Dominik Tarczyński: Trump jest darem od Boga. Polska musi liczyć przede wszystkim na siebie
Nick Sadowski: Dominiku, dziękuję, że przyjechałeś na Florydę. Obserwuję cię od dłuższego czasu i wiem, że wzbudzasz skrajne emocje. Kiedy zapowiedziałem nasze spotkanie na Facebooku, pojawiły się zarówno bardzo pozytywne, jak i jawnie wrogie reakcje. Żeby oszczędzić ci nadmiaru pochlebstw, przytoczę kilka mniej entuzjastycznych określeń: „wyjątkowy klaun”, „główny propagandysta PiS-u”, „syjonistyczna marionetka”. Ktoś napisał też: „To nie będzie spotkanie polityczne, tylko stand-up”.
Dominik Tarczyński: Nie zapominaj o „islamofobie” i „faszyście”.
Takie określenia również padały. Pojawiło się też wiele oskarżeń o rasizm. Reakcje rozłożyły się mniej więcej po połowie: jedni dziękowali za zaproszenie, inni twierdzili, że zwariowałem. Zacznijmy więc od zarzutów, że jesteś rasistą albo islamofobem.
Nazywano mnie już wszystkim, nawet komunistą, i nic mnie to nie obchodzi. Kiedy wystąpiłem w brytyjskim Channel 4, Cathy Newman powiedziała mi, że przewodniczący Komisji Europejskiej nazwał mnie rasistą. Odpowiedziałem: „Może mnie nazwać różowym słoniem. W porządku, jestem różowym słoniem”. To tylko słowo.
Najważniejsze jest dla mnie bezpieczeństwo mojej przyszłej żony, dzieci i rodziny. Analizuję dane Eurostatu i widzę, kto zabija, gwałci i ścina ludziom głowy. Jeżeli z powodu mówienia o tym ktoś nazwie mnie rasistą albo klaunem, trudno. Mogę być klaunem, jeśli dzięki temu kobiety w moim życiu będą bezpieczne.
Co wywołuje tak silne emocje: twoje poglądy czy sposób, w jaki je przedstawiasz? A może ludzie stracili zdolność słuchania drugiej strony?
Pytasz, co sprawiło, że jestem tym, kim jestem?
Niezupełnie. Donald Trump ma bardzo charakterystyczny styl. Nie wszystkim się on podoba, ale część jego krytyków nadal popiera jego politykę. Czy podobnie jest z tobą?
Nie chodzi o styl, lecz o charakter i o to, czy człowiek się boi. Brakuje nam polityków, którzy pokazują, że są prawdziwymi ludźmi z krwi i kości.
Nie robię tego dla pieniędzy. W drodze na spotkanie rozmawiałem z moją przyjaciółką Angeliką. Zapytała mnie, dlaczego się tym zajmuję, więc opowiedziałem jej historię mojej rodziny.
Kiedy miałem siedem albo osiem lat, mama wysłała mnie do kolejki po buty. Spędziłem tam całą noc, a mimo to ich nie dostałem. Tak wyglądało życie w komunizmie.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.