Słoneczna Hiszpania ma drugą twarz. „To nie jest kraj wiecznej fiesty”
Anna Mokrzanowska, Wprost: Hiszpania w wyobrażeniach wielu Polaków to kraj niekończącej się fiesty, siesty i szczęśliwego życia bez problemów. Na ile ten obraz odpowiada rzeczywistości, a na ile jest to utrwalony stereotyp?
Agnieszka Zielińska, dziennikarka mieszkająca w Andaluzji i autorka książki “Gdzie słońce spędza zimę. Historie z Andaluzji”: Słusznie zauważyłaś, że jest to stereotyp, który narastał przez lata. Lubimy myśleć o Andaluzji jako o krainie wiecznego słońca, tysiąca kilometrów wybrzeża i pięknych, piaszczystych plaż. I faktycznie tak jest, ale tylko z jednej strony. Jeśli jednak zagłębimy się nieco bardziej, zauważymy, że Andaluzja, podobnie jak chyba wszystkie regiony na świecie, ma też swoje problemy.
Co Andaluzyjczyków najbardziej irytuje w tych stereotypach na ich temat?
Wydaje mi się, że przede wszystkim to, że zarzuca im się przywiązanie do siesty, konieczność codziennego odpoczynku i lenistwo. Przed przeprowadzką do Hiszpanii faktycznie myślałam, że Hiszpanie, a zwłaszcza Andaluzyjczycy, przez upały, słońce i temperatury sięgające latem ponad 40 stopni, pracują mniej. I jest w tym trochę prawdy, bo jako turyści pewnie niejednokrotnie natknęliśmy się na zamknięte restauracje po godzinie 16:00 albo na takie, w których można było zamówić jedynie coś do picia, ponieważ kuchnia była zamknięta i trzeba było poczekać do godziny 20:00. Tak rzeczywiście bywa.
Z drugiej strony Hiszpanie często pracują bardzo długo. W wielu zawodach rzeczywiście robi się przerwę około 14:00 czy 16:00, ale później wraca się do pracy. Nierzadko dzień pracy trwa do 22:00, a w niektórych branżach nawet do 23:00 Wystarczy spojrzeć na godziny otwarcia restauracji w Hiszpanii, szczególnie w Andaluzji: wiele z nich działa nawet do 1:00 w nocy.
„To pokazuje, że ten obraz nie do końca odpowiada rzeczywistości. Moim zdaniem Hiszpanie pracują dużo i nie zawsze wykorzystują czas sjesty na sen. Zresztą statystyki pokazują, że faktycznie praktykuje ją około 30 proc. mieszkańców. Mimo to nadal kojarzymy ją przede wszystkim z Andaluzją, choć przecież Hiszpania jest krajem bardzo zróżnicowanym”.
Jak Andaluzyjczycy są postrzegani przez mieszkańców innych hiszpańskich regionów?
Często uważa się ich za osoby leniwe, takie podejście mają zwłaszcza mieszkańcy Madrytu, czyli Madrileños, oraz Katalończycy. Andaluzyjczycy bywają przedstawiani jako ludzie żyjący z zasiłków dla bezrobotnych, pracujący na czarno czy niewydający rachunków, jeśli płacimy w małych sklepikach albo restauracjach poza większymi miastami. Z kolei Katalonia jest postrzegana jako centrum przemysłu, a Madryt jako główne centrum finansowe kraju.
Mieszkańcy tych regionów często uważają, że Andaluzyjczycy są po prostu leniwi, że nie chce im się pracować, a do tego brzydko mówią. Każdy, kto uczy się hiszpańskiego, pewnie zauważył, że łatwiej zrozumieć kogoś z północy Hiszpanii czy z Madrytu niż osobę z Andaluzji.
W Andaluzji mówi się często bardzo szybko, nie wymawia się niektórych charakterystycznych końcówek, zwłaszcza głoski „s” na końcu wyrazów. To właśnie dlatego niektórzy zarzucają Andaluzyjczyom, że są mniej wykształceni.
I to słychać nawet w polityce. Była ministra finansów María Jesus Montero pochodzi z Andaluzji. Za każdym razem, gdy przemawiała, pojawiały się komentarze, że powinna wymawiać wszystkie słowa i wszystkie głoski. Takie uszczypliwości ze strony opozycji można było usłyszeć nawet w parlamencie.
Mieszkasz w Hiszpanii już dłuższy czas. Dostrzegasz jakieś podobieństwa między Andaluzyjczykiem a Polakami?
„Wydaje mi się, że rodzinność to cecha, którą na pewno widzę u Andaluzyjczyków i która chyba najbardziej łączy ich z Polakami. Może na pierwszy rzut oka jest to trochę inaczej postrzegane, dlatego że my, Polacy jesteśmy gościnni, ale też nie jesteśmy tak otwarci wobec wszystkich jak Hiszpanie. Mimo to ta rodzinność jest bardzo widoczna”.
Hiszpanie mają bardzo bliskie relacje rodzinne i uwielbiają spędzać wspólnie czas. Często wyjeżdżają razem na wakacje. Wielu z nich nie wyobraża sobie niedzieli bez odwiedzin u rodziców i tradycyjnego rodzinnego obiadu. Hiszpańskie mamy często dzwonią do swoich czterdziestoletnich synów i co dwa, trzy dni po prostu muszą z nimi porozmawiać. Ten kontakt jest naprawdę bardzo bliski, więc tę rodzinność na pewno można zauważyć.
Są jednak pewne różnice. Hiszpanie, a zwłaszcza Andaluzyjczycy, zdecydowanie wolą spotykać się na mieście. Jeśli Hiszpan, a szczególnie Andaluzyjczyk, zaprosi cię do swojego domu, to jest to naprawdę duży przywilej. Takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko, bo istnieje tam silna kultura spędzania czasu na zewnątrz i spotykania się poza domem.
Hiszpanie są czasami określani jako “brzoskwinie”. Oznacza to, że stosunkowo łatwo jest nawiązać z nimi kontakt i przełamać pierwsze lody. Bardzo szybko zaczynają mówić o innych amigos. Jeśli jednak chcemy się z kimś naprawdę zaprzyjaźnić i powiedzieć, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, to trzeba przejść przez kolejne warstwy tej brzoskwini i dotrzeć aż do pestki.
To już jest trudniejsze. O ile stosunkowo łatwo jest zaprzyjaźnić się z Andaluzyjczykiem, o tyle znacznie trudniej zostać jego naprawdę bliskim przyjacielem. Jeśli chodzi o Polaków, wydaje mi się, że na początku jesteśmy bardziej zamknięci, ale kiedy już się przed kimś otwieramy, dajemy z siebie wszystko i wkładamy w relację całe serce. Tutaj właśnie widzę tę różnicę.
Wspomniałaś o tym, że Andaluzja, podobnie jak chyba każdy region świata, mierzy się z różnymi trudnościami. Jakie są obecnie największe problemy?
„Jeśli chodzi o problemy, to może nie jest to pierwsza rzecz, która przychodzi do głowy, ale Hiszpania, a zwłaszcza Andaluzja, ze względu na bliskość Maroka (dystans zaledwie kilkunastu kilometrów) mierzy się z ogromnym problemem przemytu narkotyków”.
W zeszłym miesiącu pojawiła się informacja o śmierci dwóch kolejnych funkcjonariuszy Guardia Civil, którzy zginęli podczas służby, ścigając jedną z narcolanchas. Są to specjalne pontony wykorzystywane przez przemytników do transportu narkotyków. Ta walka z przemytem staje się coraz bardziej nierówna.
Z roku na rok przemytnicy korzystają z coraz lepszego sprzętu, używają broni wojskowej i często wyprzedzają możliwości hiszpańskich służb, w tym właśnie Guardia Civil.
Żeby pokazać skalę problemu, wystarczy wspomnieć, że tylko w ciągu pierwszych jedenastu miesięcy ubiegłego roku hiszpańskie służby przejęły prawie 270 ton narkotyków. Głównie był to haszysz, ale także kokaina.
To jeden z najpoważniejszych problemów, szczególnie na terenach Kadyksu, Gibraltaru czy ostatnio również w prowincji Huelva. To temat, o którym turyści raczej nie usłyszą i którego nie dostrzegą na pierwszy rzut oka, ale z roku na rok kolejni funkcjonariusze giną lub odnoszą obrażenia podczas takich pościgów.
Na pewno istnieje też problem związany z ekologią. Andaluzyjczycy nie zawsze dobrze radzą sobie z recyklingiem. Na wielu osiedlach, nawet na tym, na którym ja mieszkam, żeby wyrzucić szkło do odpowiedniego pojemnika, trzeba czasami przejść nawet kilometr do specjalnego kontenera. Więc Hiszpanie bardzo często mieszają śmieci. Zaledwie około 15 proc. wszystkich odpadów w Andaluzji jest później odzyskiwanych, więc to naprawdę bardzo niewielki odsetek.
„Myślę też, że ogromnymi problemami są dostęp do służby zdrowia oraz do mieszkań. Często widzimy w telewizji protesty przeciwko turystom. Nie chodzi jednak o to, że Hiszpanie są przeciwni samej turystyce. Raczej mają dość tego, że wynajęcie mieszkania staje się niezwykle trudne i brakuje mieszkań komunalnych, które stanowią zaledwie około 3 proc. zasobów mieszkaniowych w całym kraju”.
Czasami ogłoszenie pojawia się w internecie i już godzinę później lokal jest wynajęty. Proces wynajmu coraz częściej przypomina rozmowę kwalifikacyjną. Osoba zainteresowana mieszkaniem musi przedstawiać liczne dokumenty potwierdzające zatrudnienie, wysokość zarobków czy sytuację finansową.
Hiszpanie, a szczególnie mieszkańcy bardzo turystycznych regionów, takich jak Andaluzja czy Wyspy Kanaryjskie, w pewnym stopniu obwiniają za tę sytuację turystów. Nie oznacza to jednak, że są przeciwni turystyce jako takiej. Turystyka jest przecież bardzo ważną częścią gospodarki.
Problemem jest więc przede wszystkim sposób zarządzania mieszkalnictwem. W Hiszpanii mamy ponad 4 miliony pustych mieszkań, które mogłyby zostać wyremontowane i wprowadzone na rynek. To właśnie tutaj wielu ekspertów upatruje źródła problemu, a nie wyłącznie w mieszkaniach przeznaczonych na wynajem turystyczny.
No i pozostaje jeszcze kwestia służby zdrowia. Dzisiaj nawet na wizytę u lekarza rodzinnego w publicznym systemie opieki zdrowotnej trzeba czasami czekać dwa lub trzy tygodnie. Jeśli więc ktoś zachoruje na grypę albo się przeziębi, może się okazać, że wyzdrowieje szybciej, niż doczeka się wizyty. To są problemy, z którymi na co dzień mierzy się wielu mieszkańców Andaluzji.
Mówiłaś też o kryzysie mieszkaniowym i problemach związanych z masową turystyką. W zeszłym roku temat ten regularnie pojawiał się także w polskich mediach za sprawą protestów organizowanych w Andaluzji, Barcelonie czy na Wyspach Kanaryjskich. Od tego czasu władze wielu regionów wprowadziły różne ograniczenia dotyczące najmu krótkoterminowego. Czy widać już efekty tych zmian i jak wygląda sytuacja obecnie?
Faktycznie, jeśli chodzi o kontynentalną część Hiszpanii, protesty odbywają się dziś rzadziej. Nadal pojawiają się na Teneryfie, choć są to raczej pojedyncze wydarzenia, dlatego chyba nie przebijają się już do mediów międzynarodowych.
Sama idea wprowadzenia ogólnokrajowego rejestru mieszkań turystycznych została początkowo dobrze przyjęta. Chodziło o stworzenie systemu, w którym każda nieruchomość przeznaczona na wynajem krótkoterminowy otrzymywałaby specjalny numer identyfikacyjny widoczny na platformach takich jak Airbnb czy Booking.
Problem polega na tym, że ten pomysł został później zakwestionowany przez sądy. Hiszpania jest bardzo zdecentralizowanym krajem i wiele decyzji podejmowanych jest na poziomie wspólnot autonomicznych. Każda z nich ma własne przepisy, także w zakresie wynajmu turystycznego. Ponieważ właściciele mieszkań już wcześniej musieli rejestrować swoje nieruchomości w regionalnych rejestrach, pojawiły się wątpliwości, czy tworzenie kolejnego, ogólnokrajowego systemu jest w ogóle potrzebne i zgodne z obowiązującym podziałem kompetencji.
Nie wiadomo jeszcze, jakie będą dalsze losy tych przepisów i czy w najbliższych tygodniach lub miesiącach nie doprowadzi to do ponownego wzrostu niezadowolenia społecznego.
„W Polsce również sporo mówiło się o problemie ocupas, czyli sytuacjach, w których najemca przestaje płacić za mieszkanie, a jego eksmisja okazuje się bardzo trudna. Jeśli taka osoba uzyska odpowiednie zaświadczenie potwierdzające trudną sytuację życiową, na przykład fakt, że ma dzieci, pozostaje bez pracy lub korzysta z pomocy społecznej, procedura eksmisyjna może trwać bardzo długo”.
W praktyce zdarza się, że przez rok, a nawet dwa lata właściciel nie jest w stanie odzyskać swojej nieruchomości. To właśnie dlatego wiele osób obawia się wynajmowania mieszkań lokalnym mieszkańcom i woli przeznaczać je na wynajem krótkoterminowy dla turystów przyjeżdżających na tydzień czy dwa.
Które miasta w Andaluzji są najbardziej dotknięte problemem nadmiernej turystyki? Jak zmieniają się pod wpływem tak dużej liczby przyjezdnych?
Ja mieszkam w prowincji Almería, czyli w regionie, gdzie turystów jest stosunkowo niewielu. Nie zobaczymy tutaj nawet hoteli położonych bezpośrednio przy plaży, co w innych częściach Hiszpanii jest przecież bardzo powszechne.
Są jednak takie miasta jak Malaga czy Sewilla, które cieszą się ogromną popularnością i przyciągają najwięcej odwiedzających. To właśnie tam skutki masowej turystyki widać najwyraźniej.
Dobrym przykładem jest centrum Malagi. Jeszcze kilka lat temu dominowały tam tradycyjne targi warzywne czy rybne, a dziś coraz częściej pojawiają się punkty przechowywania bagażu dla turystów.
Przybywa również dyskotek, barów i lokali nastawionych głównie na potrzeby przyjezdnych. Jednocześnie ubywa miejsc ważnych dla mieszkańców: lokalnych sklepów, warzywniaków, supermarketów, a czasem nawet placów zabaw czy terenów rekreacyjnych dla dzieci. Szczególnie mocno widać to właśnie w centrach miast.
Co ciekawe, kiedy rozmawia się z mieszkańcami, rzadko można usłyszeć, że są przeciwni turystom. Wręcz przeciwnie: zdają sobie sprawę, jak ważna dla lokalnej gospodarki jest turystyka, a wielu z nich utrzymuje się z branż z nią związanych. Problem polega raczej na tym, że chcieliby lepiej pogodzić potrzeby mieszkańców i turystów. Dlatego często podkreślają, że woleliby, aby przyjezdni częściej korzystali z hoteli, a nie z mieszkań przeznaczonych na wynajem krótkoterminowy.
Czy ze względu na bliskość Maroka i Afryki migracja jest dla Andaluzji poważnym problemem? Nawiązuję tutaj do kampanii prowadzonej przez prawicową partię Vox przed wyborami regionalnymi. Politycy z partii Santiago Abascala próbowali grać kartą zagrożenia ze strony migrantów i budować na tym swój przekaz.
Migracja faktycznie przez część mieszkańców jest postrzegana jako problem.
„Temat jest dziś szczególnie aktualny, bo Hiszpania przechodzi właśnie proces legalizacji części migrantów. Według danych opublikowanych w tym tygodniu nawet 900 tysięcy osób pracujących dotąd nielegalnie złożyło wnioski o uzyskanie pozwolenia na pracę”.
Vox od lat wykorzystuje migrację jako jeden z głównych tematów swoich kampanii wyborczych i nie inaczej było przed ostatnimi wyborami regionalnymi w Andaluzji. To kwestia, która budzi emocje i dlatego regularnie wraca do debaty publicznej.
Wydaje się, że taka strategia przynosi tej partii polityczne korzyści. Być może dlatego również Partia Ludowa coraz częściej zajmuje bardziej stanowcze stanowisko w sprawach migracyjnych.
Partia Vox zyskała dzięki temu jeden mandat więcej niż w poprzednich wyborach regionalnych w Andaluzji. Jeśli jednak chodzi o sam napływ migrantów drogą morską z Maroka, to nie jest to dziś aż tak duży problem, jak mogłoby się wydawać.
Jeszcze kilka lat temu łodzie z migrantami regularnie docierały przede wszystkim na Wyspy Kanaryjskie. Obecnie takie sytuacje zdarzają się znacznie rzadziej. Oczywiście nadal dochodzi do takich przypadków, ale ze względu na stosunkowo dobre relacje Hiszpanii z Marokiem skala tego zjawiska wydaje się dziś dużo mniejsza niż jeszcze kilka lat temu.
„Nie oszukujmy się jednak: migranci stanowią ważną część społeczeństwa Andaluzji. W skali całego regionu to około 10 proc. mieszkańców, ale są miejsca, gdzie ich odsetek jest znacznie wyższy. Dobrym przykładem jest El Ejido, gdzie osoby pochodzące z innych krajów stanowią nawet 30–35 proc. mieszkańców”.
I właśnie tam czasami pojawiają się napięcia. Niektórzy rodzice wolą zapisywać swoje dzieci do szkół w sąsiednich miejscowościach i codziennie dowozić je nawet przez 40 minut, ponieważ nie chcą, aby uczyły się w klasach, w których większość uczniów pochodzi z rodzin marokańskich. Uważają, że może to wpływać na poziom nauczania.
Oczywiście wiele zależy od regionu i od osoby, z którą rozmawiamy. Te nastroje nie są wszędzie takie same. Mimo wszystko mam jednak wrażenie, że dominuje raczej tolerancja i akceptacja wobec drugiego człowieka. Być może wynika to również z faktu, że Hiszpanie są od lat przyzwyczajeni do obecności Marokańczyków w swoim kraju.
Mieszkam w regionie nazywanym „Morzem Plastiku”. Nazwa wzięła się stąd, że znajdują się tutaj ogromne połacie szklarni, a właściwie plastikowych tuneli, w których przez cały rok uprawia się warzywa i owoce.
Jeśli przyjrzeć się osobom pracującym w tych gospodarstwach, bardzo często są to migranci z Afryki. Turyści rzadko zapuszczają się w te okolice, więc zwykle tego nie widzą.
To ciężka praca, wykonywana przez wiele godzin w wysokich temperaturach. Niewielu Hiszpanów chce pracować w takich warunkach. I tutaj widać pewien paradoks — z jednej strony migracja budzi emocje, ale z drugiej lokalne rolnictwo w dużej mierze opiera się właśnie na pracy migrantów. Wielu pracodawców chętnie zatrudniałoby miejscowych, jednak często po prostu brakuje chętnych do takiej pracy.
Był nawet jeden z burmistrzów El Ejido, który powiedział kiedyś, że “rano migrantów nie widać, a wieczorem jest ich za dużo”. To dobrze pokazuje pewien paradoks. Kiedy migranci są potrzebni do pracy, nikomu nie przeszkadzają. Problem pojawia się wtedy, gdy po pracy chcą normalnie żyć: wyjść do restauracji, spotkać się ze znajomymi czy spędzić czas z rodziną.
Wtedy zaczyna przeszkadzać ich obecność w przestrzeni publicznej. To pokazuje, jak skomplikowane i pełne sprzeczności bywają relacje między lokalną społecznością a migrantami.
Nawiązując do procesu legalizacji migrantów realizowanego przez rząd Pedro Sáncheza. Wiele prawicowych partii w Europie, także w Polsce, bardzo ostro krytykowało ten pomysł. Pojawiały się głosy, że taka decyzja może mieć konsekwencje nie tylko dla samej Hiszpanii, ale również dla całej Unii Europejskiej. Nie brakowało też porównań do polityki migracyjnej Angeli Merkel sprzed kilku lat. Jak na te zmiany patrzą sami Hiszpanie?
„Myślę, że porównania do Angeli Merkel mogą mieć pewne uzasadnienie, jeśli spojrzymy na skalę tego procesu. Mówimy przecież o bardzo dużej liczbie osób. Nie można jednak zapominać o jednej ważnej rzeczy: te osoby już mieszkają w Hiszpanii. Często żyją tutaj od wielu lat”.
Sama przez kilka lat byłam wolontariuszką w Czerwonym Krzyżu w Almerii i spotykałam osoby, które mieszkały w Hiszpanii od piętnastu czy nawet dwudziestu lat, a mimo to nadal nie miały pozwolenia na pracę.
„Dlatego regulacje wprowadzone przez Pedro Sáncheza są skierowane przede wszystkim do ludzi, którzy już tutaj żyją, ale dotąd nie mogli zalegalizować swojej sytuacji. Faktycznie jednak z innych krajów europejskich, a także z instytucji unijnych, płyną głosy krytyczne. Pojawiają się argumenty, że jeśli Hiszpania chce przeprowadzić taki proces, to jest to jej decyzja, ale skutki mogą odczuć również pozostałe państwa Unii Europejskiej. Stąd obawy i kontrowersje, bo mówimy o naprawdę dużej skali tego zjawiska”.
Ponad 900 000 wniosków zostało już złożonych, a przypomnijmy, że termin mija dopiero z końcem czerwca. Trudno więc zakładać, że wszystkie te osoby otrzymają zgodę na pobyt. I warto podkreślić, że mówimy tu wyłącznie o pozwoleniu na pobyt i pracę.
Wbrew temu, co czasem sugerują niektóre partie prawicowe, nie chodzi o próbę pozyskania nowych wyborców przez Pedro Sáncheza. Te osoby i tak nie mają praw wyborczych. Na przykład w ostatnich wyborach regionalnych w Andaluzji nie mogły one głosować. Nawet posiadając pozwolenie na pracę czy rezydencję, mogą co najwyżej brać udział w wyborach lokalnych, np. wybierać burmistrza swojej miejscowości, ale nie prezydenta wspólnoty autonomicznej ani premiera kraju.
Jeśli ich wnioski zostaną pozytywnie rozpatrzone, co ma nastąpić w ciągu kilku miesięcy, otrzymają roczne pozwolenie na pobyt i pracę. Po tym czasie ich sytuacja będzie zależeć od tego, czy będą pracować i odprowadzać podatki. Dopiero wtedy możliwe będzie ewentualne przedłużenie statusu. W praktyce nie jest to więc nadanie obywatelstwa ani próba „zdobycia” nowych wyborców, jak czasem przedstawiają to niektóre narracje, lecz regulacja sytuacji osób, które już przebywają w kraju.
Czy ten dekret mógł wpłynąć na wyniki wyborów regionalnych w Andaluzji? W mediach mówiło się, że będzie to ważny test dla Pedro Sáncheza i barometr nastrojów przed wyborami parlamentarnymi. Premier mocno zaangażował się w kampanię, wystawiając na listach Marię Jesús Montero, jedną ze swoich najbliższych współpracownic. Mimo to wyniki trudno uznać za sukces partii rządzącej.
To jest wielka porażka partii rządzącej, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że Andaluzją od czasów dyktatury tak naprawdę przez prawie 40 lat rządzili socjaliści, czyli partia PSOE.
Wynik wyborów to ogromny wstyd dla obecnego premiera. Tak jak wspomniałaś, te wybory miały być pewnym politycznym barometrem przed wyborami parlamentarnymi, które odbędą się za rok. Andaluzja to najludniejszy region Hiszpanii. ma prawie 9 milionów mieszkańców, z czego około 7 milionów ma prawa wyborcze. Wyniki w tym regionie pokazują więc w pewnym stopniu, w jakim kierunku może pójść cała polityka krajowa.
Czy ten dekret mógł mieć wpływ na wynik? Możliwe, że dodał pewnego „paliwa” partii Vox, która również osiągnęła w tych wyborach dobre rezultaty. Jednak wydaje mi się, że największym problemem dla Pedro Sáncheza nie były kwestie związane z migracją, tylko liczne skandale korupcyjne, w które uwikłani są politycy jego partii.
„Nie chodzi już tylko o najbliższych współpracowników czy ministrów. Na ławie oskarżonych znalazł się nawet jego brat, a także jego żona. Co więcej, przesłuchiwany jest były premier José Luis Rodríguez Zapatero, który przez lata uchodził za jeden z największych autorytetów w hiszpańskiej polityce i był regularnie zapraszany jako mówca na najważniejsze wydarzenia”.
Ta kumulacja spraw korupcyjnych jest szczególnie uderzająca, bo przypomnijmy, że Pedro Sánchez obejmował władzę, budując narrację walki z korupcją i odcięcia się od poprzednich praktyk politycznych. Doszedł do władzy po obaleniu rządu Mariano Rajoya, który sam był uwikłany w skandale korupcyjne.
Dziś jednak sam szef hiszpańskiego rządu znajduje się w trudnej sytuacji wizerunkowej. Choć formalnie nie ma jeszcze prawomocnych zarzutów, to kolejne nagrania i doniesienia, które pojawiają się w przestrzeni publicznej, tylko zwiększają polityczne napięcie i podsycają kontrowersje.
Na koniec nie mogę nie zapytać o sport. Trwa mundial, a Hiszpanie — jak wiadomo — piłkę nożną kochają. Jak została odebrana ta niespodziewana wpadka w pierwszym meczu grupowym, kiedy La Roja tylko zremisowała z Republiką Zielonego Przylądka? Czy tutaj zostało to potraktowane jako rozgrzewka, czy jednak na piłkarzy wylała się już pewna fala krytyki i hejtu?
W pewnym pojawiło się trochę hejtu, zwłaszcza w odniesieniu do młodego zawodnika Barcelony, Lamina Yamala. Krytykowano go przede wszystkim za to, że w kilku sytuacjach nie podejmował najlepszych decyzji na boisku.
Jednocześnie, tak jak mówisz, Hiszpanie bardzo mocno wspierają swoją reprezentację, więc na ten moment dominuje raczej przekonanie, że to tylko rozgrzewka i że w kolejnym meczu, z Arabią Saudyjską, drużyna pokaże już lepszą stronę.
Problemem reprezentacji Hiszpanii wydaje się natomiast brak klasycznego, skutecznego napastnika. To zespół pełen utalentowanych zawodników, ale momentami brakuje wykończenia akcji i tej jednej osoby, na którą można konsekwentnie postawić w polu karnym.
W pierwszych komentarzach po meczu pojawiały się więc głosy w stylu „zabrakło ciebie” — szczególnie w odniesieniu do Lamina Yamala. Mimo wszystko wciąż widać w Hiszpanii dużą wiarę w tę drużynę.