Kampania emocji

Dodano:
Za każdym razem, przy okazji każdych wyborów, czy to do Sejmu, lub Parlamentu Europejskiego, a także prezydenckich, pojawia się postulat, aby były one merytoryczne. To znaczy, aby debata obracała się wokół spraw ważnych dla państwa, jego finansów, bezpieczeństwa, edukacji, etc., etc. A jak jest? Jest plebiscyt popularności poszczególnych kandydatów, okraszony ideologią w zwulgaryzowanej formie. Nad wszystkim panują spin doktorzy i media. Nawet afery, takie jak afera hazardowa, mają nikły wpływ na zmiany na scenie politycznej. Chyba, że stanie się coś wyjątkowego.
Katastrofa pod Smoleńskiem jest właśnie taką wyjątkową sytuacją, która „rozruszała" scenę polityczną. Myliłby się jednak ktoś, kto uważa, że wypadek samolotu TJ-154M da podstawy do szerszej dyskusji o państwie. Pojawiają się wprawdzie głosy, takie jak Czesława Bieleckiego, byłego opozycjonisty i znakomitego architekta, aby porozmawiać o państwie i jego wadach, niekompetencji i braku procedur, ale jest to odosobniony głos na pustyni intelektualnej polskiej polityki. Nawet Jan Rokita, kiedyś polityk, dziś publicysta, ma raczej mało do powiedzenia ostatnimi czasy na tema państwa i jego problemów.

Kampania prezydencka jest więc znów kampanią wizerunku i emocji. Wszystkie obozy polityczne unikają odniesienia bezpośredniego do wypadku, ale wszystkie go w ten czy inny sposób wykorzystują. Już sam fakt, że Bronisław Komorowski pełni funkcję po zmarłym Lechu Kaczyńskim, jest wystarczającym powodem do tego, aby mieć na uwadze, jak w pewnych sytuacjach zachowywałby się prezydent. Z kolei sztab wyborczy kandydata SLD, Grzegorza Napieralskiego zaangażował w kampanii rodziny zmarłych posłów tej formacji, w tym wdowę po kandydacie lewicy, Jerzym Szmajdzińskim.

Kampania wyborcza Prawa i Sprawiedliwości jest prowadzona dwutorowo. I co ciekawe, prowadzona jest przez dwa sztaby. To ewenement, który może dać Jarosławowi Kaczyńskiemu niespodziewane zwycięstwo w lipcu tego roku. Pierwszy sztab pracuje klasycznie - to politycy, działacze tej partii, którzy kreują medialny wizerunek Jarosława Kaczyńskiego. Myliłby się ten, kto uważa, że polega to tylko na tym, aby nie dopuszczać Jarosława Kaczyńskiego do głosu i nie wystawiać go na strzały konkurencji politycznej i mediów. To zamysł poważniejszy, mający przekonać wyborców, że śmierć brata i politycznych przyjaciół Jarosława Kaczyńskiego radykalnie go zmieniła. Kaczyński miał jakoby przewartościować swoje podejście do wielu spraw i do tego, jako postać tragiczna, ma obowiązek poświęcenia się państwu. Tu też są emocje, stonowane u samego Kaczyńskiego, które mają odwrócić uwagę wyborców. Kilka słów o ukochanym bracie, którego testament ma realizować Jarosław Kaczyński i aksamitne spojrzenie z plakatu wyborczego nad hasłem o tym, że dla niego ważna pozostała już tylko Polska - są ważniejsze i cenniejsze niż setki godzin jego kontrkandydatów spędzone na wiecach.

Drugi sztab stworzył się oddolnie. To zwolennicy Jarosława Kaczyńskiego (a jeszcze bardziej jego zmarłego brata). To tzw. zwykli Polacy, ale również ludzie mediów. To tacy ludzie, jak Jan Pospieszalski, Tomasz Sakiewicz, Anita Gargas, Łukasz Warzecha, szerokie grono publicystów "Rzeczpospolitej", czy dziennikarze i wydawcy TVP. To także działacze związkowi Janusza Śniadka. Oni przestali już się krygować żałobą i robią „polityczną" robotę. To też szeroka sieć wyborców, którzy w ramach politycznego i nieformalnego wolontariatu robią wszystko, aby ich kandydat wygrał.  Oni nie mają żadnych hamulców, aby katastrofę wykorzystać jako oręż w walce politycznej.

To właśnie to szerokie grono publicystów, ale także anonimowych blogerów lansuje tezę o rosyjskim zamachu na samolot prezydencki i nieudolnym, niezgodnym z polskim interesem, prowadzeniu dochodzenia w sprawie wyjaśnienia okoliczności kampanii. To jest tworzenie mitu zamachu, który miał być dokonany na samolot, a którego beneficjentem stał się marszałek Bronisław Komorowski i Platforma Obywatelska. Trudno wprawdzie jest uderzyć bezpośrednio w kandydata PO, ale można oskarżyć o zaniedbania rząd i polityków Platformy Obywatelskiej z Donaldem Tuskiem na czele. Tego rodzaju mit doskonale mobilizuje twardy elektorat, a dobrze obrabiany, sprzedawany i podgrzewany, zdobywa coraz więcej zwolenników wśród wyborców do tej pory niezdecydowanych. Prawo i Sprawiedliwość umywa oczywiście ręce od tego rodzaju działalności, ale zbiera jej profity. Bo na wzburzeniu społeczeństwa, jego radykalizacji i polaryzacji kandydat PiS skorzysta.

Obok mitu spisku doskonale funkcjonuje mit zmarłego prezydenta. Na tej bazie tworzony jest następny mit. To mit o tym, że "wyklęci" powstają w formie nowego Narodu, który tworzą nowi Polacy.  To próba wzniecenia czegoś w rodzaju oporu społecznego przeciwko reżimowi Donalda Tuska. Bronisław Komorowski na fotelu prezydenckim, przy rządzie Platformy Obywatelskiej to zagrożenie bytu tej grupy i zniewolenie Polski wobec Rosji i Niemiec. Wsparcie dla prawych daje duża część hierarchów kościelnych, a także Radio Maryja wraz z jego ideologami.

Kampania PiS-u jest pierwszą prawdziwą kampanią społeczną. To warto zauważyć. I tak właśnie obok oficjalnej, inteligentnej kampanii, której twarzą jest medialny wizerunek Jarosława Kaczyńskiego pokazuje się jego inny, bolesny, funeralny wymiar. Mamy kampanię "sieciową", tworzoną oddolnie. Obie kampanie doskonale się uzupełniają.

Platforma Obywatelska i Bronisław Komorowski, jedyny poważny konkurent, ma poważny problem, jak się tej działalności przeciwstawić. To duże wyzwanie dla specjalistów od kreowania wizerunku. Ale jeszcze poważniejszy problem, który został zasygnalizowany już w trakcie prawyborów w PO, polega na tym, co zrobić, aby poruszyć wyborców PO. Rok 2007, wybory parlamentarne, które dały zwycięstwo Platformie Obywatelskiej, to była właśnie wyjątkowa mobilizacja nowego, młodego elektoratu. Teraz czas, aby specjaliści PO znaleźli pomysł, aby kampania Bronisława Komorowskiego stała się równie nośna, jak jego konkurenta.

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...