Fiasko misji Cheneya

Dodano:
Kraje arabskie nie poprą rozszerzenia kampanii antyterrorystycznej na Irak do czasu powstrzymania fali przemocy na Bliskim Wschodzie.
Taki jest efekt, a raczej jego brak, dziesięciodniowej podróży po Bliskim i Środkowym Wschodzie amerykańskiego wiceprezydenta Dicka Cheneya, który bezskutecznie zabiegał o poparcie państw regionu w tej sprawie.

Jednak w każdej z odwiedzanych stolic arabskich rozmówcy amerykańskiego wiceprezydenta argumentowali, iż wobec narastających napięć izraelsko-palestyńskich kwestia iracka musi zejść na drugi plan. Apelowali natomiast do amerykańskiego gościa o jak najszybsze i bardziej dynamiczne zaangażowanie Waszyngtonu w sprawy konfliktu palestyńsko-izraelskiego oraz wywarcie presji na Izrael, by umożliwił Arafatowi - od grudnia pozostającemu w faktycznym areszcie domowym w Ramallah - wzięcie udziału w szczycie arabskim, mającym odbyć się pod koniec marca w Bejrucie. Na spotkaniu tym ma być oficjalnie zaprezentowana lutowa inicjatywa pokojowa saudyjskiego następcy tronu Abdullaha, oparta na zasadzie "pokój za ziemię". Obecność Arafata ma tu bardzo istotne znaczenie.

"Powiedziałem mu (Cheneyowi), że kraje Bliskiego Wschodu nie będą jednocześnie popierać dwu wojen (...). Atak na Bagdad w obecnej sytuacji byłby katastrofą. Zagrożona zostałaby zarówno stabilizacja, jak i bezpieczeństwo regionu", oświadczył po rozmowie z Cheneyem król Jordanii Abdullah w wywiadzie dla paryskiego "Le Figaro".

Cheney odpowiedział Arabom ofertą spotkania się z Arafatem w bliżej nieokreślonym terminie, pod warunkiem jednak przystania przez Palestyńczyków na rozejm z Izraelem. Wymusił też na Szaronie zgodę - pod tym samym warunkiem - na wypuszczenie Arafata poza granice Autonomii Palestyńskiej.

W trakcie swej wizyty w Izraelu w ramach tej podróży Cheney spotkał się z Szaronem, ale jak dotąd nie rozmawiał z Arafatem, co zostało odebrane przez Palestyńczyków jako przejaw faworyzowania jednej strony konfliktu.

Pozyskanie poparcia arabskiego dla wojny z Irakiem tym razem było o wiele trudniejsze niż w 1991 r., w momencie wojny w Zatoce Perskiej. Tym razem bowiem Waszyngton zwracał się do Arabów o poparcie nowej kampanii, wskazując na bardziej abstrakcyjne zagrożenie niż ówczesna inwazja na jeden z krajów arabskich (Kuwejt) - iracką broń masowej zagłady.

Jednak brak poparcia arabskiego dla rozszerzenia kampanii antyterrorystycznej na Irak nie ma większego znaczenia, ani nie stanowi przeszkody dla takiej akcji, uważa znany analityk z amerykańskiego Instytutu Studiów Zagranicznych w Monterey, Tim McCarthy. "Nie zabiegamy o jakikolwiek mandat. Chcemy, żeby (Arabowie) zachowali spokój, a także nie wygłaszali głośno krytycznych opinii".

em, pap
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...