Do Moskwy jedzie dziękować

Dodano:
Prezydent Aleksander Kwaśniewski mówi, że swoją obecnością w Moskwie pragnie podziękować tym wszystkim, którzy walczyli z faszyzmem, czynili to z najczystszych pobudek, złożyli ofiarę.
W wywiadzie dla PAP prezydent dodaje: "Nie jadę do  Moskwy, by oddać hołd tym, którzy aresztowali polskich patriotów, wywozili ich i mordowali, instalowali stalinowski system terroru i  zniewolenia".

Przekazujemy pełną treść rozmowy, przeprowadzonej 27 kwietnia przez PAP.

PAP: Opinia publiczna jest podzielona w sprawie Pana wyjazdu do  Moskwy. Część popiera Pańską decyzję o wyjeździe, część uważa, że  powinien Pan świętować w kraju z polskimi kombatantami. Według byłego ministra spraw zagranicznych prof. Władysława Bartoszewskiego, do Moskwy powinien pojechać premier.

Aleksander Kwaśniewski: Zaproszenia na moskiewskie uroczystości mają charakter personalny. Pomysł wysłania kogokolwiek innego nie  wchodzi w grę. Jedzie albo nie jedzie prezydent. Osoby, do których skierowano zaproszenie, decydują o tym same.

Polska była obecna na wszystkich frontach II wojny światowej. Jako prezydent uczestniczyłem w uroczystościach 60. rocznicy bitwy o Monte Cassino, w obchodach upamiętniających lądowanie aliantów w  Normandii, byłem w Bredzie na szlaku walk Brygady Pancernej gen. Maczka wyzwalającej Holandię, byłem na wielu mogiłach polskich żołnierzy w kraju i na całym świecie.

Teraz jest moment, w którym powinniśmy być 9 maja na obchodach 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej. Powinniśmy oddać hołd tym, którzy walczyli na Wschodzie - także Polakom. 18 marca tego roku byłem na uroczystościach 60. rocznicy powrotu Polski nad Bałtyk i zdobycia Kołobrzegu. Nie zauważyłem tam żadnego z tych polityków parlamentarnych, którzy teraz pouczają mnie, gdzie powinienem być 9 maja.

Zakończenie II wojny światowej oczywiście nie przyniosło wolności całej Europie; niektórym krajom przyniosło niestety tylko ograniczoną suwerenność, a niektórym - jak państwa bałtyckie -  wręcz utratę suwerenności.

Nie jadę do Moskwy, by oddać hołd tym, którzy aresztowali polskich patriotów, wywozili ich i mordowali, instalowali stalinowski system terroru i zniewolenia. Swoją obecnością pragnę podziękować tym wszystkim, którzy walczyli z faszyzmem, czynili to  z najczystszych pobudek, złożyli ofiarę. Na terenie Polski zginęło przecież 600 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej, ludzi różnych narodowości.

To jest sens obecności w Moskwie. Mam nadzieję, że ci, którzy dziś tyle mówią o polskich kombatantach, wykażą kulturę i  wrażliwość, aby uszanować także tych, którzy przyszli z I i II Armią Wojska Polskiego.

PAP: Pojawia się coraz więcej opinii, że intencją moskiewskich obchodów tak na naprawdę nie jest uczenie ofiar faszyzmu; a jeśli już - to ofiar Wojny Ojczyźnianej (tak w Rosji nazywa się II wojnę światową, która dla Rosjan trwała od czerwca 1941 r. do maja 1945 r.) oraz gloryfikacja Związku Radzieckiego.

Nostalgia za okresem ZSRR jest w Rosji bardzo silna. W orędziu o  stanie państwa wygłoszonym 25 kwietnia przed Radą Federacji i Dumą Państwową prezydent Putin nazwał rozpad Związku Radzieckiego "największą katastrofą geopolityczną XX wieku".

A.K.: Sam jestem ciekaw wystąpienia prezydenta Putina 9 maja. Przecież nie będzie ono skierowane tylko do prezydenta Polski, ale  do obecnych w Moskwie przywódców całego świata.

Nie mam wątpliwości, że prezydent Putin wypowie się w sposób, który uwzględni zarówno wrażliwość własnego społeczeństwa, jak i  przywódców byłej koalicji antyhitlerowskiej, państw Unii Europejskiej i wszystkich innych państw - w tym również byłych państw nieprzyjacielskich. Powie zapewne o ofiarności, odwadze, stratach i zasługach. Nie wierzę, żeby było to wystąpienie burzące porządek moralny w ocenie historii.

Taki ton może się pojawiać na różnych wewnętrznych seminariach, spotkaniach naukowych, czy nawet może to być tak wypowiadane, jak ostatnio w Dumie, ale nie wobec przedstawicieli tych państw.

PAP: Czy wystąpienie prezydenta Putina w Dumie nie jest sygnałem mówiącym o tym, co możemy usłyszeć w Moskwie?

A.K.: Nie wiem. Sądzę, że w tej sprawie trzeba sobie jasno powiedzieć: o ile część Rosjan może tak myśleć, to nie myślą tak wszyscy.

Na pewno nie uważają tak ci, którzy dzięki upadkowi ZSRR mogli wybić się ostatecznie na niepodległość i suwerenność - myślę o  Polsce - uzyskać tę niepodległość, jak Litwa, Łotwa i Estonia, czy  zjednoczyć się - mówię o Niemczech.

Myślę, że prezydent Putin w tym kręgu - a sądzę że spokojnie można mówić i o Stanach Zjednoczonych - nie uzyska zrozumienia dla  takiej tezy, bez względu na to jak nie byłaby ona słuszna w  świadomości wielu milionów Rosjan, dla których Związek Radziecki był powodem do dumy, którzy mieli łzy w oczach, gdy przedstawiciele ZSRR zdobywali złote medale olimpijskie.

PAP: Ale gdyby w Moskwie 9 maja doszło do próby rewizji historii, to osoby, które nie zgadzają się z tym poglądem nie będą miały tam szansy zabrać głosu.

A.K.: Ale po 9 maja jest 10 maja, jest rok 2005, rok 2006, i  kolejne lata... Będziemy mieli wiele okazji by powiedzieć prawdę i  prezentować swoje oceny. 9 maja jest tylko wydarzeniem rocznicowym, które moim zdaniem, nie będzie przebiegało w ten sposób. W interesie rosyjskim nie leży, aby tego dnia skonfliktować Rosję na płaszczyźnie historycznej z większością świata.

Gdybym miał przewidywać, to 9 maja prezydent Putin będzie mówił oczywiście o ofierze złożonej podczas II wojny światowej. Ale  przede wszystkim będzie chciał mówić o Rosji współczesnej, która jest ważnym uczestnikiem życia międzynarodowego; będzie nas przekonywał, że Rosja rozwija się demokratycznie, że chce stać na  straży fundamentalnych wartości: pokoju, bezpieczeństwa, walki z  terroryzmem. Spodziewam się raczej takiego przemówienia.

PAP: Bez względu na to, czy na Placu Czerwonym Władimir Putin wypowie się w innym duchu niż w Dumie, faktem jest, że polityka rosyjska wobec Polski, czy krajów bałtyckich jest dla nich często upokarzająca.

A.K.: Myślę, że jeszcze trochę potrwa zanim głos rosyjski będzie bardziej podobny do głosu byłego członka Biura Politycznego Aleksandra Jakowlewa, który tu w Pałacu Prezydenckim mówił (w kwietniu Jakowlew został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej - PAP), że pakt Ribbentrop- Mołotow był aktem zdrady, a ofiary Katynia w istocie są dziećmi tej zdrady.

To są sformułowania, które gdyby padły ze strony polskiej pewnie zostałyby uznane za nadzwyczaj ostre i nieprzyjazne, a mówił to  Aleksander Jakowlew - więc tacy Rosjanie też są.

Inaczej rozmawia się z prezydentami krajów, które w ciągu ostatnich 15 lat uzyskały suwerenność, weszły do UE, do NATO i  mają poczucie sukcesu, a inaczej z prezydentem kraju, który z  ponad 200-milionowego mocarstwa, stał się krajem ponad 100- milionowym, pozbawionym znaczącej części terytorium i patrzącym, jak w wielu miejscach jego wpływy dalej się ograniczają.

Nie spodziewamy się jakichś cudów, nagłej zmiany stanowisk i  przełknięcia tych wszystkich gorzkich pigułek za jednym razem. Oczekujemy, że Rosja będzie chciała traktować Polskę, Czechy czy  Węgry w identyczny sposób, jak inne kraje Unii Europejskiej - bez szczególnego wyróżniania, ale też bez jakichkolwiek upokorzeń, czy  gorszego traktowania.

Tego powinniśmy się trzymać. I nie powinniśmy też dawać powodów czy pretekstów do usprawiedliwiania różnych działań polską nieprzychylnością, polskimi obsesjami, polską antyrosyjskością.

Na Zachodzie już są przedstawiane takie opinie, że Polska nie  może być ekspertem w sprawach wschodnich i w relacjach Unia-Rosja, bo w swoich opiniach jesteśmy jednostronni, a wręcz obsesyjni. Zaś w kraju czasem mam wrażenie, że niektórzy, raczej nieświadomie, taką rosyjską koncepcję realizują, by nas przedstawić jako tych, którzy myślą w sprawach rosyjskich emocjami, a nie racjonalnie.

Takie opinie nie padają w świecie na zupełnie niepodatny grunt. Są tacy, którzy chętnie słuchają ocen mówiących, że nasza historia jest tak brzemienna w skutki, iż racjonalność w zachowaniach będzie występowała dopiero w następnych pokoleniach. To jest ocena niesprawiedliwa, choć dla nas niebezpieczna.

PAP: Po doniesieniach prasowych o zaproszeniu do Moskwy trzech dyktatorów: Kim Dzong Ila, Aleksandra Łukaszenki i Saparmurada Nijazowa, poprosił Pan MSZ o konsultacje z partnerami z UE i NATO. Jest jakaś formuła postępowania na wypadek np. przypadkowego spotkania z Łukaszenką?

A.K.: Konsultacje pokazały jedno: wszyscy uznają, iż to gospodarz zaprasza. Z tego, co wiem, wątpliwości wyrażane są tu także przez te kraje, na opinii których Rosji bardzo zależy. Stąd informacja -  ale nie będę tu wchodzić w szczegóły - że część tych gości będzie miała wtedy jakieś inne zajęcia, Kim Dzong Il nie przyjedzie.

A co się robi w takich niezręcznych sytuacjach? Po prostu: gdy nie wiesz jak się zachować - to zachowuj się przyzwoicie, jeśli z  kimś się nie rozmawia - to się nie rozmawia. Zresztą z częścią z  tych osób trudność polega obiektywnie na tym, że nie ma za bardzo ani jak rozmawiać, ani o czym.

W Watykanie na uroczystościach pogrzebowych Jana Pawła II, ze  względu na układ alfabetyczny, blisko siebie znaleźli się prezydenci Iranu, Syrii i Izraela. I w tym nie było żadnego "watykańskiego spisku".

Jeśli w Moskwie będzie ustawienie według alfabetu rosyjskiego, to  można sobie wyobrazić, jak będziemy stali. Wiele też zależy od  tego, kto reprezentuje dany kraj: głowy koronowane są w pierwszej kolejności, następnie są prezydenci, potem premierzy. Czasem zdarzają się sytuacje kłopotliwe, ale nie są to sytuacje dramatyczne. Słowem: nie dramatyzujmy tego, co dramatem nie jest i  nie powinno być.

ks, pap

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...