2 czerwca 2009

Dodano:
Politolog
Doktor Karol Kostrzębski opowiada o obietnicach wyborczych - ich wpływie, skutkach i szansach na realizację.

Arkadiusz Mularczyk obiecuje, że uaktywni straż miejską, Olejniczak chce w Europarlamencie likwidować warszawskie korki uliczne, a Poncyljusz pragnie, „aby kredyt w banku można było wziąć po dobroci". Problem w tym, że żadna z tych obietnic nie leży w zasięgu oddziaływania Parlamentu Europejskiego. O czym świadczą takie obietnice?

Świadczą przede wszystkim o tych kandydatach, którzy żerują na niewiedzy społeczeństwa. Powodują, że Eurowybory stają się wyborami wewnętrznymi, a nie europejskimi. Politycy powinni pełnić rolę edukacyjną, uczyć społeczeństwo o tym, co się robi w Brukseli, a nie robić z siebie idiotów i przyczyniać się do dalszego skretynienia społeczeństwa.

Czy te obietnice odniosą skutek? Czy może wyborcy mają taką wiedzę, żeby rozpoznać naprawdę dobre obietnice?

Niestety wszędzie, w całej Europie, jest trend, że wybory są odbiciem krajowej polityki, że wyborców nie obchodzi to, jak dany europarlamentarzysta pracował w Brukseli, ale raczej to, z jakiej partii startuje. Są tu trzy zasadnicze problemy. Po pierwsze do Parlamentu Europejskiego wysyłani są polityczni emeryci, bądź nowicjusze. Po drugie na listy wprowadza się ludzi, którzy w kraju nabroili, odsyła się ich na tzw. złotą emeryturę. Po trzecie idzie tam trzeci garnitur, choć w tym przypadku w Polsce jest nieco inaczej, ponieważ istnieje u nas duża różnica w zarobkach między parlamentem krajowym a europejskim. Spowodowało to, że partie zmuszone były ograniczać swoich posłów administracyjnie, tak jak PiS, bo inaczej wszyscy znaleźliby się na listach.

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...