Pączek w roli kiełbasy wyborczej

Dodano:
Baloniki, breloczki do kluczy, ciastka, a nawet płyn do mycia naczyń: takie prezenty rozdawali kandydaci - informuje "Rzeczpospolita".
Kandydaci SLD ochoczo korzystali z gadżetów. Najoryginalniejszy był Marek Dyduch - rozdawał buteleczki z płynem do mycia naczyń czy  podszewki na poduszki. Inni nie byli gorsi: startująca z Gliwic Elżbieta Kwaśnicka rozdawała przed kopalnią pączki, Piotr Gadzinowski wręczał warszawiakom prezerwatywy, a kandydaci z Białymstoku wabili przechodniów lizakami i grą planszową "Jutro bez obaw".

PSL zamieścił na stronie internetowej listę drobiazgów, które kandydaci mogli zamawiać, m.in. zawieszki zapachowe do aut, breloczki do kluczy, na których można wypisać grupę krwi, termometry, kamizelki i opaski odblaskowe. Janusz Piechociński nie  zamówił niczego z tej listy. "Podwarszawskich wyborców nie będę kusił zawieszkami zapachowymi, skoro ich największym problemem jest paraliż komunikacyjny" - tłumaczy poseł PSL.

Oficjalnie PiS niczym nie kusił wyborców. "Gdy wchodziłem do polityki, rozdawałem we wsiach baloniki z moim nazwiskiem. Teraz nie muszę już walczyć o rozpoznawalność" - mówi poseł Zbigniew Girzyński. PiS ma jednak swój gadżet w tej kampanii - jest nim papryka, masowo rozdawana na  konwencjach i spotkaniach. Partię zainspirował plantator papryki, który pytał premiera "Jak żyć?".

Od gadżetów generalnie odżegnuje się również PO. Ale niektórzy kandydaci z Mazowsza rozdawali wyborcom odblaskowe naklejki. Według Joanny Gepfert, eksperta ds. marketingu politycznego, gadżety to dobry pomysł, zwłaszcza gdy jest dużo niezdecydowanych wyborców. "Płyn do mycia naczyń czy balonik to dobra inwestycja, ale  np. pączek to żaden gadżet, tylko słodka chwila, o której zaraz się zapomina" - podkreśla Joanna Gepfert.
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...