Chiny zajmą miejsce USA?

Dodano:
(fot. sxc.hu) Źródło: FreeImages.com
Według niektórych prognoz Chiny już w tym roku zdetronizują USA i staną się pierwszą potęgą gospodarczą świata. Problem w tym, że zależy, jak i kto liczy.

Według najnowszych wyliczeń Banku Światowego do końca 2014 r. chiński PKB uwzględniający siłę nabywczą (Purchasing Power Parity) będzie większy niż ten sam wskaźnik obrazujący gospodarkę USA. Ta informacja zelektryzowała nie tylko gospodarczy, ale i polityczny świat. Jednak o tym, że Chiny mogą się stać największą gospodarką świata, mówi się od dawna. Analiz, prognoz i opracowań na ten temat, powstających w wielu instytucjach finansowych, jest bardzo wiele. Międzynarodowy Fundusz Walutowy również prognozuje, że Chiny staną się globalnym liderem, ale dopiero w roku 2019. Istnieje jednak poważny problem, jak zmierzyć i porównać gospodarkę Chin, szczególnie jeśli stawką jest koszulka lidera.

Chiński parytet

Trzeba podkreślić, że o ile wskaźnik PKB mierzony według siły nabywczej może być bardzo cennym materiałem porównawczym, o tyle nie daje nam jasnego obrazu o sile danej gospodarki, a już na pewno nie może stanowić podstawy do śmiałych tez pod tytułem „Chiny największą gospodarką świata”. Derek M. Scissors z American Enterprise Istitute, zamujmujący się na co dzień Chinami i gospodarczymi relacjami z USA, mówi wprost, że takie porównianie jest błędem. Z założenia parytet siły nabywczej pozwala nam lepiej zrozumieć osobiste dochody mieszkańców danego kraju. Dla przykładu roczny dochód na poziomie 500 dolarów amerykańskich w Bangladeszu (jakkolwiek zatrważająco niski z perspektywy świata zachodniego) jest w stanie zapewnić więcej podstawowych dóbr niż ta sama kwota w Australii. Po pierwsze, trzeba porównać siłę nabywczą w całym Bangladeszu i Australii, a następnie dopasować do niej różniące się od siebie dobra i usługi. Zadanie wręcz karkołomne.

Po drugie, istnieje poważniejszy problem. Parytet siły nabywczej nie pokazuje rozmiaru gospodarki. To, że porównywalne dobra i usługi są tańsze, nie oznacza przecież, że gospodarka Bangladeszu nagle jest większa od gospodarki Australii. Scissors przytacza też inny argument. W rzeczywistej ocenie rozmiaru danej gospodarki trzeba uwzględnić prywatne bogactwo obywateli. Tutaj różnice między USA a Chinami są ogromne. Według szacunków Credit Suisse w połowie 2013 r. prywatny udział Chińczyków w gospodarce wart był 22 bln dolarów. Dla porównania w USA ten wskaźnik wynosił 72 bln dolarów. Trudno uznać Chiny za największą gospodarkę świata w sytuacji, gdy różnica w bogactwie społeczeństwa obu krajów wynosi 50 bln dolarów.

Ukryte złe kredyty

Z ekscytującą prognozą Banku Światowego polemizuje także prof. Michael Pettis, ekonomista i przedsiębiorca na stałe mieszkający w Chinach. Zwraca on uwagę m.in. na kwestię traktowania długu i złych inwestycji w obu gospodarkach. O ile w gospodarce wolnorynkowej, jaką jest niewątpliwie gospodarka USA, problem jest mierzalny, o tyle w Chinach niewiele na ten temat wiadomo. Wiadomo natomiast, że w ostatnich latach akcja kredytowa ruszyła w Państwie Środka pełną parą. Sprzyjały temu m.in. niskie stopy procentowe Ludowego Banku Chin w relacji do nominalnego PKB. Biorąc pod uwagę ogromną masę pieniędzy i chęć do ryzyka, wydaje się bardzo mało prawdopodobne, że wszystkie inwestycje zakończyły się sukcesem. Gdzie są zatem złe kredyty? Co z nimi robią banki w Chinach i jak te wyniki mają się do wyników całej gospodarki?

Zdaniem Pettisa chiński system bankowy w ogóle nie uwzględnia tych strat, tak jak to ma miejsce w USA. Złe kredyty są rolowane, co więcej, zapisywane po stronie aktywów, a nie po stronie obciążeń finansowych. W tej sytuacji można założyć, że szacunki dotyczące wartości chińskiej gospodarki są nie do końca prawdziwe. Chiński premier Li Keqiang przyznał ostatnio, że dla wzrostu gospodarczego ważniejsze są dziś głębokie reformy gospodarcze niż poleganie na wydatkach publicznych i pożyczkach. Skoro sam premier przyznaje, że nawet w sytuacji zwalniającej gospodarki kolejny pakiet stymulacyjny nie jest potrzebny, to może oznaczać, że poprzednie pakiety przyniosły więcej strat niż zysków, a notowany wzrost gospodarczy miał w sporej części wartość papierową.

Bez odpowiedzi pozostaje na razie pytanie, jaka to część PKB. Niewykluczone, że chińska władza doskonale zdaje sobie sprawę ze skali problemu. Albo uda jej się sytuację opanować, albo niebawem dowiemy się, jak jest naprawdę. To może zabolećnie tylko Chiny, ale wstrząsnąć całą światową gospodarką. Ciekawy jest też fakt, że chińska władza sceptycznie wypowiada się na temat omawianych prognoz. Wiele wskazuje bowiem na to, że nawet jeśli do końca roku gospodarka Chin znajdzie się na początku listy, to w ciągu kilku lat z tego miejsca spadnie. Dla chińskich polityków taki obrót sytuacji jest niedopuszczalny. Niewiadomych w chińskiej gospodarce jest znacznie więcej. Co stałoby się z wartością chińskiego PKB, gdyby uwolniony został kurs juana? Czy nadal Chiny deptałyby po piętach Ameryce? Co do tego można mieć poważne wątpliwości.

Ostrożnie z prognozami

Zaproponowane przez Bank Światowy porównanie może robić piorunujące medialnie wrażenie. Jednak porównywanie gospodarek przez pryzmat PKB uwzględniający siłę nabywczą ma sens jedynie wtedy, gdy mamy do czynienia z podobnie funkcjonującymi systemami, które uwzględniają bardzo podobne lub wręcz te same zmienne. Porównanie Polski i Niemiec będzie dawało w miarę precyzyjny i prawdziwy obraz, ale zestawienie Niemiec i Sudanu może być jedynie ciekawostką, a nie rzetelną ekonomiczną analizą.

Podobnie jest w przypadku próby porównania USA i Chin. Globalny układ sił się zmienia. Chiny bez wątpienia odgrywają dziś znaczącą rolę. To rozpala umysły analityków i instytucji zajmujących się statystyką. Każdy międzynarodowy bank ma własny scenariuszmówiący o tym, kto w przyszłości przed kim i dlaczego. W większości te prognozy bardzo się od siebie różnią, chociaż wiele z nich podkreśla znaczenie Chin. Andrzej Lubowski, amerykański ekonomista polskiego pochodzenia, w swojej książce „Świat 2040. Czy Zachód musi przegrać?” w bardzo interesujący sposób rozprawia się z poszczególnymi prognozami. O chińskiej hegemonii pisze tak: „Twierdzenie, że świat przechodzi na garnuszek Chin, jest totalną bzdurą. Prosperity Zachodu jest dziś ważniejsza dla Chin niż dla samego Zachodu. Zachód mógłby się obejść bez Chin. Chiny bez Zachodu jak dotąd nie mogą”.

I jeszcze jeden element nie bez znaczenia dla globalnej polityki i jej najważniejszych graczy. Yan Xuetong, dziekan Instytutu Współczesnych Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Tsinghua w Pekinie, krótko po zmianie warty w chińskich władzach pod koniec 2012 r. udzielił długiego wywiadu jednemu z japońskich dzienników. Na pytanie, co stanie się, gdy pod względem PKB Chiny wyprzedzą USA, odpowiedział: „Chiny zażądają większego wpływu na kształtowanie międzynarodowych norm i zwiększą pomoc gospodarczą dla reszty świata”. Podkreślając moralną wyższość Chińczyków nad Amerykanami mówił też m.in.: „Sprawiedliwość jest ważniejsza od demokracji. Co dobrego przynosi demokracja, skoro umożliwiła władzę Hitlera i doprowadziła do wojny?”. Xuetong jest uważany za osobę mocno związaną z elitą polityczną Chin i reprezentującą poglądy chińskich liderów na zewnątrz. Gospodarcza dominacja Chin w tabelce Banku Światowego może mieć znacznie dalej idące konsekwencje, niż dziś są w stanie wyobrazić sobie analitycy od statystyk.

Tekst ukazał się w numerze 20 /2014 tygodnika "Wprost".

Najnowszy numer "Wprost" jest dostępny w formie e-wydania.
Najnowszy "Wprost" jest  także dostępny na Facebooku.
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania.

Tygodnik "Wprost" można zakupić także za pośrednictwem E-kiosku
Oraz na  AppleStore  GooglePlay

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...