzić mieli ze sobą prezydent Lubina Robert Raczyński i Andrzej Pudełko, naczelnik Wydziału Kultury, Oświaty i Nadzoru Właścicielskiego. Śledczy stwierdzili, że mają pewność, iż stenogramy podsłuchanych rozmów zostały sfałszowane. Ich celem miało być skompromitowanie prezydenta Lubina.
Do dodatkowego sprawdzenia tej sprawy i działań prokuratury wyznaczono Marka Wełnę, do niedawna szefa Śląskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej w Katowicach, specjalizującego się w zwalczaniu przestępczości zorganizowanej. Stwierdził, że nie ma podstaw do podważenia decyzji śledczych.
W rozmowie z „Wyborczą” Wełna dodatkowo przekonywał do ustaleń służb. – Nie znam prokuratora ani policjanta, który by poszedł na to, by ukrywać sprawców takich przestępstw jak pedofilia. Większość z nich ma rodziny, dzieci. Są wyczuleni na tym punkcie. Wykluczam, by w tej sprawie cokolwiek odpuścili – stwierdzał.
Kto rozsyłał fałszywe stenogramy? „GW” wskazuje
W komunikacie o umorzeniu wyliczono, że nie znaleziono ani jednej pokrzywdzonej osoby, a dziecko wymienione w fałszywych stenogramach nie istniało. Bilingi telefonów nie potwierdzały połączeń w czasie rzekomych rozmów, urządzenia logowały się też w innych miejscach niż wynikało z rozsyłanych materiałów. Istniało kilka wersji tej samej rozmowy, a w dialogach mylone były daty i nazwy miejscowości.
„GW” zwróciła uwagę na uzasadnienie umorzenia śledztwa. Wskazano w nim, kto miał wytworzyć i rozsyłać fałszywe stenogramy do mediów i polityków. Miał to być Łukasz Bugajski, nazywany przez dziennik „fałszywym agentem ABW”. Jednym z dowodów miało być nagranie, na którym Bugajski mówi o ataku na polityka.
„Już za dwa tygodnie zacznie się wrzucać w internet pewne rzeczy. Pedo nie pedo. (...) Tu trzeba zrobić mu tak, żeby zachowana była ciągłość jego aktywności pedofilskiej czy jakiejkolwiek innej. Na telefonach, na laptopach” – czytamy zapis jego słów. Śledczy mieli sprawdzić, że mężczyzna ten nie był formalnie powiązany ze służbami specjalnymi, nie był ani współpracownikiem, ani konsultantem ABW.
Bugajski trzyma się swojej wersji
Bugajski twierdzi, że sprawa został „skręcona” i oskarża prokuraturę o „krycie pedofili”. Co ciekawe, popiera go w tym znana posłanka, Izabela Bodnar. „Czy mam tu jeszcze coś do dodania, skoro państwo polskie milczy? Gdybym nie była politykiem koalicji rządzącej, to może krzyczałabym głośniej, ale teraz zwyczajnie mi nie wypada i to jest największy absurd tej sytuacji” – pisała w mediach społecznościowych.
Bugajski na pytania „GW” nie chciał odpowiadać. Komentuje jedynie na X, gdzie pisze o „manipulacjach” i „kłamstwach”. W medialną walkę zaangażował się też dziennikarz Jan Piński, zwracający uwagę na inne kwestie niż zdementowane już krzywdzenie dzieci.
„Łukasz Bugajski nie mówił o wątku pedofilskim, tylko o wymuszaniu haraczu na przedsiębiorcach, szeregu innych nielegalnych działaniach ABW podejmowanych razem z nim wobec p. Marcina Bodnara. Stenografy z pedofilią zresztą przekazał mu kpt. Marcin P. Powinieneś więc pytać o jego rolę w jego wytworzeniu tych dokumentów. A jednak tej postaci u Ciebie w tekście nie ma” – pisał do dziennikarza „Gazety Wyborczej”.