Córka zmarłego pacjenta oskarża szpital w Poznaniu. „To doprowadziło do wyniszczenia”
Stefan Sitek został przyjęty na oddział kardiologii i chorób wewnętrznych Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego przy ul. Przybyszewskiego w Poznaniu 23 października 2025 roku. Kobieta sama zawiozła mężczyznę na SOR. Został wówczas przyjęty do szpitala w stanie ciężkim z powodu sepsy wywołanej zakażeniem po wcześniejszym leczeniu w szpitalu. Z kolei 11 stycznia 2026 roku zmarł w placówce. Do jego zgonu miały się przyczynić m.in. zakażenia szpitalne, brak odpowiedniej higieny, a także niedożywienie – wynika z opowieści córki mężczyzny.
Placówka nie zadbała o żywienie pacjenta?
– Przez kolejne cztery tygodnie tata nie jadł prawie nic, co zostało odnotowane w raportach pielęgniarskich, więc niedożywienie się pogłębiało – przekazała kobieta. Jak dodała, senior „nie jadł z powodu gorączki, splątania i przyjmowania silnych leków ratujących życie, które praktycznie uniemożliwiały trawienie”. Personel szpitala miał jednak „nie brać tego pod uwagę”.
W wyniku interwencji rodziny w listopadzie mężczyzna został przeniesiony na salę intensywnego nadzoru. Tam miał otrzymywać jedzenie dożylne, jednak ilość miała być niewystarczająca dla pacjenta z sepsą. Medycy mieli też zaniedbywać obserwację wagi mężczyzny.
– Tata nie był ważony, nikt nie mierzył obwodu ramienia, czy uda. 26 listopada jeden z lekarzy wyliczył nam zapotrzebowanie kaloryczne i białkowe taty, ale stwierdził, że i tak „nie rokuje wyzdrowienia”. Tłumaczył, że „starsi pacjenci wiedzą, kiedy odejść i wtedy przestają jeść i pić, a szpital aktywnie ich do tego nie zachęca”. Ta polityka doprowadziła tatę do stanu wyniszczenia – uznała córka mężczyzny.
Bliscy mieli wówczas na własną rękę zadbać o karmienie seniora, kupując mu m.in. nutridrinki, które później miały zostać wpisane do szpitalnego raportu jako te podawane przez placówkę. Dokarmianie miało znacząco poprawić stan mężczyzny. Jego stan jednak cały czas był poważny.
3 grudnia Stefan Sitek został skierowany do izolatki, bo okazało się, że ma COVID. Pomieszczenie miało jednak nie spełniać odpowiednich warunków. Obok seniora położono też innego pacjenta. Z relacji Edyty Sitek wynika, że w trakcie przyjęcia zrobiono mu testy pod kątem zakażeń, jednak do otrzymania wyników nie przebywał on w izolatce, jak wskazują przepisy. Później okazało się, że mężczyzna ma bakterię szpitalną oporną na leczenie. W dalszym ciągu przebywał jednak w jednej sali z chorującym seniorem.
– Lekarze twierdzili, że nie ma podstawy do izolacji, ale stan taty już od 10 grudnia zaczął się pogarszać, a badania wykonywane między 13 a 20 grudnia wykazały u niego nowe ogniska zakażenia bakteriami lekoopornymi, których wcześniej nie miał ani w jelitach, ani moczu, ani w drogach oddechowych, ani we krwi – relacjonowała kobieta. Mężczyzna nie otrzymywał też antybiotyku, mimo zdiagnozowania CPE. Mimo tego, że stan mężczyzny miał się pogarszać, podejmowano próby wypisania go z placówki 2 i 9 stycznia – informowała Edyta Sitek.
Szpital nie przestrzegał zasad higieny?
Według rodziny zmarłego szpital nie dbał o przestrzeganie wymogów sanitarnych. – Zdarzało się, że na podłodze sali z pacjentami chorymi na CPE stały kałuże moczu, które personel roznosił na butach po oddziale, ściany ze śladami krwi nie były zmywane przez kilka dni, a do sprzątania podłogi w salach zwykłych i izolatkach używany był ten sam mop – relacjonowała rodzina.
Drzwi izolatek miały też być ciągle otwarte, a sale były bez łazienek i wentylacji. 11 stycznia rodzina miała zostać poinformowana o „udanej reanimacji” mężczyzny. Jednak jak wynika z relacji córki, pół godziny wcześniej senior miał odejść, gdy był transportowany na Oddział intensywnej terapii.
Przedstawiciel szpitala nie zgadza się z zarzutami
Szczepan Cofta, lekarz naczelny USK odparł zarzuty rodziny zmarłego. „Jego zdaniem same zakażenia najpewniej objawiły się na skutek translokacji własnej flory bakteryjnej, która była skolonizowana w innych jamach ciała pacjenta” – podała „Gazeta Wyborcza”.
Medyk twierdził również, że Stefan Sitek leżał na sali z innym pacjentem zakażonym COVID-19, u którego wykryto szczep alarmowy, jednak był to inny gatunek bakterii, niż ten ujawniony u zmarłego.
Zdaniem Cofty szpital nie ograniczał worków żywieniowych, a parametry pacjenta dotyczące efektów żywienia były monitorowane „poprzez ocenę parametrów laboratoryjnych”. Lekarz przekonywał także w rozmowie z gazetą, że szpital przestrzega zasad sanitarnych. Przekazał także, że informacje dotyczące zgonu pacjenta zostały przekazane poprawnie.
„Pierwszy lekarz dyżurny biorący udział w reanimacji przekazując rodzinie informacje o przekazaniu na OIT, nie miał wiedzy o zgonie pacjenta, a przekazana przez niego informacja była rzetelna” – poinformował medyk.
Rodzina mężczyzny nie zgadza się jednak z narracją lekarza dotyczącą seniora. – Dr Cofta sugeruje, że to on „przyniósł bakterie" do szpitala, które spowodowały zakażenia i sam odpowiada za swoje niedożywienie. To jest sprzeczne z dokumentacją, z zasadami epidemiologii i z realiami tego oddziału, które my, rodzina, obserwowaliśmy na co dzień – stwierdziła Edyta Sitek. Zapowiedziała też, że zgłosiła sprawę do NFZ i zamierza również do Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia.
Przypomnijmy, w grudniu ubiegłego roku na złe warunki w szpitalu skarżyły się córki zmarłej 81-latki. W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” również zwracały uwagę na nieprawidłowe zasady izolacji w szpitalu oraz na „głodzenie pacjentów".
Do kogo zgłaszać nieprawidłowości w szpitalach?
Przypomnijmy, jeśli uważasz, że twoje prawa do odpowiedniej opieki zdrowotnej zostały naruszone, możesz to zgłosić do rzecznika praw pacjenta. Należy dzwonić pod numer Telefonicznej Informacji Pacjenta (nr: 800 190 590), która jest czynna od poniedziałku do piątku w godz. 8:00–18:00 lub napisać mail na adres kancelaria@rpp.gov.pl. Można też kontaktować się poprzez czat dostępny na stronie internetowej www.gov.pl/rpp. Możliwe jest także spotkanie z pracownikiem w siedzibie biura.