Rzuciła partnera i związała się z innym. Były utopił ją w szambie

Dodano:
(fot. sxc.hu) Źródło: FreeImages.com
Skończyła prawo, robiła karierę, tylko uczucia ulokowała fatalnie. Gdy chciała się z nich wyplątać, jej przystojny partner utopił ją w szambie.

Waktach sądowych znajduje się ostatnie zdjęcie 32-letniej Anety P. zrobione telefonem komórkowym. Zgrabna blondynka w krótkim trenczu stoi koło fontanny na rynku we Wrocławiu. Wysokie szpilki, w ręku aktówka. Wpatruje się w wylot jednej z uliczek. Czeka na kogoś? Widać, że zatrzymała się w biegu, nie będzie wysiadywać na pobliskiej ławce.

Miłość w baśniowym zamku

Aneta jest kobietą sukcesu. Skończyła prawo, ma odpowiedzialną pracę w instytucji państwowej, zamierza otworzyć kancelarię adwokacką. Mieszka we wsi pod Wrocławiem w poniemieckim domu, który kupiła i przebudowuje na hacjendę. Trzy lata wcześniej za pośrednictwem portalu eDarling.pl poznała Marka S. Bardzo przystojny, młodszy od niej sześć lat. Przedstawił się jako doradca finansowy. Szybko odkryła, że jest kucharzem we wrocławskiej restauracji. To niewinne kłamstwo uznała za przejaw infantylizmu i puściła w niepamięć. Spotykają się. Ona ma pieniądze, na weekendy wymyśla atrakcyjne wycieczki. Na przykład jadą do Mosznej (Opolskie) do starego zamku, niegdyś własności rodu Wincklerów. To bardzo osobliwa budowla ozdobiona 99 niebotycznymi wieżami, nie bez powodu nazywana przez architektów gargamelem, bo tyle w niej pomieszania stylów – od podrabianego gotyku po eklektyzm. Właśnie na szczycie jednej z wież Marek wyznaje jej miłość.

Wkrótce wprowadza się do jej hacjendy. Jego brat pomaga w dokończeniu robót remontowych. W wigilię Bożego Narodzenia 2010 r. Aneta zaręcza się z Markiem. Jadą do jej rodziców, aby poznali przyszłego zięcia.

Kilka tygodni później kobieta oznajmia narzeczonemu: "Musimy porozmawiać". Uważa, że jest niedojrzały emocjonalnie, nie tak sobie wyobrażała ich związek. Powinien się wyprowadzić. Marek błaga, przeprasza, płacze. Bez skutku. Zmienia więc ton, kategorycznie domaga się 15 tys. zł za dozór nad budowlańcami. Aneta uważa roszczenia kochanka za nierealne: jaki dozór, wszak on od rana do wieczora kucharzy w restauracji. Wybija mu to z głowy i z przezorności prawniczej odbiera od S. oświadczenie, że nie ma do niej żadnych roszczeń finansowych.

Były narzeczony na te warunki przystaje, lecz nadal telefonuje, nęka SMS-ami, w których straszy, że odbierze sobie życie. Korzystając z tego, że kobieta nie zdążyła zmienić zamków w drzwiach, podczas jej nieobecności układa w sypialni z kwiatów serce z napisem "Kocham cię". Szuka pomocy u rodziców Anety, u jej brata. Bezskutecznie. Wszyscy radzą mu spasować – tym bardziej że ze swoim wyglądem nie powinien mieć problemu, aby poznać inną.

Już do ciebie jadę

Na początku maja 2011 r. Aneta poznaje na portalu randkowym Przemysława. Spotykają się w realu. W telefonie Anety pojawia się pełno połączeń i SMS-ów od nowego znajomego. Zapowiada się wspólny weekend. Ona, nagabywana ciągle przez Marka S., informuje go telefonicznie, że w jej życiu pojawił się ktoś nowy, a tamto między nimi jest już skończone. Niech zapomni. On jest głuchy na te prośby, wciąga ją w SMS-owe rozmowy. Aneta tłumaczy się ze swojej decyzji o rozstaniu: "Chciałam zbudować nasz wspólny dom, w którym byłaby radość, szczęście i zaufanie. Nie umiałeś tego docenić".

"Zrobiłeś zbyt dużo złego, aby mi teraz stawiać warunki". "Postaraj się, abyśmy po tym wszystkim potrafili jeszcze z sobą normalnie rozmawiać. Nie niszczmy do końca tego, co skrupulatnie budowaliśmy przez 3 lata". Prośby kobiety odnoszą pewien skutek, bo w połowie maja jej SMS-y do Marka są już przyjaźniejsze w tonie. Pisze mu, że była u rodziców, z kuzynami wybrała się w krakowskie Skałki. A w postscriptum: "Bardzo się cieszę, że mogę na ciebie liczyć, mimo że nie jesteśmy już razem". W jej telefonie komórkowym nie zachowały się odpowiedzi z tamtego okresu, stąd nie do końca wiadomo, dlaczego w zachowaniu Anety nastąpił nagły zwrot i z jakiego powodu zaprosiła Marka do swojego domu.

Od tego momentu – jest połowa maja – z SMS-ów mężczyzny znikają płaczliwe tony. "Jak tam idzie praca, kochanie, twój przystojniak chciałby przyjechać dzisiaj i cię ogrzać, Dziubaku:. "Aneta, doceń moją wielką miłość". "Nóżki masz zajebiste, jak i resztę ciała, cała jesteś zajebiście urocza, nie martw się o kondycję, zadbamy o nią razem". "Buziaki dla mojej pięknej kobiety z zajebiście jędrnymi piersiami. Twój Na Wieki Marek". "Co tam kochanie. Proszę o pozytywne rozpatrzenie mojego przyjazdu na weekend. Prośbę swą motywuję bardzo dobrym zachowaniem. Kocham". "Chciałbym, abyś mi zaufała. Kochaj mnie tak, jak ja kocham ciebie, proszę daj zaopiekować się tobą i mieć z tobą dzieci. Twój Marek". Ostatni SMS: "Anetko, już do ciebie jadę. Marek". Jest 23 maja.

Głuchy telefon

Co się zdarzyło potem, dziś wie na pewno tylko Marek S. Podczas pierwszego przesłuchania twierdził, że 23 maja Aneta zatelefonowała do niego, mówiąc, że w domu ulatnia się gaz z butli. I prosiła go o pomoc. Przyjechał, dokręcił zawór, został na noc, rano odwiózł ją do pracy. Tego dnia miała zamówioną po południu kosmetyczkę – S. odebrał ją spod gabinetu, pojechali do jej domu. Sąsiadka widziała go, jak podlewał ogródek. Wieczorem podał jej kolację: gotowanego kurczaka. Nie chciała jeść, bo bolała ją głowa. Gdy on samotnie jadł w kuchni, Aneta leżała na kanapie. Potem uprawiali seks. Przed północą wybrali się samochodem do Wrocławia, aby z jej konta pobrać bankomatową kartą 5 tys. zł dla producenta ogrodzenia domu. Marek S. znał taki zakład, nazajutrz miał przekazać zaliczkę.

Około pierwszej w nocy sam wrócił do swojego mieszkania. 25 maja wieczorem zapytał telefonicznie sąsiadkę Anety, czy jechały rano szynobusem do Wrocławia, bo narzeczonej nie było w biurze i on jest bardzo zaniepokojony. Sąsiadka tego dnia miała okolicznościowy urlop, ale przez okno widziała, że w willi cały dzień rolety były opuszczone, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. – Mam złe przeczucia, muszę tam jechać – zdecydował jeszcze w czasie tej rozmowy Marek S.

Czy rzeczywiście dojechał do tej wsi? Nikt go nie widział. Natomiast następnego dnia zadzwonił do Jerzego P., brata Anety, prosząc, aby zainteresował się tym, że siostra już drugi dzień ma wyłączoną komórkę. On nie może podjechać do niej, gdyż pracuje w restauracji do północy. Od sąsiadki wie, że w domu od dwóch dni są opuszczone żaluzje. Brat Anety nie znajdując siostry w jej domu ani też śladów włamania, zawiadomił policję. Marek S. podczas ponownego przesłuchania potwierdził, że ostatni raz widział Anetę we wtorek wieczór 24 maja. Rozstali się o pierwszej w nocy. Gdy wrócił do siebie, wysłał jej SMS, że kładzie się spać, ale nie dostał odpowiedzi. W środę rano jej telefon był głuchy – myślał, że ma rozładowaną baterię. Zaczął się martwić, gdy Aneta, taka punktualna i obowiązkowa, nie przyszła do pracy.

Tropy

Informatycy uważnie przejrzeli komputer Marka S. Okazało się, że jeszcze tej samej nocy z 24 na 25 maja wpisywał w Google takie hasła: czas rozkładania się zwłok w wodzie, ślady linii papilarnych na zwłokach leżących w wodzie, jak łatwo skręcić kark kobiety, czy gaz propan-butan w butli może wybuchnąć po włączeniu radia, w jakich innych okolicznościach. Sprawdzono połączenia z telefonu Anety. 25 maja w godzinach wieczornych z tego aparatu wyszedł SMS do Przemysława z informacją, żeby o niej zapomniał, bo wróciła do narzeczonego Marka. Przemysław, nie mogąc zrozumieć tak nagłego zwrotu w zachowaniu dopiero co poznanej kobiety, usiłował się do niej dodzwonić, ale telefon był poza zasięgiem. Sąsiad Anety P. opowiedział policjantom o dziwnej wizycie Marka 24 maja około godz. 21. Prosił, aby zepchnął mu koparką ziemię do ogrodu z pobliskiej łąki. Sąsiad odmówił, tłumacząc, że nie ma już sprzętu budowlanego.

Brat Anety podejrzewał, że były narzeczony jego siostry mógł porwać dziewczynę i z zemsty za to, że go nie chciała, gdzieś ją przetrzymuje. Pamiętał wściekłość Marka, gdy na życzenie Anety przeprowadził z nim rozmowę, żądając, aby się trzymał od niej z daleka.

Jerzy P., który od lat był powiernikiem siostry, jako jedyny w rodzinie wiedział, co tak zraziło Anetę do Marka. Otóż podstępnie zdobył jej PIN do bankomatu oraz elektroniczne hasło konta bankowego. W ten sposób przelał sobie kilka tysięcy złotych. Dla prawniczki to była zwykła kradzież. – Bałem o siostrę – wyznał P. – Często pytałem przez telefon, jak tam Marek, ale ona, że nie ma o czym mówić. Gdy już po ich rozstaniu ten facet włamał się do jej domu, aby ułożyć na podłodze róże, zaproponowałem siostrze, aby na pewien czas sprowadził się do niej nasz ojciec. Jednak Aneta obawiała się, że w nowym miejscu tata będzie się bez mamy nudził. Nie zgodziła się. Zapewniała mnie, że da sobie radę. – Nie traktuj mnie jak głupiej, bezradnej blondynki – śmiała się. Ale ja czułem w tych słowach strach. Kiedyś się jej wyrwało, że nie zjadłaby niczego, co Marek ugotował, bo mógłby ją otruć.

Jerzy P. nie wierzył, że po rozstaniu z kucharzem siostra spotykała się z nim dobrowolnie, on musiał ją szantażować. Może tym, że popełni samobójstwo i w liście pożegnalnym zwali winę na nią? Wspominała mu, że tak jej groził. – Niewykluczone – snuł domysły w komendzie policji P. – że S. planował coś strasznego. Może wypadek drogowy? Na początku maja odkrył dwa umyślne nacięcia na pasku rozrządu w jej samochodzie. Siostra podejrzewała, że to robota Marka. Wszyscy w rodzinie martwiliśmy się, że Aneta nie potrafi się odczepić od tego faceta. On zresztą od samego początku zdecydowanie nie przypadł im do gustu. Byli z niej dumni. Pierwsza w ich robotniczej rodzinie skończyła studia, i to jakie – prawo na Uniwersytecie Wrocławskim. Sama doszła do wszystkiego: dobrej posady, własnej willi. Nie przewróciło się jej od tego w głowie – w każde święta przyjeżdżała do rodzinnego domu, odwiedzała krewnych. Do pełni szczęścia brakowało tylko udanego zamążpójścia.

Gdy zapowiedziała wizytę narzeczonego, niecierpliwie czekali, aż staną w progu. A potem wielkie rozczarowanie. Matka poszła się wypłakać do łazienki, a ojciec powiedział córce wprost: "To nie jest chłopak dla ciebie". – Drażniło nas jego zachowanie – zwierzył się Jerzy P. śledczemu. – Ledwo wszedł, od razu się pochwalił, jaki to z niego król parkietu; zawsze gdy tańczy, sypią się brawa. Nie pytając o pozwolenie, od pierwszej wizyty zwracał się do moich rodziców "mamo", "tato". Anetę demonstracyjnie obejmował, całował przy wszystkich – w naszej rodzinie takich rzeczy nie robi się na pokaz. Siostra była zakłopotana, widziałem, jak go odciągała na bok i strofowała. Poza tym kłamał – mówił, że jest doradcą finansowym, a potem się okazało, że kucharzem. I co gorsza, na jej utrzymaniu!

Plan: morderstwo

27 maja policja znalazła ciało Anety P. utopione w przydomowym szambie. Sekcja zwłok wykazała, że kobieta zmarła wskutek uduszenia. Zdaniem biegłego ucisk na krtań musiał trwać przynajmniej kilkanaście sekund. Przed śmiercią ktoś silnie uderzył ją w twarz. Charakter obrażeń wykluczał możliwość przypadkowego ich powstania. Sprawca musiał wiedzieć, co się dzieje z ofiarą. Następnego dnia 26-letni Marek S. przyznał się do zbrodni. Pokazał też miejsce, w którym wyrzucił torebkę dziewczyny z dokumentami.

Jego wersja jako podejrzanego: pokłócili się wieczorem 24 maja, gdy wyszła z łazienki i na schodach powiedziała mu, że jest z nim w ciąży. Ale nie chce tego dziecka, zdecydowała się na aborcję. Początkowo usiłował odwieść ją od tego zamiaru, obejmował, całując. Jednak ona nie przyjmowała żadnych argumentów. Ogarnął go gniew, pociemniało mu w oczach; nie czuł, że przedramieniem naciska na jej szyję i niechcący doprowadza do zadławienia. Gdy to się stało i bez czucia stoczyła się po stopniach na podłogę, był przekonany, że kobieta nie żyje, ale nie sprawdzał pulsu. Nie zacierał śladów, nie uderzył jej pięścią, nie miał zamiaru przywłaszczać jej pieniędzy, wypłacając je z bankomatu. W panice myślał tylko o jednym – gdzie ukryć zwłoki. Na podwórzu dostrzegł przykrytą wiekiem studzienkę szamba. Wrzucił tam ciało Anety głową w dół (nadal nie upewniał się, czy na pewno nie żyje). Zakrył wieko. Jeszcze tej nocy wrócił do Wrocławia. Po drodze wyrzucił do rowu torebkę Anety z dokumentami. Gdy matka otwierała mu drzwi, była trzecia nad ranem.

S. początkowo zaprzeczał, aby w nocy 24 maja szukał czegoś w internecie, później po okazaniu mu wpisów tłumaczył, że to była taka zabawa dziwnymi słowami. Nie zgodził się na udział w wizji lokalnej, choć nie była to dla niego pierwszyzna. W czasie śledztwa wyszło bowiem na jaw, że miał za sobą już dwa wyroki za nielegalne posługiwanie się bronią i zniszczenie mienia. Sekcja zwłok wykazała, że Aneta P. nie była w ciąży. Kamera zarejestrowała, jak o północy zabójca pobiera z bankomatu na wrocławskim rynku 5 tys. zł. To było konto Anety P.

Podejrzanego poddano obserwacji psychiatryczno-psychologicznej. Biegli uznali, że Marek S. ma osobowość psychopatyczną, pozbawioną empatii i poczucia odpowiedzialności za swoje czyny. Kiedy dusił Anetę, nie był w stanie silnego wzburzenia. Morderstwo zaplanował i aż do momentu odnalezienia zwłok zachowywał się w sposób przemyślany. Po osadzeniu w areszcie Marek S. robił wszystko, aby unieważnić swoje wyjaśnienia w śledztwie. Między innymi napisał stamtąd list do rodziców, choć jako recydywista dobrze wiedział, że korespondencja trafi tylko do prokuratora. Oto fragment korespondencji: „Zamknęli mnie za coś, czego nie zrobiłem. Chcę wam powiedzieć, że w tej tragiczniej chwili, gdy moja ukochana Anetka zeszła na moich oczach, bo nie potrafiłem jej pomóc tym, że nie wezwałem pogotowia, mam do siebie żal, że strasznie nawaliłem. Ale stało się tak dlatego, że mój mózg blokował informacje o jej stanie. Nigdy nie wiemy, jak się zachowamy w danej sytuacji. Przecież mieliśmy się pobrać, moja ukochana spodziewała się dziecka! Przepraszam cię mamo że Święta Wielkanocne spędziłem z Anetą, a nie z wami. Tak strasznie się kochaliśmy, że chcieliśmy w ten czas pobyć w naszym domu. Marzę, aby po wyjściu stąd pojechać na grób mojej ukochanej Anety i zapalić świeczkę, aby wiedziała, że ją kocham tak, jak ona mnie kochała. Bardzo was proszę o przysłanie mi zdjęcia Anety” (pisownia oryginalna).

Przed sądem Marek S. odwołał swoje wyjaśnienia złożone w prokuraturze. Twierdził, że protokołu z przesłuchania nie czytał, a podpisał go, bo był w szoku. Podtrzymał wersję o przypadkowym uduszeniu dziewczyny, gdy obejmował ją ramieniem. Podał też nową okoliczność: tego dnia skarżyła się na kłucie w klatce piersiowej, może miała chore serce? W śledztwie skłamał, mówiąc, że nie sprawdzał jej pulsu. Przeciwnie, starał się ją reanimować. Wiedział, jak to się robi: masaż serca, dziesięć ucisków, dwa wdechy. Powtarzał to wiele razy, póki się ostatecznie nie upewnił, że Aneta nie żyje.

Sąd nie uznał tych wyjaśnień za wiarygodne. Nie znalazł podstaw do przyjęcia, że Aneta informowała oskarżonego, że jest w ciąży ani że zamierza ją usunąć. Z zeznań rodziny wynikało, że marzyła o dziecku, pytała matkę, czy w razie czego może liczyć na jej pomoc. – Późniejsza zmiana wyjaśnień oskarżonego nie nic wspólnego z prawdą, to tylko linia obrony. Nie ma żadnych okoliczności łagodzących – orzekł sędzia Sądu Okręgowego we Wrocławiu i skazał Marka S. na dożywocie. W apelacji obrońca zarzucił prokuratorowi, że odbierając od podejrzanego zeznania, nie interesował się jego stanem psychicznym. Marek S. był załamany nerwowo, o czym miałby świadczyć jego chwiejny podpis na protokole zeznań. Apelacja została odrzucona. Kasacja w SN jest przewidywana na początek roku.


Artykuł ukazał się w numerze 2 /201 4 tygodnika "Wprost"

Najnowszy numer "Wprost" jest dostępny w formie e-wydania .  
Najnowszy "Wprost" jest  także dostępny na Facebooku .  
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchani a 



Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...