Otello z gazrurką. "Prawdziwy morderca naszej rodziny"?

Dodano:
(fot. sxc.hu) Źródło: FreeImages.com
Zamordował żonę, bo za długo rozmawiała przez telefon z córką. Syn i teściowa zginęli, gdyż byli świadkami przestępstwa.
Oni nie żyją! – spazmowała do słuchawki Agnieszka J., informując o tragedii przyjaciółkę swojej mamy Elizę K. – Wybuchł gaz albo był napad. Tata zawiadomił policję. – Ale kto zginął? – na kilkakrotnie powtarzane pytanie wreszcie padła odpowiedź: mama, brat i babcia. Do zdarzenia doszło w Dęblinie. Z protokołu oględzin: w małżeńskiej sypialni skrępowana taśmą izolacyjną leżała martwa Anna J. Na jej głowie były liczne urazy, ciosy prawdopodobnie zadano siekierą. Pościel na łóżku nasycona łatwopalną substancją. Koło łóżka, na taborecie, na wpół wypalona świeczka. W pokoju obok ciało 16-letniego Karola, syna Anny, też ciężko pobitego. Na korytarzu w kałuży zakrzepłej krwi zwłoki jej 89-letniej matki. Wokół rozłożone ubrania, również oblane płynem łatwopalnym. Nie ujawniono śladów rabunku. Biegli informatycy stwierdzili, że 1 listopada 2009 r. Anna J. długo, niemal do dwunastej w nocy rozmawiała z córką przez komórkę, ostatnie połączenie telefon zarejestrował o 23.47. Karol tkwił przy komputerze do godziny 00.03. – Co się zdarzyło potem? – zastanawiali się śledczy.

Ja w ogóle nie płaczę

Zbigniewowi J., mężowi Anny, w czasie przesłuchania nie zamykały się usta. Dokładnie relacjonował wydarzenia tamtego dnia: spał w bokserkach (podał kolor, wzorek), żona w piżamie typu rybaczki. Rano przed wyjściem do pracy zjadł śniadanie (szczegółowy opis kanapki), zapytał żonę, czy Karol idzie do szkoły, bo był przeziębiony. Anna odpowiedziała, że nie, zamówiła wizytę w przychodni. Niestety, nie zadbał jak zwykle o włączenie ogrzewania, bo piec gazowy jest w piwnicy, a wyłącznik światła do tego pomieszczenia znajduje się w łazience, w której akurat była teściowa. Spieszył się, więc tylko pocałował żonę na do widzenia i pojechał rowerem do swojego zakładu. Z pracy zatelefonował do Anny, czy ma coś kupić, gdy będzie wracał do domu. Chciała papierosy i ulubione jagodzianki.

Gdy około godziny 16 podjechał rowerem do swojej furtki (po drodze wstąpił do marketu, nabył jeszcze 35 deka kiełbasy), zobaczył, że skrzynka gazowa jest otwarta. Drzwi do domu były zamknięte na klucz, ale już od progu poczuł swąd spalenizny. Żonę znalazł martwą na kanapie. Nie żyli także syn i teściowa. – Mordercą jest na pewno jakiś zboczeniec. Zabił na tle seksualnym, dlatego żona była związana. Syn zginął, bo wszedł do sypialni i wszystko zobaczył. To mógł być nasz sąsiad, znany w okolicy gwałciciel. Gdy byliśmy z Anią młodzi, mężczyzna przypominający sylwetką tego mężczyznę próbował zaatakować moją żonę – przekonywał. Zbigniew J. ekspresyjnie opowiadał, co czuł na widok ofiar: – Krzyczałem z rozpaczy, obejmowałem Annę, miłość mego życia. Nie chciałem uwierzyć, przecież jeszcze w nocy się kochaliśmy. Na widok zamordowanego syna o mało nie postradałem zmysłów! Gdy trochę doszedłem do siebie, zobaczyłem, że właz do piwnicy jest uchylony. Zszedłem tam i włączyłem blokadę dopływu gazu. Potem J. zadzwonił do córki i na policję. Spisujący protokół policjant zanotował: „Dużo nieważnych szczegółów i żadnych emocji”.

Ponowne przesłuchanie Zbigniewa J. odbyło się w obecności psychologa. Ten napisał w diagnozie: „Drobiazgowo przedstawia zdarzenia, precyzyjnie opisuje okoliczności, jakby chciał odwlec moment, w którym musi wrócić do istoty sprawy. Bez wzruszenia opisuje, w jakich pozycjach leżały ciała. W czasie wizji nie wykazuje żadnego oporu w kontakcie z manekinem, swobodnie się zbliża i prezentuje ułożenie ofiar w mieszkaniu. W testach „szczeblowego napięcia” na pytanie: »To pan pozbawił życia człowieka?« amplituda oddechu klatki piersiowej uległa zniżeniu. Po pytaniu, czy pozbawił życia członka swej rodziny, widoczna była rosnąca obawa przed tego rodzaju indagowaniem. Powiedział: »Mam nadzieję, że wyniki wyszły dobrze. Ja tego nie zrobiłem. Wiem, że nie wykazuję żadnych zewnętrznych objawów, bo ja w ogóle nie płaczę«. Jest to zachowanie charakterystyczne dla osób ukrywających informacje dotyczące ich udziału w zdarzeniu. Należy zaznaczyć, że nie są to testy rozstrzygające o winie”.

Siekierą i hantlami

Kolejni biegli – w zakresie telefonii bezprzewodowej, gazownictwa i osmologii – zdecydowanie już wskazywali na Zbigniewa J. jako podejrzanego o morderstwa. Ich zdaniem to on zniszczył w nocy tasakiem telefon komórkowy żony, przerywając w ten sposób rozmowę z córką. Na skutek uderzenia z aparatu wypadła bateria, co wyłączyło telefon z sieci. Następnie J. skrępował taśmą ręce i nogi Anny oraz zakleił jej usta (na materiale pozostały ślady zapachowe przestępcy). Biegli dowiedli, że ofiara zdołała poluzować taśmę na nadgarstkach, ale oprawca był szybszy. Nietypowo odsunięta kuchenka gazowa w jadalni, zrzucone na podłogę patelnia i żeliwny palnik wskazywały, że musiało tam dojść do walki między ojcem a synem. J. kilkakrotnie uderzył Karola obuchem siekiery oraz hantlami, które wydobył spod tapczanu dziecka. Teściową zaatakował, gdy usiadła przy stole. Broniła się – mimo ciężkich ran zdołała się doczołgać do sypialni córki. Ale zabójca tam ją dopadł i – sądząc po śladach krwi – dociągnął do kuchni, gdzie, nim bestialsko zabił, dusił kołdrą.

Po zabójstwie nasączył rozpuszczalnikiem pościel na małżeńskim łóżku, wykładzinę na podłodze i inne miejsca. Sekcja zwłok wykazała, że ofiary jeszcze żyły, gdy zaczął się tlić pożar. Do ich powolnej śmierci doszło na skutek silnych obrażeń i zatrucia tlenkiem węgla. Morderca zaraz po dokonaniu zbrodni metodycznie zacierał ślady. W skrzynce na zewnątrz budynku zamknął główny zawór dopływu gazu. Następnie zszedł do piwnicy i piłką do metalu przeciął rurkę doprowadzającą gaz do pieca. Pozostawił niedomknięty właz do piwnicy – umożliwiało to szybkie ulatnianie się gazu do wyżej położonych pomieszczeń. W sypialni oraz pokoju teściowej ustawił na taboretach płonące świeczki.

Zbigniew J. znał zasady obchodzenia się z gazem, bo pracował jako monter takich instalacji. Sam je zakładał w swoim domu. Uszkodzony zamek w drzwiach wejściowych miał sugerować, że morderca przyszedł z ulicy. Ale biegły znalazł w tym miejscu tylko ślady Zbigniewa J. Dlaczego, wychodząc, zamknął drzwi na klucz? Bo wiedział, że Eliza K. często odwiedzała Annę o poranku, a nie chciał, by zbrodnię odkryto zbyt wcześnie. Przesłuchiwana przyjaciółka ofiary zeznała, że przez dziewięć lat nigdy nie zastała drzwi do domu J. zamkniętych na klucz. 2 listopada nie wychodziła na miasto. Od ósmej rano do popołudnia tuż obok pracowali dekarze i hydraulicy z Miejskich Zakładów Gospodarki Komunalnej. Mieli tak dobrą widoczność na teren posesji, że brygadzista zauważył nawet otwarte drzwiczki w skrzynce gazowej. Dom wyglądał, jakby nikogo nie było. Śledczy sprawdzili – Anna J. nie zgłosiła się z synem u lekarza. Od północy nie odpowiadała też na telefony córek, które kilkanaście razy usiłowały się z nią skontaktować.

Za duży dekolt

Jeśli to był J., dlaczego zabił? – szukali wyjaśnienia śledczy. Podejrzany roztaczał przed nimi obraz zgodnego małżeństwa. W czasie badania psychologiczno-psychiatrycznego deklarował, że nigdy nie zdradził żony ani nie pomyślał o rozwodzie, wszak jest głęboko wierzący. Co go denerwowało u małżonki? Nie lubił, gdy na weselu zbyt długo tańczyła z jednym partnerem. Podchodził wtedy i mówił cicho: „Może wystarczy?”. Nie lubił, gdy miała zbyt duży dekolt. Przysięgała mu w kościele wierność i tego powinna się trzymać. Ale nigdy jej nie śledził, nie sprawdzał telefonu. Córki, powściągliwe w zeznaniach, stały murem za ojcem, nie dopuszczały myśli, że mógł być mordercą ich matki. O wiele więcej miała do powiedzenia Eliza K.

– Zbyszek mnie nie lubił – zeznała – bo uważał, że mam na jego żonę zły wpływ. Denerwował się, że gdy on jest w pracy, przychodzę tam na kawę. Ania nie pracowała z powodu wady wzroku, więc wpadałam do niej rano, czasem była jeszcze w nocnej koszuli. Sama sobie otwierałam furtkę, klucz tkwił od strony podwórka. To prawda, że Anna pod moim wpływem bardziej się usamodzielniła. Przedtem pytała męża, czy może wyjść z domu. Potem tylko mówiła, że wychodzi. On chciał ją trzymać na krótkiej smyczy. Był zły, że co wtorek wyprawiała się na trzy dni do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, aby się zaopiekować chorym wnuczkiem. On tego nie rozumiał, podejrzewał, że żona pewno kogoś ma w stolicy. To było bardzo krzywdzące.

Na pytanie o współżycie małżeńskie tej pary świadek westchnęła. No, nie było dobrze. Przez ostatnie pół roku przyjaciółka unikała kontaktów seksualnych z mężem, mówiła mu, że odpycha ją jego nieświeży oddech. A nie chciał iść do dentysty. – Kiedyś mi powiedziała, ale to było w nerwach, że będzie ze Zbyszkiem, póki Karol nie skończy 18 lat. Wtedy spakuje rzeczy męża i wystawi walizki przed dom. Ma dosyć jego scen o wymyślonych kochanków. Patologiczną zazdrość Zbigniewa J. potwierdziła też inna znajoma małżeństwa J. – Z biegiem lat to się u niego pogłębiało. Na wesele córki Ania uszyła sobie suknię z dekoltem, nic ostentacyjnego. Już podczas przymiarki zagroził, że potnie materiał, bo gdy ona się pochyla, widać kawałek piersi. Ania posłusznie wszyła tasiemkę w ten dekolt, za wszelką cenę starała się uniknąć awantur. Chowała przed Zbyszkiem telefon. On kontrolował, z kim rozmawia, sprawdzał SMS-y.

Chociaż coraz więcej wskazywało, że mordercą jest Zbigniew J., jego córki nie chciały słyszeć o takim podejrzeniu. Powtarzały za ojcem: Karol miał jakiś spór z rówieśnikami, chcieli mu zabrać skuter; może to oni napadli, gdy tata pojechał do pracy? Przypomniały też sobie, że ktoś im otruł psa – czyż to nie jest trop dla śledczych? Sprawca mógł się przygotowywać do rabunkowej napaści. A że nic z domu nie zginęło? Po prostu nie znalazł szuflady, gdzie mama trzymała pierścionki. Małżeństwo rodziców przedstawiały jako dobre, zgodne. Agnieszka wprawdzie zauważyła, że tata był zazdrosny o mamę, denerwował go sąsiad, który do niej wydzwaniał, ale przecież nigdy nie podniósł na nią ręki. Mama tylko żartowała, mówiąc, żeby nie był taki Otello, bo znajdzie sobie innego. Chłopak starszej córki nie wystawił jednak podejrzanemu dobrego świadectwa: – J. ciągle podejrzewał żonę o zdradę. Sąsiad nie mógł zagadać przez płot, bo zaraz w domu awantura, ordynarne przekleństwa. Byłem zaskoczony taką reakcją. Wystarczyło, że pani Ania wyszła na miasto. Nie mogła po powrocie powiedzieć, kogo spotkała, bo zaraz usłyszała od męża, że jest k… Karol mi mówił, że jego ojciec ma coś nie w porządku z głową.

Sprawdźcie zięcia

Zamknięty w areszcie Zbigniew J. żądał od prokuratora wypuszczenia go na wolność, wszak jest niewinny. Napisał: „W obliczu faktu znalezienia przez policję nadciętej w piwnicy rury od gazu powinien w końcu prokurator myśleć głową, a nie idiotycznymi uprzedzeniami. Gdybym wiedział o przecięciu, to musiałbym być kompletnym idiotą, bestią, nie człowiekiem, aby narażać moje córki na niebezpieczeństwo wysadzenia w powietrze budynku. (…) Myślę, że może w końcu ten fakt da prokuratorowi coś do logicznego myślenia i zacznie ścigać prawdziwego mordercę naszej rodziny”. Napisał też do córek: „Tu za kratami czuję się jak śmieć, który można zniszczyć, podeptać, bo ktoś trwa w idiotycznym i bezsensownym przekonaniu, że ja mógłbym mieć coś wspólnego ze śmiercią mojej najbliższej rodziny – ukochanej Anusi, mojego ukochanego Karola i mamy, która nie zrobiła mi nic złego w życiu. Tak pięknie zaczął się ten 2 listopada, gdy wychodząc do pracy, pocałowałem Anusię jeszcze leżącą w łóżku. Czy mogłem przypuszczać, że do naszego domu wejdzie ta łajza, bo nie można go nazwać człowiekiem? To, co zastałem po powrocie, jest nie do opisania. (...) Zapewniam was, że jestem niewinny. Poddałem się testowi prawdomówności – wykazał, że mówię prawdę”.

Test, który przeszedł Zbigniew J., badał tylko reakcję jego organizmu na istotne dla śledczych pytania. Odpowiedzi podejrzanego świadczyły, że wie on co innego, niż zeznaje. Odmowa wypuszczenia J. z aresztu wywołała lawinę kolejnych listów podejrzanego. Tym razem ze wskazaniem bardzo ważnego jego zdaniem, a pominiętego w śledztwie tropu w szukaniu mordercy. Otóż mógł to być niedoszły zięć. On poprzedniego dnia wchodził do piwnicy, oglądał instalacje. To, że nagle zerwał kontakt z narzeczoną, dowodzi, że się bał, aby policja nie odkryła, że to on przeciął rurę gazową przy piecyku. „Na 150 procent jest mordercą” – napisał J. Prokuratora nie przekonała jednak ta korespondencja i wkrótce Zbigniew J. usłyszał, że jest oskarżony o potrójne zabójstwo.

Córki nie wierzą

Proces był poszlakowy, bo J. nie przyznawał się do winy. Córki nadal nie dopuszczały myśli, że to ojciec jest zbrodniarzem. W zeznaniach eksponowały miłość ojca do ich brata, jego wrażliwość – gdy zawiadamiał je o tragedii, płakał. Nic im nie było wiadomo, aby rodzice się kłócili. Owszem, ojca denerwowało, gdy mamę ktoś podrywał, ale to tylko świadczyło o jego ciągle wielkiej miłości. Obciążające oskarżonego zeznania przyjaciółki matki (twierdziła, że po wykryciu morderstwa widziała, jak J., uderzając głową w mur, mówił do znajomego: „Co ja zrobiłem, jak będę z tym żyć!”), tłumaczyły jej zazdrością, bo sama nie miała tak udanego małżeństwa.

Sąd uznał, że ustalenia w postępowaniu przygotowawczym i procesowym, a także poszlaki tworzą logiczny ciąg, i orzekł dla Zbigniewa J. prawomocny wyrok dożywocia (przy zdaniu odrębnym ławnika: „W kilku opiniach biegłych nie stwierdzono, że dowody zabezpieczone na miejscu świadczą z całą pewnością o winie”). Skazany, opuszczając salę sądową, krzyczał: – Jak można tak postąpić z człowiekiem, który jest niewinny! To jest hańba. Nie ma żadnych dowodów! Obok J. szły jego córki i go podtrzymywały. Kasacja do Sądu Najwyższego została oddalona.

Tekst ukazał się w numerze 47/2013 tygodnika "Wprost".

Najnowszy numer "Wprost" jest dostępny w formie e-wydania .  
Najnowszy "Wprost" jest  także dostępny na Facebooku .  
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchani a 
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...