Dramat na Broad Peak. "Pomoc partnerowi nie wchodzi w grę"

Dodano:
Wyprawa na Broad Peak realizowana była w ramach projektu "Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015" pod patronatem prezydenta Bronisława Komorowskiego (fot. polskihimalaizmzimowy.pl)
- Prawdopodobnie osłabiony wspinacz mógł popełnić jakiś błąd techniczny, mógł spaść kawałek, wpaść do szczeliny - stwierdził na antenie TVN24 Aleksander Lwow, który 25 lat temu wspinał się z Maciejem Berbeką na Broad Peak. - Na ośmiotysięcznikach obowiązuje praca indywidualna. Na takich wysokościach, w takim stanie fizycznym i psychicznym jakakolwiek pomoc partnerowi nie wchodzi w grę - dodał.
Wyprawa na Broad Peak realizowana była w ramach projektu "Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015" pod patronatem prezydenta Bronisława Komorowskiego. Broad Peak to 12. najwyższy szczyt świata oddalony o dziewięć kilometrów od K2. Polakom, 5 marca, udało się jako pierwszym himalaistom w historii, zdobyć szczyt zimą.

Z zaginionymi himalaistami Tomaszem Kowalskim i Maciejem Berbeką nie ma kontaktu od ponad doby. Krzysztof Wielicki po raz ostatni rozmawiał z Kowalskim wczoraj o godzinie 6:30 (czasu pakistańskiego). Himalaista zgłosił, że ma trudności z oddychaniem.

- Jeśli widzimy szczyt i marzymy o nim latami, wydaje nam się, że nie ma problemu aby na niego wejść. Decyzję o ewentualnym powrocie podejmuje się tylko z powodu nadchodzącego zmroku lub pogarszającej się pogody. Niektórzy himalaiści nie podejmują takiej decyzji. Wtedy wpadają w pułapkę która sprawia, że nie mogą zejść do bazy - podkreślił Lwow.

Lwow podkreślił, że himalaiści w takich warunkach nie wiążą się linami.  - Każdy idzie własnym tempem. Widok partnera niekiedy pomaga psychicznie, a niekiedy jest zupełnie obojętny. Znam takie sytuacje gdy idzie się swoim tempem. Dochodzi się do wierzchołka, potem schodzi i mija się swojego partnera, który dopiero na szczyt dochodzi. Idzie się dalej w dół nie oglądając na niego - tłumaczył himalaista.

Mężczyzna wspominał także wspólną wyprawę na Broad Peak z Maciejem Berbeką. - Ja schodziłem w dół, bo robiło się późno i nadchodziła burza. Maciej powiedział, że spróbuje jeszcze kawałek. I poszliśmy. Każdy w swoją stronę. On w górę, a ja w dół. 25 lat temu mieliśmy jeden radiotelefon. Kiedy Maciej poszedł w kierunku szczytu to przez kolejnych dwadzieścia kilka godzin czekałem. Byłem odcięty od świata, w dodatku w środku potwornej burzy. Nie wiedziałem czy wszedł, czy żyje, czy zginął. To sprawiło, że po dwudziestu-kilku godzinach stwierdziłem, że zginął, ale on wtedy wrócił - relacjonował wyprawę sprzed 25 lat.

ja, tvn24.pl
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...