Amerykański przemysł korzysta na kryzysie paliwowym. „Wina spadła na Iran”
W nieciekawą sytuację wmanewrowali Karola Nawrockiego Amerykanie, nakłaniając go do udzielenia poparcia Viktorowi Orbanowi. Przecież ani Polska, ani PiS nic Orbanowi winne nie były. Rozumiał to kiedyś nawet premier Morawiecki, zamrażając zażyłości z jawnie prorosyjskim Budapesztem i nie obnosząc się publicznie z wymierzonymi w brukselskich federalistów taktycznymi sojuszami z Fideszem.
Tymczasem prezydent Nawrocki uznał, że – dla Polski oczywiście – warto przypucować się Amerykanom i poprzeć mocno już trędowatego Orbana, żeby nie było, że stoi za nim wyłącznie ktoś tak mało istotny jak J.D. Vance. Polski prezydent wyszedł jednak na tej uprzejmości dla Amerykanów jak Zabłocki na mydle. Obstawił przegranego konia, od którego klęski J.D. Vance i sam Donald Trump szybko umyli ręce. Przyszło im to tym łatwiej, że uwaga świata koncentruje się na zastępczej wojnie USA z Chinami, toczącej się w Zatoce Perskiej.
A tam, wbrew temu, co uważa się w zaślepionej nienawiścią do Trumpa Europie, Amerykanie radzą sobie całkiem dobrze. O żadnej porażce USA w Iranie nie może być mowy. Wysysają ją zresztą z palca ci sami hipokryci, którzy jednocześnie cieszą się i martwią porażką Orbana na Węgrzech. Cieszą, bo lider Fideszu to jednak odpychająca postać. A martwią, bo kto teraz będzie dawał im alibi, usprawiedliwiające wszystkie uniki Europy wobec Rosji?
Zmiana, ale pozorna
Na razie wszystko wskazuje na to, że Węgry dalej będą odgrywały swoją niewdzięczną, ale jakże pożądaną w Europie rolę nieformalnego pomostu do relacji z Moskwą. Ręczne sterowanie Budapesztem z Kremla, jakie Putin ze swoim szefem dyplomacji Ławrowem uprawiali za Orbana i Petera Szijjarto, będzie na pewno trudniejsze. Jednak pierwsze wypowiedzi nowego lidera Petera Magyara wskazują, że główne kierunki polityki Budapesztu pozostaną niezmienione.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.