Osama nie żyje - zwycięstwo Obamy i Busha
"Washington Post" podkreśla jednak, że w wytropieniu i likwidacji szefa Al-Kaidy ogromną zasługę ma także Bush, gdyż to on wytyczył politykę bezwzględnego ścigania terrorysty i jego unieszkodliwienia. Zdaniem dziennika, zabicie bin Ladena jest przede wszystkim "ogromnym zwycięstwem dla USA, gdyż kończy najbardziej nieugiętą misję wywiadu i wojsk amerykańskich w ostatnich 10 latach". Komunikat o śmierci bin Ladena - pisze "Washington Post" - "stworzył rzadki moment narodowej jedności w czasach głębokich podziałów w wielu kwestiach polityki krajowej i zagranicznej".
Analityk gazety Dan Balz akcentuje zasługi Busha w zlikwidowaniu terrorysty numer jeden. "Zaraz po 11 września Bush postawił sprawę jasno, mówiąc, że chce mieć Bin Ladena >żywego lub martwego<. Krytycy odebrali to jako kowbojskie zawadiactwo teksańskiego prezydenta, ale było to odbicie tego, jak absolutnie największą wagę przywiązywał on do pociągnięcia do odpowiedzialności człowieka winnego największego ataku terrorystycznego w historii tego kraju" - pisze autor. Argumentuje on następnie, że chociaż Bushowi nie udało się wytropić przywódcy Al-Kaidy, "jego upór w dążeniu do tego celu był namacalny i nadał ton dla całej społeczności wywiadu, któremu zlecono ściganie terrorysty". "Obama przejął od Busha tę determinację i podwoił wysiłki, by pokonać Al-Kaidę i zabić bin Ladena" - dodaje. Przypomina też, że Obama jeszcze jako kandydat na prezydenta zapowiadał, że jeśli otrzyma wiarygodne informacje wywiadowcze o miejscu ukrycia bin Ladena, nie zawaha się wysłać sił USA nawet do Pakistanu, aby tam go zlikwidować. Chociaż wywołało to wtedy ataki ze strony rywali jako zapowiedź kolejnej wojny, "to właśnie się stało w niedzielę" - zauważa Balz.
Powołując się na opinie ekspertów, "Washington Post" pisze też w innym miejscu, że śmierć bin Ladena oznacza tylko "dekapitację" Al-Kaidy i niebezpieczeństwo ze strony tej siatki może się nie zmniejszyć. "Al-Kaida przeistoczyła się w ostatnich latach, dostosowując taktykę tak, że pozostanie prawdopodobnie największym zagrożeniem dla USA mimo śmierci jej przywódcy" - czytamy w artykule dziennika.PAP