Gen. Anders kazał zamordować polskiego oficera? W tle wielkie pieniądze

Dodano:
Generał Anders na Monte Cassino (fot.Felicjan Maliniak, Instytut Polski im. Gen. Sikorskiego w Londynie/Fundacja Ośrodka KARTA/ Ilustracja materiału z tygodnika)
W maju 1946 r. generał Bór-Komorowski wysłał do Włoch komisję, by zbadała okoliczności śmierci ppłk. Hańczy. Istniały podejrzenia, że został on zastrzelony na polecenie gen. Andersa. Przyczyna? Pieniądze.

Historia, która – gdyby nie padające w niej nazwiska narodowych bohaterów – mogłaby służyć za scenariusz serialu o mafii, zaczęła się w czerwcu 1944 r. w Waszyngtonie. Stanisław Mikołajczyk, wówczas premier rządu RP na uchodźstwie, został przyjęty przez prezydenta Franklina D. Roosevelta oraz sekretarza stanu USA Edwarda Stettiniusa i poprosił o kredyt na finansowanie Armii Krajowej w okupowanej Polsce. Chodziło o 97 mln dolarów z programu Lend-Lease. W podróży do Stanów Zjednoczonych Mikołajczykowi towarzyszył 48-letni gen. Stanisław Tatar, przerzucony z Polski do Wielkiej Brytanii zaledwie dwa miesiące wcześniej. Oficjalnie Tatar, szef Oddziału Operacyjnego Komendy Głównej AK, został wysłany do Londynu jako emisariusz. W rzeczywistości kierownictwo komendy z gen. Tadeuszem Borem-Komorowskim na czele od dawna chciało się pozbyć krnąbrnego oficera, który wbrew obowiązującej w Warszawie teorii "dwóch wrogów” mówił o konieczności dogadania się ze Związkiem Radzieckim.

Mimo że poglądy Polaków na sytuację międzynarodową podobały się Rooseveltowi, prezydent USA obiecał jedynie znacznie mniejszą kwotę z własnego funduszu dyspozycyjnego. Miesiąc później, za pośrednictwem Banku Anglii, polski rząd w Londynie otrzymał 10 mln dolarów, z czego 1,5 mln zatrzymał do własnej dyspozycji. Pozostałe 8,5 mln wysłano do miasteczka Latiano w południowych Włoszech, gdzie mieściła się utajniona baza o kryptonimie "Elba”. Jej zadaniem było organizowanie zrzutów ludzi, sprzętu i pieniędzy dla Armii Krajowej. Szefem był 49-letni ppłk Marian Dorotycz-Malewicz, który ze względu na tajność wykonywanych zadań znany był jako Ryszard Hańcza. Był on również zaufanym człowiekiem gen. Tatara. Obaj oficerowie zostali przerzuceni z okupowanej Polski do Londynu w czasie tej samej operacji "Most I”.

Po upadku powstania warszawskiego los bazy stanął pod znakiem zapytania. Ostatni zrzut do Polski został wykonany w nocy z 26 na 27 grudnia 1944 r. Na kolejne Brytyjczycy nie wyrazili zgody i niespełna trzy tygodnie później Armia Krajowa została rozwiązana. Jednak w dyspozycji ppłk. Hańczy wciąż pozostawało co najmniej 8 mln dolarów, pochodzących zarówno z załatwionej u Roosevelta amerykańskiej pomocy, jak i wcześniejszych dotacji dla AK funduszu dyspozycyjnego prezydenta USA (było to 12,5 mln dolarów rocznie). O te pieniądze miała się wkrótce stoczyć prawdziwa bitwa.

Tajny komitet z tajnym funduszem

8 mln dolarów było wówczas ogromną kwotą (dziś należałoby ją pomnożyć razy 12). Dla Polaków było rzeczą oczywistą, że po rozwiązaniu "Elby” o pieniądze upomną się Brytyjczycy, gdyż operacyjnie baza podlegała ich Kierownictwu Operacji Specjalnych (SOE). Postanowiono więc zrobić wszystko, by nie trafiły one z powrotem do Banku Anglii.

Na początku 1945 r. oficerowie przeznaczonego do likwidacji razem z bazą Oddziału VI (Specjalnego) Sztabu Naczelnego Wodza w Londynie zawiązali tajny Komitet Trzech, którego zadaniem było ukrycie fortuny przed Brytyjczykami. W skład komitetu weszli gen. Stanisław Tatar, płk Stanisław Nowicki i ppłk Marian Utnik. Pieniądze z "Elby” zostały ukryte w utworzonej w tym celu Szkole Radiotechnicznej, mieszczącej się przy Piazza Remuria w Rzymie. Jej szefem został ppłk Ryszard Hańcza. Niedługo potem otrzymał od gen. Tatara kolejną dyspozycję: rządowi w Londynie należało ujawnić tylko ok. 5 mln dolarów. Reszta miała pozostać tajna pod nazwą funduszu Drawa, będącego wyłącznie do dyspozycji Komitetu.

Gen. Tatar nie miał złudzeń co do losów polskiego rządu w Londynie. W lutym 1945 r., w czasie konferencji w Jałcie, sprawa granic Polski i jej uzależnienia od Związku Radzieckiego została definitywnie przesądzona. Władze RP na uchodźstwie były bezsilne i z każdym dniem traciły na znaczeniu. W tej sytuacji Tatar, wtajemniczony przez byłego już premiera Mikołajczyka w plan dogadania się z komunistami, uważał, że wkrótce potrzebne będą środki na finansowanie jego działalności politycznej w Polsce. Był przekonany, że jeśli położy na nich rękę rząd londyński, fundusze zostaną po prostu przejedzone.

Wejście Andersa

26 lutego 1945 r. prezydent RP na uchodźstwie Władysław Raczkiewicz powołał na stanowisko p.o. naczelnego wodza 53-letniego gen. Władysława Andersa, dowódcę II Korpusu we Włoszech. Była to dziwna nominacja – naczelnym wodzem był już gen. Tadeusz Bór-Komorowski, mianowany na to stanowisko 30 września 1944 r. i od upadku powstania warszawskiego przebywający w niemieckim obozie jenieckim w Colditz. Czy ukrytym celem tej decyzji było przejęcie funduszy będących w dyspozycji ppłk. Hańczy? Wiele na to wskazuje: po konferencji w Jałcie wycofanie poparcia aliantów dla rządu emigracyjnego było kwestią kilku miesięcy, więc dalsze istnienie polskiego ośrodka politycznego w Londynie zależało od pieniędzy, które będzie on miał do dyspozycji. Ponieważ wyjaśnienia gen. Tatara co do wielkości kwoty i miejsca jej ukrycia nie usatysfakcjonowały Raczkiewicza, w marcu 1945 r. prezydent RP zwołał naradę z udziałem premiera Tomasza Arciszewskiego, ministra spraw wewnętrznych Zygmunta Berezowskiego i gen. Andersa, któremu zlecił przejęcie pieniędzy z "Elby” natychmiast po powrocie do Włoch, gdzie II Korpus zbierał siły przed zaplanowanym na kwiecień atakiem na Bolonię.

Ppłk Hańcza znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji. Gen. Anders, prawdziwy "pan wojny”, traktował Włochy jak swoje terytorium i oczekiwał całkowitego posłuszeństwa od wszystkich znajdujących się tam polskich oficerów i żołnierzy. Jego autorytet wzmacniała dodatkowo funkcja p.o. naczelnego wodza i polecenia pochodzące od prezydenta RP na uchodźstwie. Kiedy więc Władysław Anders wezwał podpułkownika do swojej kwatery w Rzymie i kazał mu oddać wszystkie fundusze pod opiekę służb wywiadowczych II Korpusu, Hańcza się zgodził. W rzeczywistości ani myślał wykonać ten rozkazu.

Tatar dogaduje się z Borem

Początkowo sytuacja sprzyjała przyjętej przez podpułkownika taktyce gry na zwłokę. W kwietniu 1945 r. II Korpus wziął udział w ciężkich walkach o Bolonię, gen. Anders nie miał więc głowy do zajmowania się pieniędzmi. W maju z obozu jenieckiego przyjechał do Londynu Tadeusz Bór-Komorowski, co oznaczało utratę przez Andersa funkcji p.o. naczelnego wodza. Zagrożenie ze strony II Korpusu chwilowo zmalało, nie był to jednak koniec kłopotów gen. Tatara. Wiedział on, że Bór i towarzyszący mu ludzie z dawnej Komendy Głównej AK, z którymi miał na pieńku, będą chcieli się go pozbyć. Postanowił się więc dogadać z kierownictwem byłej AK przeciwko II Korpusowi i jego dowódcy.

Propozycja, którą przedstawił, była prosta: trzeba wywieźć pieniądze z Rzymu i oddać je pod opiekę stacjonujących w Niemczech 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka i Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Tatar argumentował, że II Korpus szybko zostanie wycofany z Włoch przez Brytyjczyków, którzy wtedy położą łapę na jego funduszach, podczas gdy znajdujące się w Niemczech wojska okupacyjne pozostaną tam przez dłuższy czas. Bór-Komorowski zgodził się z tym argumentem i 27 czerwca na biurko Władysława Andersa trafiła depesza naczelnego wodza, w której nakazywał generałowi oddanie do dyspozycji ppłk. Hańczy ciężarówek II Korpusu, które miały przewieźć dolary z Rzymu do Niemiec.

Anders kipiał z wściekłości, ale rozkaz musiał wykonać. Polecił jednak wywiadowi II Korpusu operacyjne rozpracowanie Hańczy i ustalenie, gdzie się znajdują pieniądze. Wielka Brytania i Stany Zjednoczone uznały już komunistyczny rząd w Warszawie i stało się jasne, że oznacza to szybkie wycofanie poparcia dla rządu londyńskiego i przejęcie przez Anglików jego funduszy. Jak uważa mieszkający w Kanadzie historyk, dr Roman Buczek, Władysław Anders już wtedy myślał o budowaniu własnej pozycji politycznej na emigracji. Pieniądze były potrzebne m.in. na uruchomienie firm i biznesów, w których oficerowie II Korpusu znaleźliby zatrudnienie po przejściu do cywila.

Klasztor na wyspie

Latem 1945 r. sytuacja ppłk. Hańczy była nie do pozazdroszczenia. Wiedział, że jest inwigilowany przez służby wywiadowcze II Korpusu, zdawał też sobie sprawę, że postępuje nielojalnie, ukrywając przed naczelnym wodzem istnienie funduszu Drawa, którego przeznaczenie było dla niego tajemnicą. Jednocześnie, podobnie jak pozostali uczestnicy tej gry, wiedział, że trzeba zrobić wszystko, by pozyskane od Amerykanów pieniądze nie wpadły w ręce Brytyjczyków. Pierwszoplanową sprawą było przerzucenie dolarów do Niemiec. Ze względu na swoje przeznaczenie, czyli finansowanie podziemia, większość przechowywanych na Piazza Remuria pieniędzy była w banknotach 20-dolarowych. Ukryto je w specjalnych pasach, używanych wcześniej przez zrzucanych do Polski cichociemnych. Każdy pas mieścił od 33 do 60 tys. dolarów lub od 4 do 6 kg złotych monet. Ile dokładnie zapakowano w nie pieniędzy, nie wiadomo. Kwota, która miała zostać ujawniona naczelnemu wodzowi i zdeponowana w Niemczech, wynosiła 5 mln 311 tys. dolarów w gotówce oraz 43 tys. dolarów w złocie. Do tego dochodził tajny fundusz Drawa. Pasy załadowano na ciężarówki i 4 sierpnia 1945 r. konwój wyruszył w liczącą 1700 km trasę z Rzymu do Meppen i Bersenbrück w brytyjskiej strefie okupacyjnej w Niemczech, gdzie stacjonowały dywizja gen. Maczka i Samodzielna Brygada Spadochronowa.

W Rzymie pozostało ok. 1,2 mln dolarów. Czując, że wywiad II Korpusu jest już blisko ustalenia miejsca przechowywania tych pieniędzy, ppłk Hańcza postanowił ukryć je u polskich zakonników w klasztorze Bonifratrów na wyspie Tiburtina na Tybrze. Informacja, że nie wszystko zostało wywiezione do Niemiec, szybko jednak dotarła do Władysława Andersa i jego ludzi od jednej z „wtyczek” w Szkole Radiotechnicznej. Zapadła decyzja: podpułkownik zostanie wezwany na ostateczną rozmowę, od której będzie zależał jego dalszy los. Jeśli ujawni miejsce przechowywania pieniędzy, zostanie wytoczona przeciwko niemu przed sądem wojskowym jakaś mało istotna sprawa o nadużycie władzy, po której przeniesie się go z Rzymu w inne miejsce. Jeśli natomiast nie będzie chciał współpracować…

Śmierć Ryszarda Hańczy

Nigdy nie oskarżono wprost gen. Andersa, że kazał zlikwidować nieposłusznego oficera. Jak doszło do jego śmierci? 29 września 1945 r. ppłk Hańcza został rozkazem dowódcy II Korpusu odwołany ze stanowiska dowódcy Szkoły Radiotechnicznej. 2 października wezwano go do siedziby gen. Andersa w San Giorgio nad Adriatykiem. Kiedy tam jechał, oficerowie wywiadu II Korpusu zajęli budynek przy Piazza Remuria. W kwaterze Andersa Ryszard Hańcza został aresztowany pod zarzutem prowadzenia, wbrew rozkazom, korespondencji radiowej z Polską. Do czasu wyjaśnienia sprawy miał pozostać w San Giorgio. By jednak nie budzić podejrzeń, nie pilnowano go zbyt dobrze. Wolno mu było m.in. wychodzić na plażę, pozostał też z nim jego kierowca i służbowy samochód. Pod dwóch dniach takiego aresztu ppłk Hańcza postanowił uciekać. Następnego dnia, 5 października, oficerowie wywiadu II Korpusu wkroczyli do klasztoru na wyspie Tiburtino i zabrali przechowywane tam dolary. Nie wiadomo, kto zdradził miejsce ukrycia depozytu. W tym czasie ppłk Hańcza przebywał w oddalonym o 100 km miasteczku Rieti, skąd po czterech dniach wrócił do swojego, będącego pod stałą obserwacją, mieszkania przy Fonte di Fauno w Rzymie. 9 października 1945 r. o godzinie 9.30 rano dwóch podoficerów II Korpusu weszło z odbezpieczoną bronią do mieszkania Hańczy, by powtórnie go aresztować. Wtedy padł strzał. Według późniejszych zeznań uczestników akcji podpułkownik popełnił samobójstwo, strzelając sobie w prawą skroń ze służbowego pistoletu. Kula przebiła czaszkę na wylot, jednak żył jeszcze 36 godzin. Zmarł, nie odzyskawszy przytomności. W protokole z sekcji zwłok brakuje informacji, czy śmierć była wynikiem samobójstwa, czy postrzelenia przez inną osobę.

Co się stało z milionami?

Niejasne okoliczności śmierci podpułkownika skłoniły gen. Bora-Komorowskiego do powołania komisji, w której skład weszli gen. Antoni Chruściel i ppłk Stanisław Fieldorf (brat stryjeczny gen. Fieldorfa-Nila), jednak rozpoczęła ona pracę dopiero osiem miesięcy po tragicznym zdarzeniu. W czasie dochodzenia ustalono, że Ryszard Hańcza popełnił samobójstwo, ponieważ był „ofiarą nieco niezdrowych stosunków na wyższych szczeblach”. 1,2 mln dolarów przejęte przez Władysława Andersa (równowartość obecnych 15 mln dolarów) wzmocniło jego pozycję na emigracji. Jak ustalił dr Roman Buczek, za pieniądze te kupiono m.in. przedsiębiorstwa i farmy rolne, w których zatrudnienie znaleźli lojalni wobec generała ludzie. Inwestowano głównie we Francji i Włoszech, ale także w Afryce Południowej i Palestynie, gdzie osiedliło się kilku oficerów II Korpusu. Większość z przedsięwzięć upadła, spory dochód przyniosły natomiast nieruchomości, których wartość w powojennych latach szybko rosła.

Z ich sprzedaży gen. Anders mógł finansować działalność polityczną aż do śmierci w 1970 r. Ukryta w dywizji gen. Maczka i Brygadzie Spadochronowej „jawna” część funduszy została później zdeponowana w Belgii i we Francji i przeznaczona na finansowanie działalności kilku kolejnych rządów RP na uchodźstwie. Część również zainwestowano w firmy, farmy i kamienice. Dysponentem tych pieniędzy został ppłk Jan Kamieński, który zaczął dzięki temu wyrastać na ważną postać powojennej emigracji.

Najciekawszy był jednak los funduszu Drawa, którym dysponował Komitet Trzech. Po zakończonym porażką wspieraniu wyborczej akcji Stanisława Mikołajczyka i jego partii PSL w Polsce gen. Tatar postanowił przeznaczyć pieniądze na odbudowę kraju. Mimo sprzeciwu "londyńczyków” kilkaset tysięcy dolarów zostało przekazanych komunistycznemu rządowi na zakup autobusów, stacji sanitarnych i urządzeń technicznych. Pozostałą kwotę przewieziono do Warszawy w lipcu 1947 r. razem z tzw. złotym skarbem FON (Fundusz Obrony Narodowej – według różnych źródeł było to od 208 do 350 kg złota), który również znalazł się w dyspozycji Komitetu Trzech. Czym kierowali się generałowie Tatar, Utnik i Nowicki, przekazując te aktywa komunistom, nie wiadomo do dziś.

Wiadomo tylko, że po powrocie do Polski w 1948 r. i otrzymaniu z rąk prezydenta Bieruta odznaczeń i awansów wytoczono im proces i w 1951 r. skazano na kary od 15 lat do dożywocia za szpiegostwo (wyszli na wolność w czasie "odwilży” 1956 r.). Po tym zdarzeniu nikt już nie śmiał przypominać gen. Andersowi jego "skoku na kasę”. Sprawa tragicznej śmierci ppłk. Mariana Dorotycza-Malewicza – Ryszarda Hańczy – została skazana na zapomnienie. 

Artykuł ukazał się w jednym z ostatnich numerów tygodnika "Wprost" (38/2013)

Najnowszy numer "Wprost" od jutra będzie  dostępny w formie e-wydania .  
Najnowszy "Wprost" będzie także dostępny na Facebooku .  
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania .

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...